Category: Felietony (Page 2 of 60)

Przełamanie zaklęcia

Często na swoim blogu komentuję informacje dotyczące gier komputerowych. Lubię wybierać jakieś tytuły, które niedawno miały premierę i przyglądać się temu, co ogłaszają ich twórcy. Jak łatwo się domyślić, zdecydowanie częściej są to krótkie streszczenia sukcesów. Opowiadanie o porażkach też jest ważne, ale tutaj potrzebny jest przynajmniej 30-minutowy wykład. Takie analiz postmortem bywają publikowane na kanale GDC i tam Was odsyłam. Bo dzisiaj będzie o sukcesie ogłoszonym na Twitterze.

Spellbreak to gra z gatunku battle royal. Na mapie ląduje grupa graczy, która musi przetrwać. Dostępny obszar stopniowo się zawęża, co wymusza coraz częstsze pojedynki. Najczęściej zwycięża ten, kto był najsprytniejszy i dobrze ocenił swoje możliwości oraz teren. Spellbreak to taki Fortnite, tylkotylko że z czarami. Recenzję tej produkcji opublikowałem na łamach DailyWeb i dalej uważam, że ma potencjał. Pozostaje tylko kwestia jego wykorzystania. Najwyraźniej nie tylko ja postanowiłem dać szansę temu tytułowi. Na oficjalnym koncie Spellbreak pojawił się poniższy tweet:

Wszystko wygląda pięknie. Duże liczby. Wynik na pewno można uznać za imponujący. Sama gra jest faktycznie niezła, trochę pusta, ale to efekt tego, że zwartość będzie dostarczana w trakcie kolejnych aktualizacji. Start pewnie był formą badania marketingowego, które – najwyraźniej – się udało. Na pewno do tych milionów graczy przyczyniła się międzyplatformowość. Spellbreak działa na konsolach i PCtach, jest też wersja na Pstryka. Samo opracowanie tylu wersji jest stosunkowo drogie. Devkity nie są darmowa, a potem i tak trzeba przejść proces weryfikacji zgłoszonej produkcji. Dlatego nie ma się co dziwić małym niezależnym studiom, które wolą zacząć od opublikowania wersji na PCy. Później zaczynają się zastanawiać nad portowaniem swojej produkcji. To zawsze są koszty, trzeba je rozważyć. Jasne, że można się zdecydować na współpracę z firmą, która zajmuje się takimi usługami. Są takie na rynku i stanowią ważny element gamedevu. Tylko że warto się wcześniej zapoznać z rzeczami, jakie były przenoszone. Z tym bywa różnie.

Wracając do statystyk opublikowanych przez Spellbreak. Dla mnie mają one wymiar czysto marketingowy. Myślę, że są w stanie nawet trafić do kilku inwestorów, którzy słyszeli, że gamedev w czasie pandemii kwitnie i chcieliby rzucić kasą. Chciałbym, aby twórcy Spellbreak rzucili kiedyś trochę więcej światła na stan swojego tytuły. Informacje na temat średniej i mediany czasu trafia sesji, wykres prezentujący liczbę aktywnych graczy na dzień, a nawet jasną informację na temat konwersji, nie tylko tej pieniężnej. To są kwestie, które bardzo dużo mówią o kondycji danej produkcji. Sama informacja, że Spellbreak ma 5 milionów graczy wygląda super w prasówce lub newsie. Jednak mnie brakuje tutaj kontekstu. Ciekawym przykładem jest produkcja Rocket League, która już wewnątrz gry prezentuje, ile osób jest aktualnie aktywnych. To dobre rozwiązanie, szczególnie dla gier PvP, ale może stać się mieczem obusiecznym.

Spojrzenie z roweru

Właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że nie napisałem nawet jednego tekstu na temat moich rowerowych wojaży! Szok! Niedowierzanie! Cóż ze mnie za internetowy twórca?! Od pierwszego dnia, od pierwszych kilometrów powinien pisać o tym, że jeżdżę, że potykam się o ludzi, że drażnią mnie nastolaty wchodzące na ścieżki rowerowe. O nie! Teraz dotarło mnie, że zapomniałem jeszcze o innej sprawie! O tym, że co jakiś czas lubię sobie wypić craftowe piwo! Najlepiej z dziwną nalepką, kaplsem, no i mam takie, na którym widać gołębia. Efekt? Piję craftowe piwo z gołębi!

