Category: Felietony (Page 2 of 61)

Rozmówki kuchenne (VIII)

Nie spodziewałem się, że tak szybko powstanie kolejny odcinek “Rozmówek kuchennych”. Seria powstała ze względu na dyskusje w biurze, w dużej mierze odbywające się w trakcie oczekiwania na wodę i / lub żarcie kręcące się w mikrofali. O co poszło tym razem? A o Nawiedzony dwór w Bly. Dyskusja na temat tego serialu była na tyle interesująca, że postanowiłem się w nią zaangażować. Zaczęło się od niepokojącego stwierdzenia, rzuconego mimochodem w trakcie firmowego obiadu. Ktoś na sali powiedział, że nie podobał mu się drugi sezon Nawiedzonego dworu.

Hola, hola, rzekł uśpiony we mnie belfer, skąd w ogóle założenie, że to drugi sezon, że niby kontynuacja? Bo scenarzysta ten sam? Bo aktorzy zapożyczeni? A może ze względu na klimat? Na polu dyskusji zdychały kolejne argumenty. Okazało się, że jednak trudno tutaj mówić o kontynuacji, że ta sezonowość jest bliższa temu, co można zaobserwować w American Horror Story, niż w Stranger Things. No dobra, skoro już z głowy mamy kwestię serii, to co, rozmówcy, który zainicjował dyskusję, się nie podobało? Po dłuższym drążeniu wyszło na jaw, że duże znaczenia miały oczekiwania odbiorcy.

Chciał, aby to było tak samo dobre jak Nawiedzony dom na wzgórzu, żeby to był horror, a nie romansidło. Zgadzam się, że wątki miłosne wyraźnie dominowały w historii Nawiedzonego dworu w Bly, jednak czy to oznacza, że od razu mamy do czynienia z romansem?

Trop jest bardzo dobry, tylko wymaga odrobiny dookreślenia. To nie jest tak, że ten serial od przeciera szlak, że dokonuje brawurowego połączenia gatunków. Coś podobnego już istniało w literaturze tworzonej od XVII do XIX wieku. Przez literaturoznawców nazwane zostało powieścią grozy, którą określano także romansem grozy. Ciach! Gotowe! Termin został upolowany! Teraz zajrzyjmy pod maskę. Dla tego gatunku istotne było wprowadzenie pary posiadającej przeciwstawne natury. Jedna postać ma być demoniczna, a druga czysta, niewinna. Jest w serialu? Oczywiście! Popatrzcie na relację Rebeki Jessel i Petera Quinta. To tylko jeden z przykładów, wariacji na ten temat w serialu jest mnóstwo. Jednak to nie jedyny wyznacznik. Muszą być jeszcze istoty nadprzyrodzone oraz klątwa. Spełnione? Jak najbardziej!

Duchy w dworze wręcz się potykają o żywych, a nad sam dom zostaje, trochę przez przypadek, ale jednak przeklęty. Do pełni szczęścia brakuje jeszcze osadzenia akcji na gotyckim zamczysku. Nie można mieć wszystkiego, myślę, że angielski dwór jest miłą modyfikacją, która niekoniecznie musi odpowiadać definicji gatunku.

Tak, tak, w dalszym ciągu lubię tę genologiczne zagwozdki. Od razu zaznaczam, że swoje poszukiwania prowadzę głównie w obrębie literatury. Z racji wykształcenia, zainteresowań oraz naiwnej wiary, że to słowo pisane stanowiło i stanowi fundament kultury. Zarówno tej dawnej, jak i postnowoczesnej. Stąd bierze się mój brak rozczarowania Nawiedzonym dworem w Bly.

Wiedziałem tam elementy powieści gotyckiej, coraz mocniej zaznaczone i dobrze wiedziałem, z czym będę miał do czynienia. Zresztą wątki romansowe są nieźle poprowadzone, dlatego ja pozostaję zadowolony. A kolega z pracy? Mniej. Chciał horroru. Nie dostał.

Prostota zaangażowania

Będzie pochwała prostoty. Serię Cook, Serve, Delicious obserwuję od pierwszej części. Dlatego nie mogłem pozostać obojętny na wydanie oznaczone numerem 3. Przyznaję, że poprzednia odsłona trochę mnie przytłoczyła liczbą dostępnych dań. Była w tym także odrobina rozczarowania, bo wiele przepisów nie dawało zbyt ciekawych bonusów w trakcie serwowania. Jednak zawsze do tej serii przyciągała mnie prostota rozgrywki. Wystarczył kontroler oraz sporo uwagi w trakcie czytania przepisów. Cook, Serve, Delicious oferuje zabawę w prowadzenie restauracji bez konieczności zajmowania się aspektami ekonomicznymi.

Ta produkcja idealnie trafiła w mój osobisty moment zmęczenia przekombinowanymi grami komputerowymi. Zdarzają się takie twory, w których twórcy mają doskonały pomysł. Na papierze. A potem próbują go przenieść i wychodzi nudna, denerwująca odbiorcę pulpa. Rozczarowanie, zawiedzione nadzieje i ogólna rezygnacja od razu zaczynają się pojawiać w recenzjach odbiorców. Czasem mam wrażenie, że jest to grzech dużego, skomplikowanego pomysłu. Szczególnie często dotyka studia niezależne, niewielkie grupy twórców, którzy chcą zrobić coś wyjątkowego. I w tych aspiracjach nie znajduję niczego negatywnego!

Nigdy! Rozumiem takie pragnienia i jednocześnie żałuję, że tak rzadko udaje się je zrealizować. Dlatego, przy kontakcie z produkcją, która mnie rozczarowała, zastanawiam się, co poszło nie tak.

W ostatnich tygodniach obejrzałem lub przeczytałem materiał, w którym pojawiło się stwierdzenie, że nie można tak po prostu powiedzieć ludziom, że gra jest wielka i zbierać kasy. Niestety, nie pamiętam gdzie, to było, ale jestem pewien, że wrzucałem to na mój gamedevowy kanał. Takie podsumowanie uważam za trafne. Szkoda, że nawet wielkie studia ulegają marketingowemu znudzeniu, chęci popłynięcia na fali next big thing, która okazuje się nie tylko wielką rzeczą, co wielką klęską. W takim razie co jest ważne w przypadku gier komputerowych? Powtarzam od dawna, zresztą nie tylko ja, w zasadzie każdy, kto spędza dużo czasu w wirtualnych światach, że liczy się tylko jedna rzecz – zabawa.

Nic więcej. Unikam produkcji, które chcą sprawić, że będę w nich “pracował”. Codziennie się logował i wykonywał różne zadania pod groźbą utraty mojej osiągniętej pozycji. Nie mam czasu na takie rzeczy, obawiam się, że takich osób jest coraz więcej.

To może być wytłumaczenie popularności takich tytułów jak Animal Crossing: New Horizons oraz Among Us. Nie ma w nich żadnej dodatkowej progresji lub mechanizmów zmuszających do codziennego logowania. W drugim przypadku wystarczy zebrać grupę osób, aby rozpocząć zabawę. Koniec. Na dodatek Among Us nie posiada specjalnie wygórowanych wymagań!

Animal Crossing to inna para kaloszy, ponieważ tutaj wyraźnie widać chęć angażowania przez rutynowe działania gracza. Łowienie ryb, łapanie owadów, zbieranie owoców oraz stopniowe dekorowanie własnej wyspy. Niemniej w dalszym ciągu jest to piękno prostoty.

Liga na milion

Komu chciałoby się grać w produkcję, która polega na tym, aby przepchnąć samochodem piłkę do bramki? Okazuje się, że taki pomysł znalazł 1 milion odbiorców. W tym samym czasie. O jakim tytule mowa? O Rocket League. Podejrzewam, że niektórzy z Was właśnie się żachnęli. Pewnie dlatego, że kojarzą tę całkiem popularną produkcję. Nic dziwnego. Nie można powiedzieć, żeby Rocket League jakoś szczególe źle się powodziło. Jednak w 2020 roku doszło do czegoś bardzo interesującego.

Przez długi, długi czas były to tytuł dystrybuowany w systemie buy-to-play, czyli kup, żeby grać. Po dokonaniu wstępnej opłaty pieniądze można było wydawać nadal. Pojawiła się przepustka sezonowa, którą zastąpiła lootboksy. Sporo było też DLCków na Steamie. Zresztą popatrzcie na wykres prezentujący liczbę aktywnych graczy w tym samym czasie. Wyraźnie widać moment, w którym Rocket League przeszło na model darmowy.

Zgadza się! Jeśli zawsze chcieliście pograć w piłkę samochodem, a odstraszała Was cena gry, to teraz możecie ją pobrać za darmo! Tylko skąd wziął się ten 1 milion graczy, skoro na Steamie go nie widać?

Trzeba pamiętać o tym, że Rocket League oferuje crossplay. Co to za twór? Pula gracz składa się z osób posiadających produkt na różnych platformach. Przez konsole (w tym Switcha!) po PCety. Zresztą zawsze uważałem, że na rynku istnieją produkcje idealne na Pstryka i często, jako dobry przykład, podawałem Rocket League. Sam zresztą pobrałem, żeby sprawdzić, jak działa. Bawiłem się dokładnie tak samo dobrze jak na PC. Jednak nie mam zamiaru recenzować Rocket League, na to jest zdecydowanie za późno. Klepię w klawiaturę, aby Was przestrzec, moi drodzy gamedevowcy, bo do Was kieruję te słowa.

Niech Wam nikt nie wmówi, że spektakularny sukces Rocket League to dowód na to, ze model F2P to idealny sposób na dystrybucję gry. Ten 1 milion użytkowników wziął się na pewno z corssplay’a, ale także wcześniejsza popularność produktu.

Rocket League obserwowali różni klienci. Na pewno były wśród nich osoby, które chętnie by spróbowały, ale nie posiadały wystarczających środków lub wolały wydawać je na inne rzeczy. Właśnie ta wcześniejsza popularność, to, że gra już zdobyła kawałek rynku i była obecna w świadomości odbiorców, ma duże znaczenie dla osiągnięcia 1 miliona aktywnych użytkowników. Nie uważam modelu F2P za jedyny słuszny sposób dystrybucji cyfrowych światów, szczególnie z rozwijającymi się subskrypcjami na horyzoncie, ale wciąż uważam, że istnieją produkcje, które mogą zyskać na takim przejściu. Jednak trzeba być tutaj ostrożnym! Dlaczego? W przypadku gier darmowych użytkownicy szybciej się wypalają, nie czują się zobligowani do tego, aby spędzać czas w bezpłatnym cyfrowym świecie.

Dlatego ważne jest trochę inne podejście do angażowania uwagi użytkownika. Nie twierdzę, że od razu konieczne jest rozwalanie całej głównej pętli rozgrywki, w przypadku Rocket League nie było to konieczne, ale już taki Albion Online musiał trochę zmian wprowadzić.

Rozmówki kuchenne (VII)

W ostatnim tygodniu moją uwagę przykuła premiera najnowszej odsłony FIFY. Nie dlatego, że jestem jakimś wyjątkowym fanem gier sportowych. Wprost przeciwnie! Jeśli chodzi o ten gatunek, to jestem wybitnym ignorantem. FIFA 2021 przyciągnęła moją uwagę głównie za sprawą procesu produkcyjnego. Innowacyjnego. Sprawiającego, że Electronic Arts jest w stanie utrzymać się na powierzchni gamedevu. Tak, śmieszkuję. Kolejne wersji serii cechuje to, że mają poprawioną fizykę piłki oraz nowy numerek w tytule.

Dyskutowaliśmy o tym w Firmie. W ramach chwilowych spotkań przy robieniu sobie kawy. Naśmiewanie się z procesu produkcyjnego FIFY dało nam dużo radości. Padały różne egzotyczne pomyły. Od klonowania repozytorium, dodawania nowej wersji, ogłaszania fajrantu i pory na CSa, po tunele aerodynamiczne, w których testowane są oficjalne piłki rekomendowane przez FIFĘ. Niestety, obawiam się, że prawda jest zdecydowanie bardziej brutalna. Za kolejnymi iteracjami FIFY nie stoi żadna teoria spiskowa. To tylko sposób na doroczne żyłowanie klienta, który za każdym razem będzie musiał zbierać nową kolekcję cyfrowych kart, aby brać udział w trybie FIFA Ultimate Teams. Od dawna przeczuwałem, że fani gier sportowych mogą czuć się jak dojne krowy. Co jest dość smutne.

Dlatego nie dziwi mnie reakcja dziennikarza z IGN Simona Cardy’ego. Najwyraźniej przypadło mu w udziale napisanie recenzji FIFA 2021 Legacy Edition (Switch). Podstąpił dokładnie tak samo, jak twórcy tej gry. Skopiował swoją zeszłoroczny tekst i zmienił tytuł. Fajrant, pora na CSa. Jesteście zdziwieni? Sądzicie, że nie wywiązał się ze swoich obowiązków? Ja tak nie uważam. Po co pisać recenzję, czegoś, co jest takie samo jak rok temu? Co mogło się zmienić? A, no tak! Fizyka piłki! W końcu kolejna spędziła ostatni rok w tunelu aerodynamicznym, a specjalnie powołany zespół pracował nad tym, aby przenieść jej zachowanie do wirtualnego świata. Za coś takiego faktycznie warto zapłacić. A potem zacząć kupować paczki cyfrowych kart, które w przyszłym roku będą już niepotrzebne. Obawiam się, że nie mają nawet wartości kolekcjonerskiej.

Jeśli pierwszy raz spotykacie się z praktykami Electornic Arts, to musicie wiedzieć, że jest to firma, którą stać na więcej. Zawsze wydaje mi się, że osiągnęli już szczyt chciwości, a potem pojawia się coś, co pokazuje, że koniecznie chcą wspiąć się na wyżyny korporacyjnego skurwysyństwa. Tym razem reklama waluty premium, która można wykorzystać do kupowania paczek (i tym samym drenowania portfela) trafiła do magazynu dla dzieci. Oczywiście Electronic Arts, po tym jak wybuchła afera, stwierdziło, że przyjrzy się temu, gdzie pojawiają się takie treści. W jakim kontekście. Przeprosili, więc nie ma sprawy, prawda? Nie. Nie wierzę, że to był przypadek. Electornic Arts to korporacja, która w ostatnich latach pokazała, że doskonale radzi sobie z jednym – z generowaniem zysków z mikrotransakcji. Najbardziej bolesne jest ignorowanie sukcesów takich produkcji jak Star Wars: Fallen Order oraz Star Wars: Squadrons. Gdyby, jako wydawca, skupili się tworzeniu takich tytułów, a nie na dorocznym drenowaniu fanów gier sportowych, to gracze mieliby zdecydowanie więcej ciekawych wirtualnych światów do zwiedzenia.

Szarganie uniwersum

Wszystko wskazuje na to, że Netfliks bierze się za kolejną serię filmów. Enola Holmes, która stosunkowo niedawno pojawiła się w ofercie, bazuje na twórczości literackiej Nancy Springer. Książki opowiadające o Enoli Holmes wydawane są od 2006 roku i obecnie na rynku można ich znaleźć sześć. Gatunek? Odruchowo można uznać, że są to kryminały, a jest inaczej. Teksty pióra Nancy Springer są zaklasyfikowane jako young adult fiction, co trochę odpowiada naszemu myśleniu o literaturze młodzieżowej. To przyporządkowanie pokazuje czego można się spodziewać po netfliksowych ekranizacjach.

Uważam, że będzie ich więcej. Film Enola Holmes ma raczej dobre recenzje, to zgrabna opowieści nieźle wypchana akcją. Nie jest to najgorsza rozrywka, tym bardziej że obraz ma sporo zabawnych i interesujących momentów. Spotkałem się z głosami, w dużej mierze spoza swojej bańki, że takie rozpychanie świata Sherlocka Holmesa jest niepotrzebne. Ja nie będę ogłaszał, czego chciał Arthur Conan Doyle, bo może i zajmowałem się kryminałami, ale nie byłem biografem tego autora. Zresztą nie chcę się wypowiadać za inną osobę. Wiem natomiast, że kultura popularna kocha wszelkiego rodzaju apokryfy. Szczególnie dobrze widoczne w twórczości fanowskiej, która bywa czasem wydawana i trafia do głównego nurtu. Myślę, że coś takiego właśnie spotkało Enolę Holmes. Postać istniejąca w kontekście young adult fiction, silnie inspirowana rozpoznawalnym bohaterem, otrzymuje wersję filmową. Nie dzieje się to po raz pierwszy, Zachęcam do poszukania innych przykładów takiego działania.

Inną sprawą jest kwestia świętości tego lub innego bohatera literackiego i jego świata. Akurat tego nie cierpię, zawsze uważałem, że należy dyskutować z tekstami, które stały się popularne lub trafiły do kanonu. Tradycję buduje się także w dialogu, podkreślam DIALOGU, a nie w konkursie na to, kto ma więcej racji, więc trzeba rozmawiać o postrzeganiu postaci i tekstów w nowych kontekstach. Weźmy wspomnianego wcześniej Sherlocka Holmesa. Pojawia się po raz pierwszy w Studium w szkarłacie w 1887 na łamach czasopisma “Beeton’s Christmas Annual”. Jeśli sądzicie, że stworzony tam świat miał sporo wspólnego z tym, co obecnie widzimy we współczesnych ekranizacjach, to koniecznie sięgnijcie po tę książkę. Zobaczcie, jak zbudowany został bohater, jaką formułę przyjął autor i pamiętajcie, że musiała być ona czytelna do osób żyjących w ostatnim 20leci XIX wieku. Jak każde inny tekst powstały w danych okresie historycznym, niesie on ze sobą sposób postrzegania świata rozpoznawalny dla ówczesnych odbiorców.

Dlatego jestem wrogiem postrzegania dzieł kultury w oderwaniu od ich kontekstu. To jest coś, czego nauczyłem się dopiero na studiach, bo wcześniej musiałem mierzyć się z kluczem. Warto spojrzeć na powieści Nancy Springer właśnie z perspektywy historycznej. Być może odpowiadają na jakieś potrzeby czytelników? Dyskutują z rolami społecznymi? Literatura młodzieżowa musi poruszać kwestie istotne dla jej odbiorców. Zanim zacznie się krzyczeć o naruszeniu świętego uniwersum Sherlocka Holmesa, warto zastanowić się, dlaczego w ogóle ktoś postanowił je w ten sposób wykorzystać.

Page 2 of 61

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén