Zdarza się literatura brutalna. Mocna, może nawet odrobinę nieokrzesana. Bliska brudnej rzeczywistości, pokazująca świat spoza bezpiecznej bańki klasy średniej. Opowiadająca historie z perspektywy osób uzależnionych od narkotyków. Powoli wyniszczających siebie oraz otoczenie. Takie narracje zawsze zostawiają we mnie specyficzny osad. Nie mogę sobie wybić z głowy pewnych obrazów, które odnoszą się do określonych sensów. W ten sposób uderzył we mnie Świeży Nico Walkera. Książka o barbarzyńskiej narracji, okazjonalnie przeplatanej prymitywnymi i wulgarnymi scenami.

A jednak jest w Świeżym coś pociągającego. Szczególnie uderza mnie drugoplanowa rozpacz bohatera. Wrażliwość w pułapce bez wyjścia. Prowadząca od miotania się pomiędzy miłością, zazdrością i niepokojącymi próbami dopasowania się do świata. Na dodatek istotna staje się brutalność wojny. Autor nie widzi nic romantycznego w umieraniu, braniu narkotyków, wdychaniu sprzężonego powietrza i zabijaniu wrogów Ojczyzny. Świeży jest pozbawiony naiwności, często wali po prostu w mordę pokazując teatr działań wojennych oraz role, w jakie wchodzą żołnierze i wrogowie.

Specyficzne pomieszanie wrażliwości z obojętnością pozostawia po sobie trudne do rozproszenia wrażenie. Świeży tworzy niewyidealizowany obraz wojny, całkowicie odmienny od tego znanego z popkultury.

Podobnie jest w przypadku uzależnienia od heroiny. Ten wątek również stoi w sprzeczności z romantyczną wizją artysty potrzebującego odlotu, aby tworzyć. W Świeżym nie ma żadnej kreacji, istnieje tylko trudna do zatrzymania destrukcja. Wpleciona w rytm codzienności. Od działki do działki, od zjazdu do zjazdu. Szczególnie ostatnia część książki najmocniej podnosi problem całkowitego podporządkowania życia nałogowi. Najgorsze jest to, że ten obraz jest jednocześnie fascynujący i przerażający.

Bohater w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że zniszczył swoje życie, że negatywnie wpływa na otoczenie, że nałóg nim steruje i popycha go do różnych rzeczy. I nic z tym nie robi, daje się porwać temu rwącemu nurtowi. Jakby godzi się z destrukcją, płynie na jej fali.

Jaka fraza pozostała we mnie po przeczytaniu Świeżego? Będąc na ostatniej stronie pomyślałem, że jest to przerażająca powieść o anihilacji człowieczeństwa. Nie takiej pochodzącej z zewnątrz, instytucjonalnej, tylko wynikającej z autodestrukcji. Bohater powieści się nią nie upaja, dostrzega ją, po prostu pozostaje bierny. Czasem nawet obojętny. Jakby próbował zniknąć, oddać swój los w ręce jakiegoś bytu, a ponieważ żadnego nie znalazł, to postanowił, że poprowadzi go nałóg. Takie brutalne zderzenie z wizją świata który nieustannie się rozpada może stanowić odtrutkę na wszechobecną cukierkową konsumpcję. Ja wiem, że pandemia zabiła świat na Instagramie, ale Świeży to takie wbicie szpadla w to podnoszące się zombie.

Nie każdemu się spodoba, ale uważam, że ludzie, którzy obserwują współczesność, powinni zmierzyć się ze Świeżym. Dla innego kontekstu. Dla brutalnej perspektywy. Dla czołowego zderzenia z nihilizmem.