Dobra, pośmialiśmy się, wróćmy do przygód na rowerze. Tak się złożyło, że mój powrót przypadł na moment, w którym Polska uznała koronawirusa. To była ta chwila, gdy oficjalnie uznano, że nie na terenie naszego państwa odnotowano pierwszy przypadek zakażenia. Wcześniej nie było, Polska jako samotna wyspa opierała się covidowemu tsunami. Trudno mi ukryć, że niezmiernie mnie ubawiła ta cała sytuacja. Tak jakby choroba potrzebowała jakiegoś państwowego potwierdzenia, żeby atakować mieszkańców określonego terytorium. Bo wcześniej to nie, nie mogła, a od pierwszego potwierdzonego przypadku już może. Symboliczna chwila, która uruchomiła cały aparat urzędniczy i doprowadziła do lockdownu. Miałby być dwa tygodnie, leciutko, a jak wyszło, to wszyscy wiemy.

Wraz z epidemią pojawiły się obostrzenia. Na przykład takie ograniczenie wychodzenia z domu. Twitter pękał w szwach, szaleli ludzie od prawa do lewa, żeby siedzieć na przysłowiowej dupie i nie narażać, nie zarażać. A tu cichaczem, nieśmiało, odzywali się ludzie, którzy przed koronawirusem spędzali czas na dworze. Na przykład – biegając, jeżdżąc na rowerze, spacerując z psem. Pojawił się problem, z perspektywy czasu ciekawy. Bo żaden powiat ani nawet najmniejsza wieś nie zostały otoczone kordonem sanitarnym. Niby sytuacja nie była tak poważna jak w Lombardii, którą zamknięto na cztery spusty. Mieszkańcy wylądowali wręcz w aresztach domowych, aby cała społeczność mogła przetrwać zagrożenie. Dlatego, w tamtym momencie, nie dziwię się osobom, które wręcz atakowały wszystkich chcących wychodzić na dwór. Obrazki serwowane przez media, brak sensownej narracji ze strony polskiego rządu, ogólny – nie bójmy się tego słowa, bo dobrze opisuje ówczesną i aktualną sytuację – pierdolnik w niczym nie pomagały.

A dzisiaj, gdy już Polska odwołała koronawirusa, pomimo rosnącej liczby potwierdzonych przypadków, zastanawiam się, ilu z tych obrońców świeżego powietrza faktycznie wyszło z domu, gdy poluzowano obostrzenia. Media zaczęły wrzucać obrazki z zatłoczonych miejsc. Plaż, bulwarów. Chyba sam przez moment miałem tak ustawioną optykę, bo miałem wrażenie, że ludzi na mojej trasie jest jakby więcej. A teraz, z perspektywy czasu, myślę, że było ich dokładnie tyle samo, ile wcześniej. Nie czuję gwałtownego przyrostu rowerzystów lub biegaczy. W trakcie moich przejażdżek często mijam te same osoby. To gdzie są ci, którzy zostali zmuszeni do siedzenia w domu? Pewnie to te same głosy, które teraz w maseczce widzą kaganiec i są zmuszani, aby je nosić, bo w lutym WHO… (jak korzystacie z Twittera, to znacie tę narrację).

Pandemia jest dla mnie doskonałym przykładem tego, że społeczeństwo nie jest odpowiednio przygotowane do filtrowania informacji. Najwyraźniej nowoczesna edukacja, która przecież kładzie nacisk na czytanie ze zrozumieniem, gdzie się potknęła. A! Oczywiście! To jest czytanie ze zrozumieniem POD KLUCZ! A gdzie tej błogosławiony KLUCZ się znajduje, gdy człowiek sobie spokojnie konsumuje nagłówki?

Tak. Właśnie tam.

Inne Miasto

Wybrałem się na spotkanie autorskie. Po raz pierwszy od chwili ogłoszenia pandemii. Zaznaczam, że tego typu imprezy nie są dla mnie nowością. Zdarza mi się oglądać pisarzy, których czytam. W dużej mierze z ciekawości, bo czytanie i słuchanie człowieka, to dwa zupełnie różne doświadczenia. Tym razem postanowiłem sprawdzić, co ciekawego ma do powiedzenia Ziemowit Szczerzek. Z prozą tego autora jestem na bieżąco, więc uznałem, że chętnie poszerzę swoje doświadczenia o osobę, które składa akapity. Było warto.

Paradoksalnie nie będzie to tekst o spotkaniu autorskim. Udanym, ciekawym, pełnym pytań od publiczności, które dobrze rozwinęły poruszone w rozmowie tematy. Bardziej zainteresowała mnie cała otoczka. Reżim sanitarny związany ze spotkaniem autorskim. Maseczki, dezynfekcja rąk, wyznaczone miejsca, w których można siedzieć. Ludzie rozproszeni w przestrzeni, brak obaw, że nagle dosiądzie się ktoś, kto będzie się rozpychał. I jest jeszcze Miasto. Klasycznie, jeden z moich ulubionych tematów. Trochę spokojniejsze, niż przed pandemią. Bo ciągle mam w głowie pewien obrazek, pewne spostrzeżenie, które dopadło mnie jeszcze w poprzednim roku. Wybrałem się z Żoną do kina, na długi film (tak jakby teraz były jakieś krótkie…), wracaliśmy do domu w okoliczny 21:00.

Mijając przestrzenie zachęcające do spotkań, zauważyłem, że Miasto jest pełne podpitych chłopaków i dziewcząt. Po równo najwyraźniej wieczorna alkoholizacja skłania się ku równouprawnieniu. Czy teraz, jako człowiek z trójką z przodu będę krytykował młodzież wychylającą jedno (lub więcej) piwo w czwartek wieczorem? W wakacje? Nie. Z dwóch powodów. Po pierwsze nie widzę niczego złego w lekkim wstawieniu się w trakcie wolnego wieczoru. Po drugie, obawiam się, że mam na wyjebane. Jeśli nie robią sobie krzywdy, to mało mnie obchodzi ta sprawa. Obrońców moralności pragnę w tym miejscu powstrzymać! W dokumenty nikomu nie zaglądałem, bo – jak wspomniałem wcześniej – mam wyjebane i nie wiem, kto był pełnoletni, a kto nie. Niech to zostanie między Miastem a podpitymi.

Tym razem obrazek z powrotu był inny. Pewnie dlatego, że już wrzesień, rok szkolny się zacząłem. Ale i tak w Mieście unosi się specyficzna atmosfera izolacji. Mniej ludzi na zewnątrz, niby wieczory już chłodne, jednak kiedyś nie było to przeszkodą. Nawet na parkingach jest trochę więcej przestrzeni. Nie to, żeby powietrze było czystsze, zawsze mogłoby być trochę lżejsze. Trochę inne jest to postpandemiczne Miasto. Nawet wybierając się na hotdoga zauważyłem spokój przed i w restauracji. Czy to dobrze? Czy to źle? Nie mam pojęcia, nie oceniam, nie moralizuję, tylko konstatuję. Patrzę, widzę, że Miasto jest trochę inne. Mniej buczące, przetłoczone, trochę bardziej poukrywane po kątach.

Cieszę się, że zawsze wracam na Prowincję. Lata mijają, a moje relacje z Miastem dalej pozostają chłodne. Pewnie przez moją niechęć do przesyconej zabudowy i niedostatku zieleni.

Młot abonamentowy

Obserwując ostatnie kroki, jakie podejmuje Microsoft w kwestiach związanych z Xboksem, coraz częściej mam wrażenie, że ta firma postanowiła mocno zaryzykować. Szczególnie ze względu na filtr z subskrypcjami. Sam często korzystaj z Xbox Game Pass for PC, jednak nie zawsze jestem zadowolony z tej usługi. Gry są świetne, do niektórych wciąż wracam, o wielu z nich pisałem. Moje wątpliwości budzą problemy związane z działem aplikacji obsługującej subskrypcję na PC. Zdarzają się problemy z aktualizacjami, niektóre gry musiałem pobrać ponownie, aby zaczęły działać. Być może, teraz gdy “Game Pass for PC” wyszedł z bety, to sytuacja się zmieni. Oby.

Microsoft ma wielkie plany. Najtańszy Xbox kosztuje 1349 złotych i jeszcze będzie dostępny w abonamencie. Tak, nic mi się nie pomyliło. Xbox ma być dostępny w abonamencie. Od 10 listopada będzie można już kupić tę konsolę, a wraz z nią pakiet usług subskrypcyjnych. Ciekawa perspektywa. Osoba posiadająca Xboksa będzie mogła także grać w wybrane tytuły na PC. Zakładając, że będzie logowała się za pomocą tego samego konta, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby przenieść postępy ze sprzętu na sprzęt. Czy to oznacza, że Xboks stanie się centrum rozrywki w domu? Nie sądzę. Myślę, że tutaj nie jest kluczowy sprzęt, ale powiązane z nim usługi. Konsola to tylko jedna z platform, na której można korzystać z Game Passa, a to właśnie ta subskrypcja jest tutaj najważniejsza.

Poszczególne elementy powoli trafiają na swoje miejsca i zaczyna się tworzyć interesujący obrazek. Na gamedevowym rynku coraz więcej miejsca zajmują różnego rodzaju subskrypcje, najczęściej są związane z poszczególnymi wydawcami. A Electronic Arts postanowiło zadziałać inaczej! Gry z EA Play będą dostępne w ramach Xbox Game Pass, zarówno dla konsol jak i dla PC. W ramach jednej opłaty, która ma wynosić 40 złotych miesięcznie. W ten sposób, po wykupieniu tego abonamentu, jako gracz ma dostęp do oferty studiów związanych z Microsoftem oraz grami wydanymi przez Electronic Arts. Od razu w mojej głowie rodzi się jedno podstawowe pytanie: po co mam teraz kupować gry na własność? Na przykład w dniu premiery, skoro i tak mam świadomość, że wylądują one w którejś z subskrypcji.

To nie jest drobiazg, ponieważ może wpłynąć na sytuację w gamedevie. Jak łatwo się domyślić, ludzie obecnie kupują gry głównie w trakcie przecen, a same cyfrowe światy są coraz droższe, więc nie ma w tym nic dziwnego, że miłośnicy giereczek czekają na jakąś promocję. Obecnie los wielu małych studiów indie jest trudny do pozazdroszczenia, a jeśli modele subskrypcyjne ugryzą kawałek rynku, to będzie on jeszcze cięższy. Obawiam się, że jedyną sensowną alternatywą będzie konsolidacja. Podpisanie umowy z wydawcą, który zapłaci za stworzenie gry, a następie będzie dzielił się z zyskami jej dystrybucji w subskrypcjach. Co pewnie wpłynie na przychody takich działających pod wspólną banderą studiów. Sądzę, że w najbliższych miesiącach pojawią się case study dotyczące subskrypcyjnego sektora giereczek. Czekam z niecierpliwością!

Wirtualne emocje

O tym, że gry wywołują emocje, wcale nie trzeba pisać. Wiem o tym każdy, kto rozegrał chociaż jeden meczyk w popularną MOBĘ. Nie ma znaczenia czy będzie to Heroes of the Storm, Dota 2 lub League of Legends. Zawsze istnieje szansa, że trafi się do drużyny z kimś, dla kogo to nie jest tylko gra, ale sprawa życia i śmierci. Dochodzą wtedy do głosu najgorsze instynkty. Ktoś staje się ofiarą, na którą zostaje wylany kubłem frustracji z powodu przegranej. Właśnie w takich chwilach górę biorą negatywne emocje. Ale zostawmy już te toksyczne moby. Zapraszam do bardziej spokojnego świata. Na wyspę w Animal Crossing: New Horizons.

Ostrzegałem, że jeszcze będę pisał o tej grze! Ja nie odpuściłem, dalej uważam, że jest to jeden z najlepiej relaksujących tytułów, jakie mam w kolekcji. Na dodatek mogę wziąć Pstryka i przenieść się na balkon. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby zmienił lokalizację na czas zabawy w Animal Crossing: New Horizions. Właśnie ze względu na specyficzny sposób tłumienia emocji wspominam o tym tytule. Nie ma w nim żadnej rywalizacji lub walki. Nigdzie nie leje się krew. Moja postać wcale nie musi nosić ze sobą miecza i być w ciągłej gotowości do zablokowania nadchodzącego ataku. To, czym się tam zajmuję? Po prostu upiększam wyspę zgodnie ze swoim (marnym) gustem, łowię ryby, łapię robale i gromadzę zasoby. Piękny sposób na relaks! Wydaje się, że pobyt na cyfrowej wyspie to jedynie spokój. A jednak zdarzają się elementy wzruszenia.

Szczególnie w przypadku listów. Od czasu do czasu do cyfrowej skrzynki wpada korespondencja do matki. Są to teksty proste, często wyrażające troskę o prowadzoną przez gracza postać. Tutaj zaczynają się dziać ciekawe rzeczy. Weźmy ten wątek na reddicie. Pełen wrażeń i wzruszeń, najczęściej zogniskowanych wokół tego, że ktoś stracił matkę, a później dostał taki cyfrowy fragment uczuć. Reakcje ludzi są bardzo interesujące, do tego stopnia, że zastanawiam się, czy wprowadzenie tych listów było celowym zabiegiem. To także dowodzi, że przenosimy różnego rodzaju ładunki emocjonalne pomiędzy rzeczywistością a światem wirtualnym. O ile ten podział ma jeszcze sens, ale to jest temat na zupełnie odrębną dyskusję. Wzruszenia w Animal Crossing: New Horizions mają wyraźnie charakter osobisty i są związane z przeżyciami osoby spędzającej czas na wyspie.

Do jakiego stopnia trzeba być zaangażowanym w cyfrowy świat, aby tam mocno przeżywać zawarte w nim treści? Zdaję sobie sprawę z tego, że na rynku są produkcje, które mocno grają na emocjach. Opisywany przeze mnie niedawno Spiritfarer jest tego doskonałym przykładem. Zastanawiam się, jak często odbiorcy utożsamiali się z pasażerami statku, a muszę przyznać, że nie zawsze były to radosne historie. Zdecydowanie częściej narracja w Spiritfarer miała słodkogorzki charakter. Myślę, że dla takich przeżyć, dla cyfrowych emocji, warto interesować się i brać udział w wirtualnych światach. Zdecydowanie za dużo miejsca poświęca się toksycznym społecznością giereczek. Jest też druga strona medalu, którą reprezentują osoby widzące odbicie własnych doświadczeń w działaniach wirtualnych postaci.

Page 2 of 60

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén