Połowa września minęła, więc można rozpocząć odliczanie. Do czego? Do Świąt? Do pogańskiego święta, które na pewno na długo wypełni ramówki? A może do Sylwestra? Nic z tych rzeczy! Zbliża się czas myślenia nakierowanego na tworzenie list, czegoś, co ilościowo zazwyczaj przypomina epidemię. Ja wiem, że to się nieźle klika, ale strasznie mnie drażni. Koniec roku to czas rankingów, wszelkiego rodzaju podsumowań. O ile wtedy je toleruję, bo to taki czas spinania wszystkiego, poszukiwania klamry, to potrzeba tworzenia rankingów w innym okresie wykracza poza moje prymitywne postrzeganie świata.

Pół biedy, gdy jest to artykuł z linkami do innych tekstów. Coś takiego jeszcze rozumiem. Człowiek chce zebrać swoje prace, nadać im jakąś wartość i pokazać, które były ciekawe, lepiej napisane, a które były słabsze. Każdy ma takie chwile, nie da się ciągle tworzyć arcydzieł. Takie podsumowania, takie zestawy nieszczególnie mnie drażnią. Jeżeli nie pojawiają się zbyt często, to trudno je nazwać patologicznymi. Zwykła ludzka potrzeba stworzenie zestawienia. Niestety, nie rozumiem tej czynności, gdy widzę „artykuł” w stylu „15 najbardziej niedocenionych książek”. Parę razy się sparzyłem, bo liczyłem na jakieś dłuższe wyjaśnienia, a po kliknięciu na link, moim styranym oczom ukazała się lista, z krótkimi opisami. Po co? W jakim celu?

Moim zdaniem lepiej byłoby z tego zrobić 15 tekstów, nawet nie recenzji, ale felietonów. Opisać tam struktury każdej z książek i zastanowić się nad tym, dlaczego zostały niedocenione. Nie wierzę, w to, że absolutnie każdy tekst zostaje przeoczony z tych samym przyczyn. Czasem jest to zwykły pech, może brak promocji, bywa, że krytycy pozostają nieczuli na zalety danego tekstu. Wtedy można te powody zebrać, przeanalizować, zastanowić się nad modelem krytyki, marketingowymi zagrywkami i reakcjami czytelników. Takie coś ma sens, bo prowadzi nas dalej, pokazuje kontekst, opisuje mechanizmy odbioru. Lista, z krótki tekstami (takimi po 100 – 250 znaków) przypomina mi treść przygotowywaną pod pozycjonowanie strony. Znany tytuł, parę słów-kluczy i jazda! Niech się Google nażre do syta.

Szkoda, że odbiorcy pozostaną głodni. Zawsze mam wrażenie, że te rankingi, przeglądy docenienia lub jego braku, pisane się ze specyficznej perspektywy. Autorowi wydaje się, że stał się centrum świata i po przeczytaniu jego zestawu rzeczywistość zostanie naprawiona. Odbiorcy pójdą po rozum do głowy, oświeci ich mądrość Rankingowca i od teraz będą wybierali tylko te najlepsze teksty kultury. Najgorzej jest wtedy, gdy twórca jest święcie przekonany o tym, że ranking jest formą obiektywną, że przekazuje tylko i wyłącznie fakty. Subiektywizm sprytnie ukrywa używając takich zwrotów jak: osobiście uważam, że; ja myślę; moim zdaniem. Wtedy zaczynają mi się trząść ręce i przeglądam gry w poszukiwaniu tych, które pomogą mi rozładować negatywne emocje.

Wyjaśnijmy kilka spraw. Podsumowanie jest dobre i najlepiej, aby prowadziło do głębszych tekstów. Ranking, w którym wartościuje się określone teksty, nie jest formą obiektywną, ale subiektywną. Rozumiem, że to się świetnie klika, ale może lepiej stworzyć coś głębszego i pokazać sowim odbiorcom, że sama powierzchnia to nie wszystko?

//Obrazek wyróżniający: J Mark Dodds / Olive Ranks (CC BY-NC-ND 2.0)