Skończyłem czytać najnowszą “Res Publicę Nową”, która w całości jest poświęcona zagadnieniu kreatywności. Problem ten ujęto z różnych perspektyw – od polityki kulturalnej, po współczesny status freelancera-artysty. Dotknięto także edukacji i wniosek z tej konfrontacji jest jeden: trudno zaleźć metodę, którą można wykorzystać do nauki kreatywności.

Bo czym ona właściwie jest? Co to takiego kreatywność? Na pewno należy do panteonu współczesnych bożków. Stoi zaraz obok dyspozycyjności i odwagi w podejmowaniu decyzji. Dostrzegam również pewien niepokojący mnie nacisk na ludzi, aby zawsze wykazywali się kreatywnością. Tylko problem polega na tym, że nie każdy ma wystarczający kreatywny pomysł, aby się wykazać kreatywnością. Jest to jedna ze współczesnych pętli, podobna do tej związanej z zakupami (kupię nowe, bo jest nowe). Do tej pory kreatywni musieli być wyłącznie twórcy, dzisiaj każdy z nas musi się wykazywać tą cechą. I trudno się temu dziwić, ponieważ współczesność często nakazuje nam brać los we własne ręce i odważnie kreować swój los. Nie za dużo tej przeklętej kreatywności?

Im więcej i częściej będziemy ją wciska, tym ona będzie znaczyć. Gdy wszyscy są kreatywni, nikt nie jest kreatywny. Cecha ta – uważam, że dalszym ciągu – stereotypowo przypisywana jest wybitnej jednostce, która spogląda na świat i decyduje się stworzyć zachwycające publiczność dzieło. Ale dochodzi do zmiany myślenia, ponieważ stereotypowe postrzeganie zagadnienia nie dotyczyło metod i sposobów nauki kreatywności. Być może dlatego, że na tło dla artysty składało się bardzo wiele elementów: wydarzenia, kultura, idee, inspiracje, mistrzowie oraz ludzie, których spotykał z większą lub mniejszą regularnością. Dzisiaj zmieniło się właśnie to: przestaliśmy postrzegać rzeczy w szerszym kontekście, więc również artysta stał się TYLKO wybitną jednostką. A to skąd pochodzi i kto lub co go zainspirowało jest nieistotne. Zaczyna robić się bardzo niebezpiecznie, ponieważ o tekstach kultury przestajemy myśleć, jako o wytworach będących zaczepionych w określonej tożsamości twórcy. Mówić o kontekście, gdy panuje postmodernizm z nieustającą reinterpretacją interpretacji – to bardzo niemodne, ale według mnie bardzo ważne.

Skoro kreatywność jest przypisana tylko i wyłącznie jednostce, to kto ma ocenić, czy tekst jest faktycznie realizuje nowe problemy? Czy kreatywności można się nauczyć? I w końcu: czym w zasadzie jest kreatywność?

Creativity /  Denise Krebs (CC BY 2.0)

Creativity / Denise Krebs (CC BY 2.0)

Kwestia oceny

Współczesność to siatka jednostek połączonych znajomością na Facebooku lub byciem „falołersem”. Od czasu do czasu jakieś spotkanie, ale częściej komentarz pod statusem. Czasem nawet obrazek wklejony na tablicę, który mówi więcej, niż 1000 słów. Żadnego poszukiwania wspólnych poglądów lub wykłócania się o jakieś światopoglądowe nastawienie. Nie wypada, strach dotykać takich rzeczy, bo przecież zaraz zakrzykną, że to „ból dupy”, a przecież współcześnie każdy może mieć swoje własne poglądy i trzeba się zgadzać, bo niezgoda rujnuje, a zgoda buduje. Myślę, że to dość dobrze podsumowuje aktualny sposób postrzegania świata. A nie! Zapomniałem o jednym: wszyscy się kreatywni, za wszelką cenę. W takim razie jak mają oceniać innych?

