Category: Recenzje (Page 1 of 37)

Wiraże

Wychowane przez wilki przypomniało mi, że fantastyka naukowa nie jest jednorodnym gatunkiem. Istnieje pewne stereotypowe przekonanie o science fiction. Podejrzewam, że zbudowane na podstawie Star Treka oraz Obcych. Piszę to ze swojej perspektywy, sądzę, że dzisiaj znalazłyby się osoby, które dorzuciłyby kino superbohaterskie. Ze Strażnikami Galaktyki na czele, z serią Avengers zaraz za nimi. Jest w tym trochę prawdy. Filmy o superherosach garściami czerpią z fantastyki naukowej. Podobnie jak Wychowane przez wilki. Tylko dlaczego pojawiają się głosy, że z tego serialu jest takie science fiction jak z Venoma dramat medyczny?

Problem z Wychowane przez wilki polega na tym, że zaczyna się jak rasowa produkcja fantastyczno-naukowa, a kończy jak klasyczny mit genezyjski. Co może wydać się szalone, ale to nie pierwszy taki przypadek. Podobnie było z Interstellar, tylko że Christopher Nolan z godnym podziwu uporem trzymał się gatunku. Podejrzewam, że po to zatrudnił Kipa Thorne’a, żeby później rozmyć koncepcje naukowe będące podwalinami dla filmu. Wychowane przez wilki idzie w innym kierunku. Proponuje postapokaliptynczą wizję ludzkości.

Zmuszonej do ucieczki na inną planetę. Z tym że nowych mieszkańców mają wychowywać androidy zaprogramowane przez ateistów. Solidny fundament do snucia dalszej opowieści. Na przykład o konflikcie religijnym, który zniszczył Ziemię.

Ten wątek pojawia się w serialu. Nawet przez pewien czas gra pierwsze skrzypce, szczególnie gdy pokazywana jest struktura społeczna czczącej Słońce frakcji. O ateistach wiadomo niewiele, bo pewnie będą stanowili oś fabularną w drugim sezonie. Natomiast na chwilę obecną Wychowane przez wilki startuje jako fantastyka naukowa opowiadające o kryzysie i konieczności odbudowy ludzkości, a później zaczynają się różne wiraże, beczki, z których serial czasem wychodzi zwycięsko. Przyznaję, że rozbudowanie wątków psychologicznych, nie mam na myśli androidów, bo tutaj rozwój spraw jest łatwy do przewidzenia, wyszło opowieści na dobre.

Natomiast dużym problemem są wątki dotyczące poprzednich mieszkańców planety, na której wylądowali uciekinierzy z rozwalonej Ziemi. Nawet androidy, tak mocno skupione na racjonalnym poznawaniu świata, nie zadały sobie wystarczająco dużo trudu, aby zainteresować się historią nowego świata. Nie gra mi to.

Końcówka, mimo tego, że jest ciekawa, sprawia, że serial skręca w kierunku lekko magicznym. Nie sądzę, aby w kolejnym sezonie pojawiły się jakieś naukowe wytłumaczenia dla węży oraz głosów nawiedzających poszczególne postaci. Sądzę, że Wychowane przez wilki mocniej uderzy w mistycyzm. W różnego rodzaju tajemnice wymykające się racjonalnemu postrzeganiu.

Co wcale nie oznacza, że będzie to zły sezon. Po prostu dołączy do tekstów fantastyczno-naukowych, które traktują przyszłość jako formę dekoracji lub fundamentu do budowania narracji o niewyjaśnionej przeszłości obcej planety. A może nawet o upadku jej poprzednich mieszkańców?

Brutalne doświadczenie nihilizmu

Zdarza się literatura brutalna. Mocna, może nawet odrobinę nieokrzesana. Bliska brudnej rzeczywistości, pokazująca świat spoza bezpiecznej bańki klasy średniej. Opowiadająca historie z perspektywy osób uzależnionych od narkotyków. Powoli wyniszczających siebie oraz otoczenie. Takie narracje zawsze zostawiają we mnie specyficzny osad. Nie mogę sobie wybić z głowy pewnych obrazów, które odnoszą się do określonych sensów. W ten sposób uderzył we mnie Świeży Nico Walkera. Książka o barbarzyńskiej narracji, okazjonalnie przeplatanej prymitywnymi i wulgarnymi scenami.

A jednak jest w Świeżym coś pociągającego. Szczególnie uderza mnie drugoplanowa rozpacz bohatera. Wrażliwość w pułapce bez wyjścia. Prowadząca od miotania się pomiędzy miłością, zazdrością i niepokojącymi próbami dopasowania się do świata. Na dodatek istotna staje się brutalność wojny. Autor nie widzi nic romantycznego w umieraniu, braniu narkotyków, wdychaniu sprzężonego powietrza i zabijaniu wrogów Ojczyzny. Świeży jest pozbawiony naiwności, często wali po prostu w mordę pokazując teatr działań wojennych oraz role, w jakie wchodzą żołnierze i wrogowie.

Specyficzne pomieszanie wrażliwości z obojętnością pozostawia po sobie trudne do rozproszenia wrażenie. Świeży tworzy niewyidealizowany obraz wojny, całkowicie odmienny od tego znanego z popkultury.

Podobnie jest w przypadku uzależnienia od heroiny. Ten wątek również stoi w sprzeczności z romantyczną wizją artysty potrzebującego odlotu, aby tworzyć. W Świeżym nie ma żadnej kreacji, istnieje tylko trudna do zatrzymania destrukcja. Wpleciona w rytm codzienności. Od działki do działki, od zjazdu do zjazdu. Szczególnie ostatnia część książki najmocniej podnosi problem całkowitego podporządkowania życia nałogowi. Najgorsze jest to, że ten obraz jest jednocześnie fascynujący i przerażający.

Bohater w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że zniszczył swoje życie, że negatywnie wpływa na otoczenie, że nałóg nim steruje i popycha go do różnych rzeczy. I nic z tym nie robi, daje się porwać temu rwącemu nurtowi. Jakby godzi się z destrukcją, płynie na jej fali.

Jaka fraza pozostała we mnie po przeczytaniu Świeżego? Będąc na ostatniej stronie pomyślałem, że jest to przerażająca powieść o anihilacji człowieczeństwa. Nie takiej pochodzącej z zewnątrz, instytucjonalnej, tylko wynikającej z autodestrukcji. Bohater powieści się nią nie upaja, dostrzega ją, po prostu pozostaje bierny. Czasem nawet obojętny. Jakby próbował zniknąć, oddać swój los w ręce jakiegoś bytu, a ponieważ żadnego nie znalazł, to postanowił, że poprowadzi go nałóg. Takie brutalne zderzenie z wizją świata który nieustannie się rozpada może stanowić odtrutkę na wszechobecną cukierkową konsumpcję. Ja wiem, że pandemia zabiła świat na Instagramie, ale Świeży to takie wbicie szpadla w to podnoszące się zombie.

Nie każdemu się spodoba, ale uważam, że ludzie, którzy obserwują współczesność, powinni zmierzyć się ze Świeżym. Dla innego kontekstu. Dla brutalnej perspektywy. Dla czołowego zderzenia z nihilizmem.

Precyzja opowieści

Ostatnio narzekałem na literaturę, a konkretnie na rozmemłanie niektórych tekstów. To dzisiaj będzie tekst pochwalny! Bo nie wszystkie ostatnio przeczytane książki były rozczarowaniem. Na szczęście, szczególnie w tych trudnych do zniesienia czasach. O twórczości Artura Urbanowicza już raz pisałem, ostatni tekst dotyczył Inkuba. To był kawał porządnej powieści i warto podkreślić, że najnowszy tytuł tego autora w niczym jej nie ustępuje. Paradoks oczarowuje solidnie napisaną narracją, a także porządnie utkaną fabułą. Sądzę, że jedyną kwestią sporną może być zakończenie.

Rozumiem, czym było to podyktowanie. Uważam, że jest świetnie związane z linią narracyjną poprowadzoną w powieści. Nie będę nic zdradzał, spokojnie, swoją uwagę skoncentruję na innych elementach. Przede wszystkim interesuję mnie sposób tworzenia świata przedstawionego oraz interesujące podejście autora do rozbudowywania doświadczeń postaci. Ta dwa aspekty są ze sobą silnie związane, z tego, co pamiętam. to w Inkubie również były kluczowe. Paradoks mocniej koncentruje się na postaci głównego bohatera. Matematyka opętanego nie tylko przez perfekcjonizm, ale także przez poczucie winy. Na dodatek jest prześladowany przez swojego sobowtóra! Gdy dotarłem do momentu prezentacji podstawowych elementów powieści, to nastawiałem się na popkulturowe opowiadanie o Doppelgängerze.

Nie miałem nic przeciwko wykorzystaniu tego motywu, ponieważ w tym roku się już z nim zderzyłem. W serialu Curon. Przyznaję, że Artur Urbanowicz bardzo mnie zaskoczył.

Głównie za sprawą konstrukcji świata przedstawionego. Autor sprytnie rozrzuca różne wskazówki, doskonale operuje uwagą odbiorcy. Zostawia drobiazgi, które pozornie są nieistotne, a wraz z rozwojem fabuły zaczynają stawać się coraz ważniejsze. Rewelacyjne jest to, że narracja w Pradoksie nie jest ani przypadkowa, ani marnie napisania, ani przesadnie rozwodniona. Zawsze, gdy trzymam w rękach tom mający więcej, niż 200 stron, to obawiam się, że twórca będzie próbował mnie zaczarować przydługimi opisany przyrody. Artur Urbanowicz stawia na konkret. Na solidne prowadzenia narracji. Dba o związki przyczynowo-sktutkowe i starannie unika korzystania z rozwiązania znanego jako Deus ex machina.

W Paradoksie na próżno szukać gwałtownych zwrotów akcji spowodowanych nadprzyrodzonymi siłami. To jest cudownie precyzyjna powieść, od pierwszego do ostatniego słowa oparta na pozbawionej niestarannych przypadków narracji.

Może się wydawać, że w takiej strukturze nie ma miejsca na porządne, wielowymiarowe postacie. Błąd. Artur Urbanowicz w Paradoksie wprowadza interesujące charaktery. Z odrębnymi motywacjami, często pochodzące z różnych warstw społecznych. Odważnie gra stereotypami, prezentując zarówno studentów matematyki jak i medycyny. Autor świetnie rozumie, jak powstają takie uproszczenia, po co istnieją i jak można je ładnie zdemontować. Co przekłada się zmiany w postrzeganiu wielu postaci.

Jako odbiorca zaczynałem od zaprezentowanego uproszczenia, skrzętnie opakowanego stereotypu, a potem, wraz z rozwojem fabuły, ta forma zaczynała się zmieniać. Postać stopniowo nabierała głębi.

Gorąco polecam. Nie tylko miłośnikom powieści grozy.

Marne wykończenia

W literaturze drażni mnie rozbełtanie. Często objawiające się przez próby opowiedzenia wielowątkowej i wieloaspektowej historii. Oczywiście, że ten rodzaj narracji ma swoich fanów. Takie kluczenie, pozorne balansowanie fabuły bywa określane jako efemeryczne. Wtedy wskazuje się na wyjątkowy artyzm, interesujące zestawienia sensów oraz rozbudowane metafory dające wielość odczytań. Rozumiem, że można tak patrzeć na literaturę, że można dostrzegać plusy takiego sposobu opowiadania. Akceptuję to, ale nie godzę się na nazywanie takich realizacji wyjątkowymi.

Metafory wcale nie służą temu, żeby rozbełtywać opowiadanie. Efemeryczność narracji wcale nie musi wiązać się z całkowitym rozmemłaniem świata przedstawionego. Serio, weźcie do ręki Pozwól rzece płynąć Michała Cichego. Specyficzny rytm narracji po prostu wciąga, na dodatek sama historia nie jest przesycony różnymi, często zbędnymi, artystycznymi wtrętami. W przypadku tego tytułu forma jest idealnie dopasowania do zawartości lub zawartość do formy. Niezależnie od perspektywy warto wskazać na cudowne rozumienie rytmu opowieści oraz wyjątkową umiejętność splatania sensów.

Pozwól rzecze płynąć to dowód na to, że efemeryczność narracji, wcale nie oznacza całkowitego rozmycia fabuły. Da się opowiedzieć coś ciekawego, korzystając ze specyficznej, dusznej atmosfery literatury nasyconej znaczeniami.

Czemu się tak czepiam? Co to w ogóle za wycieczka w przeszłość i odkopywanie starych lektur? Niedawno skończyłem Imperium chmur Jacka Dukaja i już dawno nie widziałem tak doskonałego przykładu rozbełtanej, mdłej i nużącej zawartości opakowanej w szykowną, artystyczną formę. Ileż tam wątków! Inspiracji! Odniesień do Lalki, wyjątkowego dzieła, którego nigdy nie mogłem ścierpieć, ale ceniłem za ciekawe diagnozy społeczne. I niech sobie będzie ta intertekstualność, niech mocno siedzi w strukturze Imperium chmur inspiracja Bolesławem Prusem. Tylko dlaczego treść musi być tak rozbełtana? Przeskakiwanie pomiędzy wątkami, porozwalane nici narracji, brak stabilnej osi fabularnej. Pewnie zaraz znajdzie się ktoś, kto mi powie, że chuja się tam znam, w życiu książki na oczy nie widziałem, a o literaturze piszę.

Nie do mnie tak, nie do mnie! Pierwszy będę stał za metodą opowiadania, jaką zaprezentował Brunon Schulz w genialnych Sklepach cynamonowych. Tylko że tam, pomimo wszechobecnego oniryzmu, istniały pewne dominanty scalające opowieść. Bo to była przemyślana twórczość, od pierwszej do ostatniej litery.

Nikt mnie nie przekona do tego, że Imperium chmur miało być właśnie takie porozwalane, bo jednym z tematów powieści jest nieumiejętność znalezienia odpowiedniego kontekstu. Podobnie jak w Między słowami, tylko gorzej zrealizowane. Ale wróćmy do literatury. Jeśli zachwyca Was najnowsza powieść Jacka Dukaja, widzicie w niej same plusy, to weźcie Baskijskiego diabła Zygmunta Haupta.

Przeczytajcie, zobaczcie, jak należy pleść narracyjne gobeliny, a potem wróćcie do Imperium chmur. Ja, patrząc z tej perspektywy, widzę jedynie nieudolnie poskładaną, na dodatek mierną narrację. Mało sztuki, dużo marnej wykończeniówki próbującej przykryć niedociągnięcia.

Obecność Złego

Nawet na Netfliksie trafiają się filmy, które są w stanie łatwo spolaryzować publiczność. Dobrym przykładem jest Diabeł wcielony. Chyba już w trailerze można usłyszeć, że niektórzy rodzą się tylko po to, aby umrzeć. Co szybko staje się jednym z motywów przewodnich tego filmu. Chociaż nie jest to najważniejszy temat. Dla mnie Diabeł wcielony był opowieścią, w której mocno został zaakcentowany temat Zła oraz jego wpływu na kondycję człowieka. Od razu zaznaczam, że nie jest to optymistyczny film.

Kadry oraz fabułą przesycone są przytłaczającym pesymizmem. Okazuje się, że człowiek niewiele jest w stanie zrobić, gdy Zło zaczyna wyciągać po niego swoje łapy. Jednocześnie nie zostaje ono pokazane jako coś pięknego, idealnego i nęcącego. Jest raczej brudne, duszne i szybko pożerające tych, którzy stają mu na drodze. Bywa, że występuje w towarzystwie Idei, ale pokrętnie rozumianej. Pozornie dobrej, ale wykorzystywanej do manipulowania innymi. Do osiągania własnych, często niemoralnych, celów. Zło w Diable wcielonym po prostu wypacza ludzi. Czasem pojawia się za sprawą niefortunnych okoliczności, a innym razem wynika po prostu z charakteru danego człowieka. Myślę, że trudno o bardziej mroczną diagnozę ludzkiej egzystencji.

W kontekście tego filmu odznacza się to, że opowieści o kuszącym Szatanie pozwalają do wyrzucenia Zła poza człowieka. Wygodne zasłonięcie się słabością woli, chwilową słabością, poszukiwaniem wyzwolenia spod dręczącego sumienia. Diabel wcielony proponuje inną dynamikę. Wprowadza postacie często mające jasno określony cel. Motywacją może być zemsta, niepokojąca fascynacja śmiercią lub chęć posiadania władzy na cudzym umysłem. Nie ma nikogo, kto przychodzi na ratunek. Zło jest po prostu częścią świata, siłą kierującą ku destrukcji, jego błyski przejawiają się w każdym rozpadzie ludzkiej osobowości. Raz rozpędzone, jest w zasadzie nie do zatrzymania. Karmi się nowymi ofiarami i stopniowo wyniszcza bohaterów filmu. Na pewno budzi pytanie, czy takie obrazy są nam w ogóle potrzebne? Może, w tych trudnych czasach, należałoby więcej uwagi poświęcić pozytywnym przejawom ludzkiego bytu?

Nie sądzę. Potrzebujemy takich beznadziejnie smutnych filmów, których człowiek nie triumfuje. One pokazują, że Zło, jako pojęcie, wcale nie jest takie skomplikowane, w jakie próbuje się je ubrać. Jest wieloaspektowe, bywa różnie umotywowane, ale w Diable wcielonym wyraźnie widać, że potrafi być przerażająco proste. Przez co traci przestrzeń do usprawiedliwiania. Dzieje się, popycha do działania, stopniowo konsumuje otaczający świat. Właśnie z uwagi na wyraźne zaakcentowanie mniej mistycznego charakteru Zła uważam ten film za niezbędny. Nie twierdzę, że Diabeł wcielony budzi jakąkolwiek nadzieję w człowieku. Odbiera ją. W każdej sekundzie i dzięki bezpośredniej konfrontacji ze Złem wymusza zastanowienie się na jego granicami.

A na pewno nad tym, czy jest ono immanentne. Diabeł wcielony, głównie za sprawą pesymistycznej wizji świata, nie jest skierowany do wszystkich odbiorców, mimo to uważam, że należy się zmierzyć z tym filmem.

Page 1 of 37

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén