Category: Felietony (Page 1 of 61)

Pieśń Wiertła

Od środy trwa radosne wiercenie! Pewnie ściany prowokowały jednego z moich sąsiadów, pewnie spoglądały krzywym okiem. Możne nawet tapeta się gdzieś odkleiła! Nie pozostało człowiekowi nic innego, jak zacząć remont. A kiedy najlepiej to zrobić? 11 listopada! Tak, w Święto Niepodległości. Bo przecież wszyscy są w domach, a nic nie raduje serca Polaka o stukanie lub uspokajający dźwięk wiertarki udarowej. Zapomniałem sprawdzić, czy to wszystko działo się w rytm Mazurka Dąbrowskiego. Ku pokrzepieniu serc Polaków! Urlopowo-świątecznie-remontowej braci!

Strasznie mnie ta sytuacja rozbawiła. Najpierw był pierwszy lockdown, który będzie mi się kojarzył nie tyle z rolkami papieru toaletowego, ile z kolejkami w marketach budowlanych. Bo skoro siedzimy w domach, a w domu jest zawsze coś do roboty, to dlaczego by nie walnąć sobie pandemicznego remontu? To był idealny moment! Ludzie lądują na pracy zdalnej, w czym może im przeszkadzać wiertarka? Albo wbijanie gwoździ? Wiadomo, że w niczym! Skoro pracują z domu, to co jest za praca?! Łączę się w bólu ze wszystkimi moimi znajomymi, którzy potwierdzili mi, że dotknęło ich szaleństwo pandemicznego remontu.

A potem przyszedł 11 listopada i zamarłem. Niby znowu pełzający lockdown, niby wolne, ale żeby tam z grubej rury? Wiertarką w ścianę w Święto Niepodległości? O mój rozmarynie na młotek, gwoździe i panele?

Już zostawmy kwestię czerwonej kartki, bo można mieć na to wywalone. Nurtuje mnie inny problem. Dlaczego ktoś zaczyna nawalanie, mając świadomość tego, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że wszyscy sąsiedzi są w domach? Czasem myślę, że to dla szpanu. Żeby inni wiedzieli, że człowieka stać. Na remont, na zmianę w mieszkaniu, że dostał urlop, który spędzi w tradycyjny polski sposób, czyli pracując. I tu przechodzimy do kolejnego problemu. Zastanawiającego braku umiejętności odpoczywania. Jak wolne od pracy, to robota w domu. Naturalne, też tak byłem wychowywany, nawet kilka razy postąpiłem zgodnie ze wdrukowanym mi schematem. Ale potem rozwaliłem sobie plecy i po podliczeniu kosztów leczenia okazało się, że remont zrobiony własnymi rękoma wcale nie był tańszy. Rozumiem, że są osoby, które to lubią i nie mam z tym problemu.

Jak was to relaksuje, to miłego mieszania zaprawy. Chciałem tylko przypomnieć, że wcale nie trzeba być ciągle zmęczonym i koniecznie spędzać urlopów na kładzeniu płytek. A już na pewno nie należy zapraszać do wspólnego odsłuchu wiertarki udarowej, sąsiadów.

Trochę mnie przeraża to blokowe struggle porn. Dyskusje o tym jak to ciężko, jak to człowiek jest zmęczony, że ani chwili odpoczynku. Bo najpierw robota, a potem koniecznie trzeba zrobić remont. Czas przyszedł na napieprzanie młotkiem. Tak jakby właśnie dzięki notorycznemu wyczerpaniu zdobywało się szacunek Polaków. Jak ktoś wypoczął, to pewnie bumelant! Nic nie robi w domu! A w pracy to już wiadomo, klikanie w komputer, co to za praca przed ekranem…

I tak toczy się ta kulka wzajemnego braku szacunku i konieczności napierdalania w ściany. W święta, urlopy i po 22:00.

Wiraże

Wychowane przez wilki przypomniało mi, że fantastyka naukowa nie jest jednorodnym gatunkiem. Istnieje pewne stereotypowe przekonanie o science fiction. Podejrzewam, że zbudowane na podstawie Star Treka oraz Obcych. Piszę to ze swojej perspektywy, sądzę, że dzisiaj znalazłyby się osoby, które dorzuciłyby kino superbohaterskie. Ze Strażnikami Galaktyki na czele, z serią Avengers zaraz za nimi. Jest w tym trochę prawdy. Filmy o superherosach garściami czerpią z fantastyki naukowej. Podobnie jak Wychowane przez wilki. Tylko dlaczego pojawiają się głosy, że z tego serialu jest takie science fiction jak z Venoma dramat medyczny?

Problem z Wychowane przez wilki polega na tym, że zaczyna się jak rasowa produkcja fantastyczno-naukowa, a kończy jak klasyczny mit genezyjski. Co może wydać się szalone, ale to nie pierwszy taki przypadek. Podobnie było z Interstellar, tylko że Christopher Nolan z godnym podziwu uporem trzymał się gatunku. Podejrzewam, że po to zatrudnił Kipa Thorne’a, żeby później rozmyć koncepcje naukowe będące podwalinami dla filmu. Wychowane przez wilki idzie w innym kierunku. Proponuje postapokaliptynczą wizję ludzkości.

Zmuszonej do ucieczki na inną planetę. Z tym że nowych mieszkańców mają wychowywać androidy zaprogramowane przez ateistów. Solidny fundament do snucia dalszej opowieści. Na przykład o konflikcie religijnym, który zniszczył Ziemię.

Ten wątek pojawia się w serialu. Nawet przez pewien czas gra pierwsze skrzypce, szczególnie gdy pokazywana jest struktura społeczna czczącej Słońce frakcji. O ateistach wiadomo niewiele, bo pewnie będą stanowili oś fabularną w drugim sezonie. Natomiast na chwilę obecną Wychowane przez wilki startuje jako fantastyka naukowa opowiadające o kryzysie i konieczności odbudowy ludzkości, a później zaczynają się różne wiraże, beczki, z których serial czasem wychodzi zwycięsko. Przyznaję, że rozbudowanie wątków psychologicznych, nie mam na myśli androidów, bo tutaj rozwój spraw jest łatwy do przewidzenia, wyszło opowieści na dobre.

Natomiast dużym problemem są wątki dotyczące poprzednich mieszkańców planety, na której wylądowali uciekinierzy z rozwalonej Ziemi. Nawet androidy, tak mocno skupione na racjonalnym poznawaniu świata, nie zadały sobie wystarczająco dużo trudu, aby zainteresować się historią nowego świata. Nie gra mi to.

Końcówka, mimo tego, że jest ciekawa, sprawia, że serial skręca w kierunku lekko magicznym. Nie sądzę, aby w kolejnym sezonie pojawiły się jakieś naukowe wytłumaczenia dla węży oraz głosów nawiedzających poszczególne postaci. Sądzę, że Wychowane przez wilki mocniej uderzy w mistycyzm. W różnego rodzaju tajemnice wymykające się racjonalnemu postrzeganiu.

Co wcale nie oznacza, że będzie to zły sezon. Po prostu dołączy do tekstów fantastyczno-naukowych, które traktują przyszłość jako formę dekoracji lub fundamentu do budowania narracji o niewyjaśnionej przeszłości obcej planety. A może nawet o upadku jej poprzednich mieszkańców?

Czary, gusła, zabobony

Cały czas zastanawiam się, jakim cudem Ministerstwo Edukacji Narodowej tak szybko stało się Ministerstwem Magii. Liczę na to, że wkrótce dojdzie do zmiany nazwy, ponieważ wypowiedzi wielu osób obecnie pracujących w tej instytucji mają niewiele wspólnego z edukacją. To czary, gusła, zaklinanie rzeczywistości. A na horyzoncie czai się mnóstwo problemów z jakimi będą musieli się zmierzyć nauczyciele. Na wszystkich szczeblach nauczania, ponieważ COVID19 nie oszczędza nikogo.

