W tym roku League of Legends skończyło 10 lat. Tytuł ma własne mistrzostwa, w Stanach Zjednoczonych Ameryki został uznany za pełnoprawny sport. W zasadzie można powiedzieć, że przynajmniej jedno pokolenie dojrzewało wraz z League of Legends. Ścierało się na wirtualnej planszy, odblokowywało bohaterów i obrażało się na czacie. Chyba ten ostatni element zawsze najmocniej kojarzył się z produkcją Riot Games. Swojego czasu rozegrałem kilka partyjek. Z ciekawości. Szybko zderzyłem się ze słowną nienawiścią. Podobnie było w innych grach sieciowych.

Zawsze zastanawiałem się, jak wyglądają osoby, które tak mocno przeżywają wirtualne starcia. W końcu to tylko gra, nie zawsze się wygrywa. Porażka również jest częścią doświadczenia. Wiecie, że udało mi się spotkać takiego człowieka? Ku mojemu zdziwieniu, na co dzień jest oazą spokoju. Niewiele go rusza. Świat przyjmuje na chłodno. Tak się złożyło, że miałem okazję pograć z nim w Heroes of the Storm. Jedną z gier z gatunku MOBA, w której ścierają się różni bohaterowie. Przyznam, że po 15 minutach rozpętało się regularne piekło. Zarówno na kanale głosowym, jak i na czacie. Ten spokojny człowiek po prostu wybuchł. My milczeliśmy. Słuchaliśmy. Każdego słowa, tej spokojnej osoby, która rzeczywistość postrzega raczej w chłodnej tonacji. Najwyraźniej wirtualne starcia wyzwalają w nas to, co najbardziej ukryte. W tym gniew.

Muszę przyznać, że takie wylewanie emocji w trakcie cyfrowych potyczek zawsze mnie fascynowało. Rozumiem, że pomaga w tym depersonalizacji awatarów. To nie są żywi ludzie, to obiekty prowadzone przez kogoś, kto ukrywa się pod nickiem. Dlatego łatwo się krzyczy. Szansa, że ponownie trafimy na siebie, jest niewielka, wielu graczy nawet nie zapamiętuje osób, z którymi walczyło. Raczej postacie będące na mapach. Ten realny człowiek ucieka, jest zbyt oddalony, aby się nim przejmować. Stąd łatwość w wyzwalaniu emocji. Negatywne są częściej werbalizowane, bo jeżeli gra idzie, to nie ma o czym gadać. Gdy wszyscy robią, co do nich należy, trzeba tylko pilnować, aby nie stracić prowadzenia. Gorzej, gdy pojawia się widmo porażki. Wtedy zaczynają się poszukiwania kozła ofiarnego.

Zawsze w drużynie znajdzie się ktoś, kto szybko wskaże, komu akurat nie szło. Winny musi zostać szybko określony, aby inni poczuli się lepiej. Nie przegrywa się dlatego, że zabrakło chęci do współpracy lub z innej, bardziej prozaicznej, przyczyny. Na przykład przeciwnik był lepszy, a umiejętności zebranej drużyny były zbyt niskie, aby się przeciwstawić. Nie, nic z tych rzeczy. Na czacie nastąpi wskazanie na konkretnego cyfrowy byt. Tylko po to, aby wzniecić płomień nienawiści. Co jest dość smutne, ponieważ kiepska skuteczność może wynikać z mnóstwa przyczyn. Sam jakimś mistrzem nie jestem, gram po to, żeby się bawić. Jednak cyfrowego świata nie stawiam na piedestale. Zdarzało mi się opuścić potyczkę. Dla mnie zawsze to będzie tylko gra. Coś, co mogę przerwać w dowolnym momencie, przeprosić na czacie i odejść od komputera.

Później zastanawiam się, jak duże wiadro pomyj na mnie wylano.