Category: Felietony (Page 1 of 62)

Gwiezdna nostalgia

Jak dzieciak uwielbiałem Gwiezdne Wojny. Kasety ze starą trylogią po prostu zajechałem. Z wielkim skupieniem śledziłem losy Luke’a Skywalkera oraz z niepokojem patrzyłem na zło emanujące z Dartha Vadera. A potem się zestarzałem. Ciągle mierzę się z nowymi odsłonami tej kosmicznej sagi, ale coraz częściej mam wrażenie, że próbuję wzbudzić w sobie emocje, których już nie mam. Ze względu na inny kontekst, na to, że teraz lepiej rozumiem tropy w kulturze. Tak przynajmniej mi się wydaje. Z filmami dałem sobie już spokój, ale zostały jeszcze gry.

W ten weekend na mój dysk wyjechał tytuł Star Wars Jedi: Upadły Zakon. Wsiąkłem. Wirtualna forma świata Gwiezdnych Wojen wciąż do mnie przemawia. Nie przeszkadzają mi soulsowy charakter walki. Z chęcią uczę się ataków przeciwników oraz zastanawiam się, jak uniknąć obrażeń. Przypomniałem sobie, że kiedyś, dawno, dawno temu, ogrywałem wszystkie dostępne produkcje, które nawiązywały do tego uniwersum. Mam na myśli kultowy tytuł Star Wars: Knight of the Old Republic, a także nowsze, ale bardziej kontrowersyjne Star Wars: Battlefront 2. Zacząłem się zastanawiać, czego ja w zasadzie szukam w tym produkcjach?

Żadnym fanem Gwiezdnych Wojen nie jestem. Ba! Wiele razy pisałem i mówiłem, że nowe realizacje mnie nudzą, a do starej trylogii próbowałem wrócić i skończyło się to spektakularną klęską. Drażniła mnie, brakowało mi tych samych emocji, które odczuwałem jako dziecko. Przylepione do ekranu telewizora, słuchające szelesty kasety w odtwarzaczu.

A jednak te gry lubię. Myślę, że moim przypadku jest to zauroczenie science fiction. Mam słabość do fantastyki naukowej, nawet do tej, która wyznaczniki gatunku traktuje wyłącznie jako dekoracje. Zauważyłem, że brakuje mi dobrych realizacji czegoś, co funkcjonuje pod nazwą space opera. Cóż to jest? To taki twór składający się z bitew w kosmosie, romansu, mnóstwa przeciwności losu oraz – obowiązkowo! – szczypty melodramatu. W świecie gier komputerowych dobrym przykładem jest Mass Effect, cała seria, razem z Andromedą, która przez skrajnych fanów bywa traktowania jako apokryf. Tam też były romanse, przeciwności, trochę dramatów (zakończenie drugiej części!) oraz mnóstwo, ale to mnóstwo podróży w kosmosie.

A teraz, gdy znowu mogę sobie pomachać mieczem świetlnym oraz popatrzeć na wielkie statki sunące przez próżnię, czuję się dobrze. Nie wiem jeszcze w jakim stopniu Star Wars Jedi: Upadły Zakon realizuje założenia kosmicznej opery, ale chyba byłem na takim głodzie, że ucieszę się z każdego okruszka.

Najwyraźniej dla mnie Gwiezdne Wojny są tylko ciekawym kontekstem dla historii opowiadanych w różnych mediach. Filmowe realizacje, które pewnie dalej będę oglądał, głównie za sprawą mojej wrodzonej ciekawości, raczej mnie do siebie nie przekonają. Co innego gry. Interaktywna forma lepiej na mnie działa i jestem w stanie wybaczyć niektóre mniej interesujące narracje. Lub nawet żenujące zabiegi fabularne.

Zderzenie

Mam psa, o czym zdarza mi się napisać. Od czasu do czasu. Bycie opiekunem Bestii wymusza spacery, całkowicie uzależnione od jej chęci do łażenia. Czasem dopada ją chęć na szybki patrol po południu, a innym razem przemierzam międzyblokowy asfalt w nocy. Unikam przy tym słuchania muzyki. Nie tyle dla bezpieczeństwa, ile z ciekawości. Moją słabością, z racji wykształcenia i niesłabnącej fascynacji, jest język. Ten literacki zwykł mi się kojarzyć z pewnym świadomym wyszlifowaniem, autorskim, redakcyjnym i/lub korektorskim okrzepnięciem. Natomiast ten codzienny… To zupełnie inna bajka.

Już spieszę z przykładem. Bestia stwierdziła, że czas na wieczorny patrol, więc poszliśmy tą samą trasą co zawsze. Mijamy bloki, uważamy na samochody, korzystamy z przejść dla pieszych. Słowem – codzienność wyprowadzacza psów. Zapomniałem o tym, że psy przecież węszą, że tak poznają świąt, więc Bestia często robi przystanki, aby zweryfikować dostrzeżone zapachy. W trakcie jednego minęły nas dwie osoby. Chłopak i dziewczyna, mężczyzna i kobieta, niezależnie od wybranych rzeczowników, zrodził się między nimi następujący dialog.

Rafał zimno mi.

Chuj w to zimno! Nigdy ci kuciapy nie przewiało?

Powinienem przestrzec osoby o większej wrażliwości językowej, niż moja, bo pojawiło się przekleństwo, które – o zgrozo! – po prostu napisałem. Ale stało się, trudno, można przestać czytać, nie jest to tematem tego tekstu. Mnie, w powyższym przykładzie, zaintrygowało specyficzne zderzenie kontekstów. Nie wiem, jaki był finał tej rozmowy, nie wiem, co łączyło dwojga przypadkowych bohaterów spaceru z bestią. Po prostu dostrzegam charakterystyczny dla rozmów w postnowoczesności potrzeb.

Może rozmowa miała doprowadzić do sceny rodem z romansów, gdzie odważny i nieczuły na zimno mężczyzna oferuje kurtkę? A ten osiedlowy, prawdziwy nie miał nawet ciepłego słowa.

Być może dorabiam kontekst, wkładam przygodnym bohaterom przypadkowe myśli w głowy. Po prostu do tego prowokują mnie podkradzione frazy i słowa. Zresztą wszyscy piszemy i mówimy z niewielką świadomością tego, jak coś może zabrzmieć w głowie innego. Jakie konstelacje skojarzeń uruchomi. Gdzie poniesie drugiego człowieka rytm zdania. Przytłoczy? Da nadzieję? Wróćmy do przykładu. Jak ten krótki dialog wpłynął na ich znajomość?

Nadał innej barwy? Mężczyzna, tym wulgarnym dobrem słów, dał się poznać jako łobuz, co kocha najbardziej? Ta podchwycona rozmowa, szczególnie cisza, która po niej nastąpiła, pozostawiła mnie z wrażeniem pomylonych kontekstów.

A to przecież mogła być ich zwykła rozmowa! Toczona na Messengerze, Instagramie, Telegramie lub innym komunikatorze. Tylko tym razem rozegrała się na chodniku, w przestrzeni innej, niż ta wirtualna, zamknięta w ekranie komputera albo telefonu. Tam też konteksty nie są do końca jasne, bo wielu informacji zawsze dostarczają nam komunikaty niewerbalne. Spojrzenia, oddechy, gestykulacje, uśmiechy i przewracanie oczami.

Nic to. Nieczęsto zdarzają mi się takie perełki, które rozpędzają moje skojarzenia. Dlatego to zderzenie uznałem z godne odnotowania.

Ban od korpo

Znowu będzie o Stadii. Miałem przetestować, ale jakoś się nie składa. Gram sobie w trzecią część “Wiedźmina”, buduję osadę w “Valheim”, a wieczorami chwytam Pstryka i łowię ryby w “Animal Crossing: New Horizions”. Gdzie mam wcisnąć testowanie tej rewolucyjnej usługi Google’a? Mam przestać spać? Nie ma mowy! Już nie te lata! Ale w dalszym ciągu mam oko na Stadię i obserwuję, to co wokół niej się dzieje. Pisałem o aktualnym stanie tej usługi na łamach DailyWeb, a teraz chciałbym skoncentrować się na innym problemie.

Jest taka gra, która nazywa się “Terraria”. Popularna, lubiana przez odbiorców. Osobiście nie mogłem się do niej przekonać, ale rozumiem, że może fascynować. Ten tytuł miał wylądować na Stadii, ale, tak się jakoś dziwnie zdarzyło, że Google zablokował konto twórcy “Terrarii”. Całkowicie! Andrew Spinks nie ma dostępu do swoich maili, do konta na YT, nawet do plików na Dysku! Jak długo to trwa?

10 lutego, na Twitterze, poinformował, że od 25 (sic!) dni. W chwili pisania tego tekstu (19 lutego 2021) nie pojawiła się żadna aktualizacja, więc zakładam, że dalej jest zablokowany.

Trudno się dziwić, że twórca “Terrarii” się wściekł i ogłosił, że nie ma zamiaru współpracować już dalej z Googlem. Tym samym, port jego produkcji, nie pojawi się na Stadii. Można z tego tworzyć fajne nagłówki. Pisać, że przedstawiciel indie gamedevu pluje na praktyki wielkiej korporacji. Ale! Warto pamiętać o tym, że “Teraria” sprzedała się w 30 milionach egzemplarzy (źródło: Terraria reaches 30m units sold, gameindustry.biz), co stawia Andrew Spinksa w zupełnie innej sytuacji, niż wielu innych twórców gier indy, których spotkałby podobny los. Załóżmy, że ktoś robi gry mobilne. Sprzedaje za pośrednictwem Sklepu Google’a, bo w zasadzie to niespecjalnie ma wybór.

Aż nagle korporacja zdejmuje jego produkty i w ogólnikowy sposób informuje o naruszeniu określonych zasad. Co wtedy? Dyskusje? Rozmowy? Internet jest pełen wątków, których twórcy opisują swoje trudne relacje z Googlem.

To jest problem! Wydaje się, że tylko dla twórców, ale klienci również cierpią. W każdej chwili mogą stracić dostęp do swojej ulubionej gry, wystarczy, że “coś pójdzie nie tak”. Czytasz to i myślisz, że moje ogólnikowe stwierdzenia są denerwujące? Gwarantuję, że po napisaniu pierwszego odwołania do Facebooka lub Google’a szybko zmienisz zdanie. Odpowiedzi rzadko bywają konkretne. Właśnie dlatego uważam, że w dobie subskrypcji specyficzna samowola korporacji może być szkodliwa. Rynek gier komputerowych zaczyna się konsolidować wokół usług abonamentowych.

Od tego, czy dana gra będzie dostępna w danym sklepie i tym samym danej subskrypcji, będzie zależał los wielu małych studiów. Co im pozostaje? Bolesna prawda jest taka, że pojedynczo nie mają szans. Najlepiej jeśli trafią pod skrzydła jakiegoś mądrego wydawcy.

Uważam, że nadszedł już czas na poszukiwanie bardziej zdecentralizowanego modelu dystrybucji cyfrowej rozrywki. Legalnego, bo jestem przekonany, że za sprawą ograniczonej czasowo dostępności gier, odżyją torrenty.

PostKąkuter

Nasłuchałem się o erze post PC, oj nasłuchałem. To jeden z evergreenów, który ciągle do mnie docierał. Każdy kolejny rok, to rok Linuksa. A w gamedevie? Każdy kolejny rok, to rok VRu. Poza tym dla branży giereczek era postPC miała kluczowe znaczenie. Skoro wszyscy mieliśmy porzucić komputery stacjonarne (w tym laptopy) i radośnie przesiąść się na tablety oraz smartfony, to razem z nami powinna pójść rozrywka. Piszę ten wstęp w czasie przeszłym dokonanym, bo 2020 rok pokazał, że to całe postPC wcale nie jest takie wygodne, jak mogłoby się wydawać.

Od razu zaznaczę, że ja z cyfryzacją wszystkiego jestem trochę na bakier. Nie ukrywam, że do porządkowania planów, wiedzy i projektów chętnie korzystam z Obsidiana. To taki program pozwalający na ładne budowanie własnej bazy informacji. Razem z połączeniami pomiędzy poszczególnymi tekstami. Ale na co dzień targam ze sobą pióro i notatnik. To tam trafiają najważniejsze informacje, które później zaznaczam pisakami. Nigdy nie potrafiłem się przekonać do notowania na telefonie lub tablecie. Nigdy nie uważałem tego za specjalnie wygodne.

Mimo to zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu osób takie rozwiązanie jest wygodne i bardzo dobrze! Jednak nie sądzę, aby był to doskonały przykład osób realizujących założenia ery post PC. Dlaczego?
Infographic: COVID-19 Pandemic Revives PC Demand | Statista

Powyższy wykres został przygotowany i opublikowany przez portal Statista. Wyraźnie widać, że PCty były w dołku w ostatnich latach, ale już w 2019 zaczęły się odbijać. W 2020 pojawia się pięcioprocentowy wzrost. Łatwo się domyślić – zostało to również zaznaczone w krótkim opisie wykresu – na tę sytuację kluczowy wpływ miała pandemia i przejście na tryb zdalny. Począwszy od nauczania, a skończywszy na pracy zawodowej. W obu przypadkach trudno obejść się bez jakiegoś sensownego PCta. Telefon może i jest wygodnym sposobem na odpisywanie na maile, ale – w moim przypadku – nie sądzę, aby przydał mi się przy zarządzaniu projektami lub tworzeniu raportów.

Zastanawiam się, czy ten wzrost będzie trwał, czy był tylko chwilowym trendem. 2021 rok wcale nie zapowiada rychłego powrotu do “normalności”, a wiele firm przeszło na tryb “nooffice” i przeszło na pracę zdalną.

A czy wzrost sprzedaży PCtów przełoży się na popularność gier na desktopy? To jest ciekawy problem! W gamedevie, mniej lub bardziej, popularnym stwierdzeniem było to, że nie warto już robić gier na blaszaki. Bo duża konkurencja, bo trzeba walczyć o klienta, bo nie wszyscy mają dobry sprzęt do grania, a telefon nosi każdy. Tak jakby ten ostatni argument automatycznie niwelował przesycenie segmenty gier mobilnych i wyłączał konieczność pozyskiwania użytkowników. Na pewno znaczenie będą miały tutaj usługi subskrypcyjne (taki, na przykład, Xbox Game Pass for PC z mnóstwem różnych produkcji) oraz rozwój streamingu gier. Stadia jest już w Polsce, a tam w ofercie można znaleźć zarówno Cyberpunka 2077 oraz najnowszą odsłonę Assasin’s Creed. Aby w nie pograć wcale nie trzeba mieć wypasionego PCta, wystarczy porządne połączenie z Internetem.

Myślę, że nie ma się co oszukiwać. Wzrost sprzedaży PCtów wcale nie oznacza, że z półek znikały przede wszystkim zestawy dla gamerów. Raczej większą popularnością cieszyły się te sprzęty, które pozwalały na bezproblemowe korzystanie z wideokonferencji oraz zapewniające względnie bezawaryjną pracę.

W takim ujęciu mogą to być potencjalni kliencie Stadii, którym nie zależy na najnowszym sprzęcie, a chcą sobie po prostu pograć.

Najpopularniejsze teksty u Literata w 2020 roku

Czas na powrót! Na rozgrzewkę pięć najpopularniejszych tekstów na blogu w 2020 roku. Trochę jestem zaskoczony tym zestawieniem. W ostatnich przeglądach dominował tekst dotyczący najważniejszych nagród literackich w Polsce. Najwyraźniej czas popularności się skończył i pora na zmianę na pierwszym miejscu.

  1. Konto na wynajem! Tekst dotyczący tego, czy warto kupować konta z grami na Allegro. Te współdzielone. Przypominaj, że od 4 stycznia 2021 wystawianie tego typu ofert łamie regulamin Allegro! Wcześniej to też nie była żadna szara strefa. Warunki, jakie akceptuje użytkownik, tworząc konto w danej usłudze, jasno określały to, że nie można tak po prostu przekazywać dostępu innym osobom.
  2. Bierzemy się za Marsa!. Plaszówka w zestawieniu! “Terraformacja Marsa” to jedna z najciekawszych i najbardziej wymagających gier analogowych, jakie możecie sobie sprawić. Polecam. Daje w kość, średni czas sesji to około trzech godzin. Ale warto.
  3. Amerykański spam. Krótki felieton na temat spamu. Ale nie dotyczy tych śmiecowych wiadomości na mailu, tylko mielonki w puszcze.
  4. Tesserakt! Tekst napisany po obejrzeniu “Avengers”. Poszperałem trochę i trafiłem na kilka ciekawostek związanych z tesseraktem. To wcale nie taka nowa komiksowa koncepcja. Jest tutaj interesujące drugie dno.
  5. Superbohaterki! Cieszę się, że adaptacje komiksów coraz częściej prezentują superbohaterki. Każdy, kto interesuje się opowieściami obrazkowymi, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że te światy przedstawione są bardziej rozbudowane i mają wiele odcieni.

Page 1 of 62

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén