Najpopularniejsze teksty u Literata w 2020 roku

Czas na powrót! Na rozgrzewkę pięć najpopularniejszych tekstów na blogu w 2020 roku. Trochę jestem zaskoczony tym zestawieniem. W ostatnich przeglądach dominował tekst dotyczący najważniejszych nagród literackich w Polsce. Najwyraźniej czas popularności się skończył i pora na zmianę na pierwszym miejscu.

  1. Konto na wynajem! Tekst dotyczący tego, czy warto kupować konta z grami na Allegro. Te współdzielone. Przypominaj, że od 4 stycznia 2021 wystawianie tego typu ofert łamie regulamin Allegro! Wcześniej to też nie była żadna szara strefa. Warunki, jakie akceptuje użytkownik, tworząc konto w danej usłudze, jasno określały to, że nie można tak po prostu przekazywać dostępu innym osobom.
  2. Bierzemy się za Marsa!. Plaszówka w zestawieniu! “Terraformacja Marsa” to jedna z najciekawszych i najbardziej wymagających gier analogowych, jakie możecie sobie sprawić. Polecam. Daje w kość, średni czas sesji to około trzech godzin. Ale warto.
  3. Amerykański spam. Krótki felieton na temat spamu. Ale nie dotyczy tych śmiecowych wiadomości na mailu, tylko mielonki w puszcze.
  4. Tesserakt! Tekst napisany po obejrzeniu “Avengers”. Poszperałem trochę i trafiłem na kilka ciekawostek związanych z tesseraktem. To wcale nie taka nowa komiksowa koncepcja. Jest tutaj interesujące drugie dno.
  5. Superbohaterki! Cieszę się, że adaptacje komiksów coraz częściej prezentują superbohaterki. Każdy, kto interesuje się opowieściami obrazkowymi, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że te światy przedstawione są bardziej rozbudowane i mają wiele odcieni.

Czas na przerwę!

To nie będzie długi tekst. Raczej krótka, bardzo precyzyjna informacja. Postanowiłem, że zrobię sobie przerwę od pisania treści na bloga. Dalej będę tworzył artykuły i podcasty dla DailyWeb, po prostu muszę odpocząć od Kolegi Literata. Zebrać myśli, poszukać nowych tematów, może nawet machnąć kilka tekstów na zapas. Bo wrócę. W styczniu 2021 roku. To po prostu będzie grudzień spokoju na blogu!

Notatki ze składania mechów (I)

Wiele, wiele lat temu zajmowałem się modelarstwem. Wycinałem z plastiku części statków, samolotów oraz czołgów. Spędzałem godziny w pomieszczeniu, w którym czuć było zapach kleju oraz farb do modeli. O ile oczyszczanie elementów oraz ich sklejanie szło mi nieźle, to w malowaniu nigdy nie byłem mocny. To był dramat. W efekcie moje modele były albo brzydko wykończone, albo trwały w szarości plastiku. Postanowiłem do tego wrócić, ale tym razem poszedłem za głosem serca. Składam mechy.

Być może kiedyś trafiliście na anime lub mangę z serii Gundam. Właśnie takie roboty można składać! Wspaniałe jest to, że nie potrzeba do tego kleju, same modele są z kolorowego plastiku i wystarczy je złożyć. Oczywiście wcześniej należy je ładnie wyciąć. Wyczyścić. Po złożeniu dwóch (trzeci jest w trakcie) zauważyłem, że Gundamy pozostawiają pewien margines błędu. Często minimalny, ale jednak istniejący. Bez dobrze oczyszczonych elementów mogą pojawić się problemy w dopasowaniu poszczególnych części. Dlatego warto zwracać uwagę na dystanse w odlewach oraz informacje w instrukcji. Bez tego można przez przypadek odciąć kawałek łączenia ręki z nadgarstkiem.

Fora amatorów plastikowych mechów pełne są takich tragedii. Z biegiem czasu człowiek się wyrabia. Ja, na swój modelarski powrót, wybrałem sobie mało szczegółowy model. Tylko po to, aby po jego złożeniu usiąść do Barbatosa (MG 1/100)!

W zasadzie inspiracją do napisania tego tekstu była świetna zabawa w dopasowywanie i wycinanie elementów mecha. Zaskoczyła mnie wysoka szczegółowość oraz świetnie wykonane elementy pancerza. Składanie Barbatosa wymaga najpierw połączenia szkieletu, na który potem wrzuca się fragmenty zbroi. Ku mojemu zdumieniu, okazało się, że na tą ramę również trzeba nałożyć kalkomanię! Ma to swoje podstawy w anime Iron-Blooded Orphans, w którym pojawia się składany przeze mnie mech. Szkielet jest ważny, jednak nie spodziewałem się, że model również będzie wymagał wrzucenia naklejek w mniej widoczne miejsca. Na pewno dla osób tworzących różnego rodzaju dioramy taki poziom detali jest istotny. Ja również go nie pominąłem.

Zawsze lubiłem swoje modele doprowadzać do zadowalającej mnie perfekcji. Dużo satysfakcji daje także dokładanie elementów pancerza. Krok po krok, kawałek po kawałku, naklejka po naklejce, Barbatos nabierał specyficznego, drapieżnego charakteru.

Jasne, nie wszystko udało mi się idealnie spiłować i doczyścić. Zawsze pozwalam sobie na odrobinę niedoskonałości, na rzecz pozostawienia niektórych elementów dobrej kondycji. Perfekcjoniści je potem malują, żeby ukryć wszystkie ślady wycinania. Ale dla mnie nie jest to rozwiązanie. Nie po drodze mi z wszelkimi farbami, zdecydowałem się tylko na wyszczególnienie wybranych konturów.

Można w ten sposób poprawić wygląd modelu, ale też łatwo go obrzydzić. Potrzebne jest wyczucie, widziałem wiele zestawów, które były po prostu przeciągnięte. Dlatego ja postawiłem na ostrożność!

Na pewno nie polecam Barbatosa osobom, które dopiero zaczynają przygodę z modelarstwem. Ten zestaw wymaga uwagi, głównie ze względu na dużą liczbę małych elementów i detali, na które trzeba uważać. To raczej zabawa dla ludzi mających już trochę doświadczenia z wycinaniem plastiku.

Barbatos MG 1/100

Pieśń Wiertła

Od środy trwa radosne wiercenie! Pewnie ściany prowokowały jednego z moich sąsiadów, pewnie spoglądały krzywym okiem. Możne nawet tapeta się gdzieś odkleiła! Nie pozostało człowiekowi nic innego, jak zacząć remont. A kiedy najlepiej to zrobić? 11 listopada! Tak, w Święto Niepodległości. Bo przecież wszyscy są w domach, a nic nie raduje serca Polaka o stukanie lub uspokajający dźwięk wiertarki udarowej. Zapomniałem sprawdzić, czy to wszystko działo się w rytm Mazurka Dąbrowskiego. Ku pokrzepieniu serc Polaków! Urlopowo-świątecznie-remontowej braci!

Strasznie mnie ta sytuacja rozbawiła. Najpierw był pierwszy lockdown, który będzie mi się kojarzył nie tyle z rolkami papieru toaletowego, ile z kolejkami w marketach budowlanych. Bo skoro siedzimy w domach, a w domu jest zawsze coś do roboty, to dlaczego by nie walnąć sobie pandemicznego remontu? To był idealny moment! Ludzie lądują na pracy zdalnej, w czym może im przeszkadzać wiertarka? Albo wbijanie gwoździ? Wiadomo, że w niczym! Skoro pracują z domu, to co jest za praca?! Łączę się w bólu ze wszystkimi moimi znajomymi, którzy potwierdzili mi, że dotknęło ich szaleństwo pandemicznego remontu.

A potem przyszedł 11 listopada i zamarłem. Niby znowu pełzający lockdown, niby wolne, ale żeby tam z grubej rury? Wiertarką w ścianę w Święto Niepodległości? O mój rozmarynie na młotek, gwoździe i panele?

Już zostawmy kwestię czerwonej kartki, bo można mieć na to wywalone. Nurtuje mnie inny problem. Dlaczego ktoś zaczyna nawalanie, mając świadomość tego, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że wszyscy sąsiedzi są w domach? Czasem myślę, że to dla szpanu. Żeby inni wiedzieli, że człowieka stać. Na remont, na zmianę w mieszkaniu, że dostał urlop, który spędzi w tradycyjny polski sposób, czyli pracując. I tu przechodzimy do kolejnego problemu. Zastanawiającego braku umiejętności odpoczywania. Jak wolne od pracy, to robota w domu. Naturalne, też tak byłem wychowywany, nawet kilka razy postąpiłem zgodnie ze wdrukowanym mi schematem. Ale potem rozwaliłem sobie plecy i po podliczeniu kosztów leczenia okazało się, że remont zrobiony własnymi rękoma wcale nie był tańszy. Rozumiem, że są osoby, które to lubią i nie mam z tym problemu.

Jak was to relaksuje, to miłego mieszania zaprawy. Chciałem tylko przypomnieć, że wcale nie trzeba być ciągle zmęczonym i koniecznie spędzać urlopów na kładzeniu płytek. A już na pewno nie należy zapraszać do wspólnego odsłuchu wiertarki udarowej, sąsiadów.

Trochę mnie przeraża to blokowe struggle porn. Dyskusje o tym jak to ciężko, jak to człowiek jest zmęczony, że ani chwili odpoczynku. Bo najpierw robota, a potem koniecznie trzeba zrobić remont. Czas przyszedł na napieprzanie młotkiem. Tak jakby właśnie dzięki notorycznemu wyczerpaniu zdobywało się szacunek Polaków. Jak ktoś wypoczął, to pewnie bumelant! Nic nie robi w domu! A w pracy to już wiadomo, klikanie w komputer, co to za praca przed ekranem…

I tak toczy się ta kulka wzajemnego braku szacunku i konieczności napierdalania w ściany. W święta, urlopy i po 22:00.

Wiraże

Wychowane przez wilki przypomniało mi, że fantastyka naukowa nie jest jednorodnym gatunkiem. Istnieje pewne stereotypowe przekonanie o science fiction. Podejrzewam, że zbudowane na podstawie Star Treka oraz Obcych. Piszę to ze swojej perspektywy, sądzę, że dzisiaj znalazłyby się osoby, które dorzuciłyby kino superbohaterskie. Ze Strażnikami Galaktyki na czele, z serią Avengers zaraz za nimi. Jest w tym trochę prawdy. Filmy o superherosach garściami czerpią z fantastyki naukowej. Podobnie jak Wychowane przez wilki. Tylko dlaczego pojawiają się głosy, że z tego serialu jest takie science fiction jak z Venoma dramat medyczny?

Problem z Wychowane przez wilki polega na tym, że zaczyna się jak rasowa produkcja fantastyczno-naukowa, a kończy jak klasyczny mit genezyjski. Co może wydać się szalone, ale to nie pierwszy taki przypadek. Podobnie było z Interstellar, tylko że Christopher Nolan z godnym podziwu uporem trzymał się gatunku. Podejrzewam, że po to zatrudnił Kipa Thorne’a, żeby później rozmyć koncepcje naukowe będące podwalinami dla filmu. Wychowane przez wilki idzie w innym kierunku. Proponuje postapokaliptynczą wizję ludzkości.

Zmuszonej do ucieczki na inną planetę. Z tym że nowych mieszkańców mają wychowywać androidy zaprogramowane przez ateistów. Solidny fundament do snucia dalszej opowieści. Na przykład o konflikcie religijnym, który zniszczył Ziemię.

Ten wątek pojawia się w serialu. Nawet przez pewien czas gra pierwsze skrzypce, szczególnie gdy pokazywana jest struktura społeczna czczącej Słońce frakcji. O ateistach wiadomo niewiele, bo pewnie będą stanowili oś fabularną w drugim sezonie. Natomiast na chwilę obecną Wychowane przez wilki startuje jako fantastyka naukowa opowiadające o kryzysie i konieczności odbudowy ludzkości, a później zaczynają się różne wiraże, beczki, z których serial czasem wychodzi zwycięsko. Przyznaję, że rozbudowanie wątków psychologicznych, nie mam na myśli androidów, bo tutaj rozwój spraw jest łatwy do przewidzenia, wyszło opowieści na dobre.

Natomiast dużym problemem są wątki dotyczące poprzednich mieszkańców planety, na której wylądowali uciekinierzy z rozwalonej Ziemi. Nawet androidy, tak mocno skupione na racjonalnym poznawaniu świata, nie zadały sobie wystarczająco dużo trudu, aby zainteresować się historią nowego świata. Nie gra mi to.

Końcówka, mimo tego, że jest ciekawa, sprawia, że serial skręca w kierunku lekko magicznym. Nie sądzę, aby w kolejnym sezonie pojawiły się jakieś naukowe wytłumaczenia dla węży oraz głosów nawiedzających poszczególne postaci. Sądzę, że Wychowane przez wilki mocniej uderzy w mistycyzm. W różnego rodzaju tajemnice wymykające się racjonalnemu postrzeganiu.

Co wcale nie oznacza, że będzie to zły sezon. Po prostu dołączy do tekstów fantastyczno-naukowych, które traktują przyszłość jako formę dekoracji lub fundamentu do budowania narracji o niewyjaśnionej przeszłości obcej planety. A może nawet o upadku jej poprzednich mieszkańców?

Page 1 of 143

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén