Dzisiaj przygotowałem kolejny tekst na DailyWeb. Jakoś tak się złożyło, że piszę tam głównie o gamedevie. Wrzucam treści, które ocierają się o analizę rynku, opisywanie trendów lub, po prostu, dotyczą jakiejś gry. Podejrzewam, że wrzuciłbym je tutaj, ale to popsułoby klimat mojego bloga. Moje pisanie w Internecie zaczęło się 12 stycznia 2009 roku. Tak, wkrótce od pierwszego wpisu na „Połącz kropkach”, minie 10 lat! Miałem 20 lat, gdy stwierdziłem, że potrzebuję miejsca na wypisywanie się z tego, co siedzi mi w głowie.

Jak każda osoba, która zajmuje się słowami, dość długo się miotałem. Próbowałem sił w różnych formach. Od felietonów, przez poezję, na krytyce kultury skończywszy. Normalną rzeczą jest chęć wyszumienia się, przeniesienia najbardziej wzniosłych pomysłów na papier. W moim przypadku będzie to raczej ekran. Jednak muszę przyznać, że blogowanie nieźle mnie pochłonęło, chociaż w pewnym momencie zacząłem tracić motywację. Wtedy wykupiłem własną domenę. Stwierdziłem, że konieczność płacenia za swoje miejsce pozytywnie wpływanie na moje zaangażowanie. Nie pomyliłem się. We wrześniu 2014 roku zarejestrowałem adres tego bloga. Prawie pięć lat temu.

Czego się nauczyłem? Jednej, bardzo bolesnej, rzeczy. Coś takiego jak wena nie istnieje. Wielokrotnie to powtarzałem, więc napiszę po raz kolejny: przy pisaniu nie ma znaczenia to, czy ma się nastrój, czy nie. Trzeba usiąść i wklepać pierwsze zadanie. A potem drugie, cały akapit, aż dotrze się do 3 000 znaków. To wartość, do której zawsze dążę. Każdy tekst, niezależnie od formy, powinien dobić do tej liczby znaków. Zazwyczaj się to udaje. Czasem odpuszczam, gdy już widzę, że kolejne akapity przypominają zwykłe lanie wody. Tego też musiałem się nauczyć. Jednak największym problemem była dla mnie rezygnacja z weny, z tej nastrojowości pisania. Mam wrażenie, że przekonanie o impulsywności tworzenia tekstów wyniosłem ze szkoły. Na języku polskim wkładano mi do głowy, że istotne jest natchnienie, potrzebne jest uniesienie, żeby zacząć pisać. Dopiero po latach przekonałem się, że to najzwyklejsza bzdura.

Najbardziej skrzywdziło mnie środowisko twórców-amatorów, wśród których się obracałem. Wielu z nich było poetami lub byli zapatrzeni w wierszy. Zazdrościłem tego postmodernistycznego gadania o literaturze, tego efemerycznego traktowania tekstu. Próbowałem podążać ich ścieżką. Niepotrzebnie. Moje pisania to praca. Pot. Przygotowywanie notatek. Skreślanie podpunktów, zmienianie sensów. Niewiele tutaj miejsca na natchnienie, wenę. Siadam i przygotowuję notatki. Robię to tak długo, aż nie uznam, że wyrzuciłem wszystko z głowy. Dopiero wtedy zaczynam pisać. Gadanie o przygotowywaniu czegoś wielkiego jest, najczęściej, środkiem do spektakularnej klęski. Lepiej usiąść i zacząć pracować, bo tym jest właśnie pisanie. Od pierwszego do ostatniego znaku.

Powiecie, że zabrałem sobie całe piękno z tworzenia tekstu. Nie potrzebuję go. Wolę brud i trud składania kolejnych akapitów. Żadnych galaktyk sensów, po prostu dobrze opracowana treść. Od 10 lata staram się być solidnym rzemieślnikiem. W pewnym momencie swojego życia doszedłem do wniosku, że na tym świecie jest zbyt wielu artystów. A nie ma komu pracować.

Ja pracuję. A moje unikanie uniesień i artystycznego gadania? Nie sądzę, aby to był powód do jakiegokolwiek wstydu.