Brak instytucji krytyka sprawia, że kreatywność staje się pustym terminem. Zresztą nikt już nie mówi o awangardzie, tylko o innowacyjności. Potrzebujemy osób, których zadaniem będzie obserwowanie tego, co dzieje się w kulturze, tworzenie struktury tekstów i programów ich wartościowania. Dostrzegam to w zjawiskach literackich. Ruch samopublikowania się pozwolił wielu osobom na wydanie książki, ale zbudował także wrażenie, że pisarzem może być każdy. A jakoś nikt nie chce być krytykiem. Raz usłyszałem, że to zajęcie mało kreatywne, że to tylko pisanie o tym, co już ktoś wcześniej napisał. Takie podejście bardzo dobrze definiuje sposób, w jaki jednostki myślą o kreatywności.

Musi być ona pomysłem świeżym, czymś całkowicie nowym. Bo właśnie o to chodzi we współczesnym świecie! I zaraz mamy przykłady startupów, które tworzą kreatywne rozwiązania pozwalające wykorzystać drzemiący w nas potencjał. Kreatywność została bardzo mocno utożsamiona z technologiczną innowacyjnością. Napisanie awangardowej książki lub stworzenie takiego filmu nie znajduje tylu odbiorców, ile jest w stanie zdobyć technologia ubieralna. Żyjemy w świecie, w którym ważniejsza od Idei, jest elektroniczna zabawka, która po roku będzie już przestarzała. I dlatego bardziej potrzebujemy kreatywnego rozwiązywania problemów od awangardowego tworzenia. To drugie nie przynosi absolutnie żadnych korzyści, a wszystko, co nie jest pragmatyczne nie powinno istnieć – oto jedyna i słuszna ocena jaką możemy wykorzystywać. To zdecydowanie za mało.

Kwestia nauki

Przynajmniej dwa razy w tygodniu staję przed studentami i rozmawiam z nimi na temat kultury masowej i popularnej. Pokazuję im, że to zjawisko ma wiele kontekstów, że teksty wchodzące w skład popkultury można badać z wielu różnych perspektyw. Ale czy uczę ich kreatywności? Nie. Raczej ją pobudzam poprzez wskazywanie problemów i zmuszanie do myślenia. Bo o tym ostatnim elemencie zapominamy najczęściej.

Ktoś kto nie myśli, nigdy nie będzie kreatywny – i to jest jedna z wad współczesnego systemu edukacji. Dlatego nie cieszę się, gdy słyszę, że nasi uczniowie zajęli wysokie miejsce w rankingu przeprowadzonym na podstawie testu. To wcale nie znaczy, że myślą. Świadczy o tym, że coraz lepiej rozwiązują testy, ponieważ potrafią znaleźć odpowiedź, której się od nich oczekuje. Nie jest to kreatywność, innowacyjność czy awangardowość. Ważne jest nie tyle zadawanie pytań, których nikt wcześniej nie zadał, ale poszukiwanie innych odpowiedzi. Bez nauki myślenia i postrzegania kontekstów nie jest to możliwe. Skupienie się na osiągnięciu dobrego wyniku i zmieszczenie się w tabelce możliwych odpowiedzi prowadzi do wytworzenia kompleksu klucza. Zna to każda osoba, której przyszło pracować na I roku studiów. Człowiek zadaje pytanie, słyszy odpowiedź, a student czeka na potwierdzenie, że tak właśnie jest. Czekał będzie tak długo, aż zrozumie, że nikt nie ma monopolu na Prawdę.

Zmianę należy zacząć od mentalności młodych nauczycieli. Coraz więcej będzie takich wychowanych na tabelka i ślepo w nie zapatrzonych. Jest to poważne niebezpieczeństwo dla wszystkich pragnących kreatywności i innowacyjności. Uczniowie zostaną zatrzaśnięci w pudełkach i kto teraz ma ich z nich wyciągnąć? Uniwersytet? Miejmy nadzieję, że są tam jeszcze ludzie nieowładnięci tabelkową manią.