Pozwolę sobie zacząć od mojej ulubionej informacji związanej z Ministerstwem Magii. Najwyraźniej można olać prawomocny wyrok, ponieważ może być on niezgodny z przekonaniami. Historia jest banalna. Mamy człowieka, lubelskiego radnego Prawa i Sprawiedliwości, który przegrał proces o zniesławienie. W efekcie polityk został zobowiązany do wpłacenia 5 000 złotych na rzecz Marszu Równości. Ale płacił nie będzie! Nie ma zamiaru! I teraz wrzucam cytat tekstu z Kuriera Lubelskiego, który mnie rozłożył na łopatki:

[…] Pitucha tuż po ogłoszeniu wyroku zapowiedział, że nie przeleje zasądzonych 5 tys. zł na Marsz Równości, argumentując, że wspieranie takiej inicjatywy byłoby niezgodne z jego przekonaniami i tak podtrzymuje do dziś.

– Szanuję wyroki sądu, ale na rzecz organizatora marszów równości dobrowolnie nie zapłacę ani grosza – ucina Tomasz Pitucha i dodaje, że nie będzie szerzej komentować sprawy. (źródło)

Jako anarchista uważam, że państwo to forma zalegalizowanego aparatu opresji, którego celem nie jest zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom, tylko ich ciągłe kontrolowanie. Czy to oznacza, że powinienem olać każdy mandat? Bo przecież dokładanie się do kasy Państwa nie jest zgodne z moimi przekonaniami. Ale mój przypadek jest dość skrajny. Weźmy apostatów, którzy wystąpili z Kościoła. Ta organizacja dalej jest finansowana z ich podatków, co – tak podejrzewam, być może niesłusznie – nie jest zgodne z ich przekonaniami.

Rozumiem, że powinni oczekiwać zwrot wpłaconych pieniędzy? Pewnie dobrowolnie to by nawet grosza nie wrzucili! Postawa prezentowana przez polityka PiSu jest karygodna! To wyraz ignorancji dla praworządności w kraju, moralny strzał w pysk. A teraz pomyślcie, że ktoś taki będzie doradzał w sprawach edukacji i nauki w Polsce.

Przerażająca wizja, która się ziściła. Czego można się nauczyć od kogoś takiego? Jakich postaw? Zresztą spinam się o doradcę, gdy sam Minister Magii mówi:

„Z naszych informacji wynika, że 15 uczelni wyższych w Polsce wyraziło poparcie dla strajku. Ale we Wrocławiu i Gdańsku wprowadzono godziny rektorskie i zachęcono studentów, by wyszli na ulice. To skandaliczna i nieodpowiedzialna decyzja władz uczelni. (…) Proszę nie zapominać, że ja mam kompetencje do rozdzielania środków inwestycyjnych dla uczelni, środków na badania i granty. Takie wnioski leżą u nas w ministerstwie. I nie mam wątpliwości, że będziemy musieli również brać pod uwagę to, co dzieje się na uczelniach, które narażają ludzi na niebezpieczeństwo utraty zdrowia i życia.” (TVP INFO, 29 października 2020 (źródło)

Serio? Teraz finansowane będą tylko te instytucje pozostające w dobrych stosunkach z Ministerstwem Magii? Uniwersytety to wspólnoty, oparte na doświadczeniu dyskusji oraz wymiany poglądów. Nawet jeśli ktoś się z nimi nie zgadza, to powinien powiedzieć dlaczego. A nie zabierać pieniądze, zamykać usta, dusić pod ministerialnym butem. To jest chore! Chore! Edukacja polega na budowaniu i promowaniu postaw, które pomogą młodym ludziom odnaleźć się we współczesności. Postnowoczesność trzeba zrozumieć, a nie zaklinać i liczyć na to, że przejdzie magiczną metamorfozę.

Nigdy nie miałem dobrego zdania na temat tego, co działo się w edukacji i czasem uważałem, że gorzej być nie może. Rzeczywistość udowodniła mi, że jeszcze nie dobiliśmy do dna. A nawet jeśli tam sięgamy, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby drążyć dalej. Moim zdaniem system edukacji już dawno poleciał na ryj. Teraz po prostu przywalono mu łopatą w głowę.

Mocne słowa

Od ponad tygodnia Polska krzyczy. Wrzeszczy. Ma dość. Nie dziwię się. Ludzie czują się wściekli, po prostu. Obrady Trybunału Konstytucyjnego oraz wyrok wydany przez tę instytucję warto potraktować jako swoisty wyzwalacz. Przecież ta wściekłość nie pojawiła się znikąd. Ona siedzi w ludziach od lat, z różnych powodów. Rozczarowanie obecnym stanem państwa pojawia się nadwyraz często w różnym moich prywatnych rozmowach. Podobnie jak kwestie związane z Kościołem. To doskonały przykład instytucji, która nie zauważyła, że w ostatnich latach coś się zmieniło.

Dziwię się, że wciąż znajdują się komentatorzy, publicyści, których ta sytuacja dziwi. Kobiety wyszły walczyć o prawo do własnego ciała. Tyle. Nie chcą być sprowadzane do bezwolnych inkubatorów, których jednym zadaniem jest rodzenie, a później wychowywanie dzieci. Nigdy nie pojmę tej chęci kontroli, ciągłych, często marnych, prób umotywowania pragnienia władzy takimi pojęciami jak tradycja lub rola społeczna. W pierwszym przypadku chciałem przypomnieć, że społeczeństwa się zmieniają.

A osobom wieszczącym rychłą apokalipsę, jeśli kobiety będą miały kontrolę nad swoim ciałem, chciałem tylko wskazać na inne państwa. Ten Zachód, którym tak często się brandzlujecie, o którym często wspominacie, że musimy go dogonić. Myślę, że właśnie to robimy.

Rozumienie ról społecznych również uważam za wątpliwe. Dlaczego? Bo komentatorzy, publicyści wyrażają w nich tęsknotę za światem rodem z XIX wieku. Pełnego nakazów, zakazów, konwenansów, podziału na to, co wolno, a czego nie wolno człowiekowi. Przy czym, co bawi mnie najbardziej, komentatorzy, publicyści, w wybiórczy sposób opowiadają o rolach społecznych. Widzą tylko te związane z płcią, a może by tak kiedyś opowiedzieli o tych dotyczących pochodzenia? Przynależności do określonej klasy społecznej? No, chyba że spotykam się z samymi arystokratami! Ze śmietanką kultury, której ja, chłopak z rodziny robotniczo-chłopskiej, za diabła nie zrozumie? Nawet to mityczne Międzywojnie, tak pięknie gloryfikowane przez komentatorów, publicystów, nie było takie czyste i doskonałe.

Poczytajcie książki, reportaże i felietony Ziemowita Szczerka, który ma wyjątkową intuicję do wyłapywania brudów oraz rozbrajania mitologizacji. Posłuchajcie Hańby. A nie… Nie dacie rady. Bo tam są przekleństwa! Bo padają kurwy, chuje i czasem ktoś krzyknie wypierdalać.

Na każdym kroku spotykam się ze stwierdzeniem, że jest za ostro, że można by inaczej, że trzeba rozmawiać, że można grzeczniej. Serio? Poważnie? Grzeczniej już było, współczesna władza najwyraźniej rozumie tylko taki język. Gdy posłanka Lichocka przecierała oko, gdzie byliście wy odziani w lśniące zbroje obrońcy moralności? Gdy politycy włazili do kościołów i agitowali, gdzie byliście rycerzy skupieni pod sztandarem “Można grzeczniej!”? Sacrum nie zostało złamane w ostatnich dniach. Ono zostało rozbite w momencie, w którym polski Kościół uznał, że warto flirtować z władzą, że mogą wpuszczać do świątyń polityków, który, niczym kapłani, głosić kazania o nowym idealnym porządku. Rozumiem, że to nie była dla nikogo profanacja mszy?

Zresztą ten problem to wierzchołek góry lodowej, znacznie poważniejsza jest pedofilia i zmowa milczenia. Na różnych szczeblach.

Dlatego nie dziwię się nikomu, który ze wkurwieniem w oczach idzie w marszach. Mam nadzieję, że ten zryw stanie się początkiem systemowej i mentalnej zmiany. Zresztą widzę ją w słowach i czynach posłanek oraz posłów Lewicy i Wam również ich polecam.

Marne wykończenia

W literaturze drażni mnie rozbełtanie. Często objawiające się przez próby opowiedzenia wielowątkowej i wieloaspektowej historii. Oczywiście, że ten rodzaj narracji ma swoich fanów. Takie kluczenie, pozorne balansowanie fabuły bywa określane jako efemeryczne. Wtedy wskazuje się na wyjątkowy artyzm, interesujące zestawienia sensów oraz rozbudowane metafory dające wielość odczytań. Rozumiem, że można tak patrzeć na literaturę, że można dostrzegać plusy takiego sposobu opowiadania. Akceptuję to, ale nie godzę się na nazywanie takich realizacji wyjątkowymi.

Metafory wcale nie służą temu, żeby rozbełtywać opowiadanie. Efemeryczność narracji wcale nie musi wiązać się z całkowitym rozmemłaniem świata przedstawionego. Serio, weźcie do ręki Pozwól rzece płynąć Michała Cichego. Specyficzny rytm narracji po prostu wciąga, na dodatek sama historia nie jest przesycony różnymi, często zbędnymi, artystycznymi wtrętami. W przypadku tego tytułu forma jest idealnie dopasowania do zawartości lub zawartość do formy. Niezależnie od perspektywy warto wskazać na cudowne rozumienie rytmu opowieści oraz wyjątkową umiejętność splatania sensów.

Pozwól rzecze płynąć to dowód na to, że efemeryczność narracji, wcale nie oznacza całkowitego rozmycia fabuły. Da się opowiedzieć coś ciekawego, korzystając ze specyficznej, dusznej atmosfery literatury nasyconej znaczeniami.

Czemu się tak czepiam? Co to w ogóle za wycieczka w przeszłość i odkopywanie starych lektur? Niedawno skończyłem Imperium chmur Jacka Dukaja i już dawno nie widziałem tak doskonałego przykładu rozbełtanej, mdłej i nużącej zawartości opakowanej w szykowną, artystyczną formę. Ileż tam wątków! Inspiracji! Odniesień do Lalki, wyjątkowego dzieła, którego nigdy nie mogłem ścierpieć, ale ceniłem za ciekawe diagnozy społeczne. I niech sobie będzie ta intertekstualność, niech mocno siedzi w strukturze Imperium chmur inspiracja Bolesławem Prusem. Tylko dlaczego treść musi być tak rozbełtana? Przeskakiwanie pomiędzy wątkami, porozwalane nici narracji, brak stabilnej osi fabularnej. Pewnie zaraz znajdzie się ktoś, kto mi powie, że chuja się tam znam, w życiu książki na oczy nie widziałem, a o literaturze piszę.

Nie do mnie tak, nie do mnie! Pierwszy będę stał za metodą opowiadania, jaką zaprezentował Brunon Schulz w genialnych Sklepach cynamonowych. Tylko że tam, pomimo wszechobecnego oniryzmu, istniały pewne dominanty scalające opowieść. Bo to była przemyślana twórczość, od pierwszej do ostatniej litery.

Nikt mnie nie przekona do tego, że Imperium chmur miało być właśnie takie porozwalane, bo jednym z tematów powieści jest nieumiejętność znalezienia odpowiedniego kontekstu. Podobnie jak w Między słowami, tylko gorzej zrealizowane. Ale wróćmy do literatury. Jeśli zachwyca Was najnowsza powieść Jacka Dukaja, widzicie w niej same plusy, to weźcie Baskijskiego diabła Zygmunta Haupta.

Przeczytajcie, zobaczcie, jak należy pleść narracyjne gobeliny, a potem wróćcie do Imperium chmur. Ja, patrząc z tej perspektywy, widzę jedynie nieudolnie poskładaną, na dodatek mierną narrację. Mało sztuki, dużo marnej wykończeniówki próbującej przykryć niedociągnięcia.

Page 1 of 61

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén