Category: Recenzje (Page 1 of 36)

Nie ma mocy

Ilekroć siadam do filmu science fiction wyprodukowanego przez Netfliksa, tylekroć zastanawiam się, z czym tym razem przyjdzie mi się zmierzyć. Nie da się ukryć, że są to często filmy przeciętne. Okazjonalnie zdarzają się odsłony irytujące, mające widzów za idiotów, którzy ledwo potrafią czytać. Bywają także produkcje z niezłym pomysłem, ale z całkowicie spartoloną realizacją. Zastanawiam się do której kategorii zaklasyfikować Power? W zasadzie był to film akcji z fantastyką naukową w tle. Nic więcej.

Czytam opinie, że Power może stać się cyklem filmów utrzymanym w tym świecie. To dokładnie tak samo miało być z Bright. Chociaż w tym przypadku przekonał mnie pomysł. Dość nietypowe połączenie magii i współczesnego, postnowoczesnego świata. Power to tylko wariacja na temat komiksowych superbohaterów i nie sądzę, aby seria mogła zaproponować coś więcej. Brakuje w filmie jakiegoś haka, który sprawi, że człowiek z wielką chęcią będzie oglądał kolejne odsłony. Mogłyby to być nawet przygody nowego zestawu bohaterów. Nie trzeba ciągle wałkować wątku złej korporacji, która robi testy na ludziach i przekupuje kolejne miasta, aby móc bezproblemowo działać. Świat Power jest na tyle niedookreślony, że bez najmniejszego problemu dałoby się stworzyć dowolną fabułę.

Może to jest specyficzna cecha filmów fantastycznonaukowych od Netfliksa? Niedookreślenie. We wszystkich aspektach. Począwszy od świata, przez kontekst, a na bohaterach skończywszy. Często przypominam, że science fiction do wymagający gatunek. Nawet sprowadzony do zwykłej scenografii wymaga czegoś więcej, niż naszkicowania konfliktu pomiędzy postaciami. Potrzebne jest odpowiednie zbudowanie silnego kontekstu. Opartego na technologii, doświadczeniach, nauce, która nie próbuje udawać magii. Nie twierdzę, że w ofercie Netfliksa od razu powinny się pojawiać materiały realizujące fantastykę naukową w dość skrajny sposób. Hardboiled science fiction ma swoich fanów, ale sądzę, że jest to grupa dość wąska i charakterystyczna. Nie uważam, że skok w tę skrajność automatycznie spowodowałby poprawienie jakości fantastyki naukowej produkowanej przez Netlifksa.

Wracając do Power. Do tego akcyjniaka ze scenografią. Kilka pościgów, trochę strzelanin, niewiele zwrotów akcji. Realizacja średnia, do obejrzenia przy precelkach i piwie. Ma momenty, w których wyraźnie się rozpędza, ale najwyraźniej znalazł się ktoś, kto postanowił mocniej zaciągnąć hamulec. W takich chwilach tempo zaczyna pikować, a wraz z nim poziom. Wyraźniejsza staje się papierowość postaci to, że nie mają w sobie ani grama charakterów. Realizują swoje role, często wręcz wymęczone przez popkulturę. Power niczego nie odkrywa, tylko sukcesywnie realizuje wybraną przez twórców formę. Tylko że tutaj pojawia się brak zdecydowania, co do dominujących cech. Raz akcja, potem szczypta fantastyki naukowej, następnie odrobina dramatu.

Pomieszanie form. Miks gatunków z nijakimi postaciami.

Piękna eksploracja

Jeśli chodzi o giereczki, to ostatnio wróciłem do ogrywania tytułów bardziej niezależnych. Żeby nie było niedomówień, Wasteland 3 mam już pobrane, nawet przeszedłem dwie misje. Jednak o tej produkcji napiszę na DailyWeb. Dlaczego? Bo tam też muszą pojawiać się jakieś treści. Na blogu postanowiłem, że podzielę się wrażeniami z czegoś mniejszego. A jednocześnie pięknego, wzruszającego i przykuwającego do ekranu cudownie dopracowaną grafiką. Takie perełki w dalszym ciągu można znaleźć wśród niezależnych produkcji.

Spiritfarer został wydany kilka dni temu. Nie ukrywam, że zainteresował mnie opis tego tytułu. Symulator zarządzania statkiem, którym przewozi się dusze na drugą stronę? Ktoś postanowił stworzyć grę o byciu Charonem? Wchodzę w to! Pobrałem, odpaliłem i przepadłem. Przede wszystkim uderzyła mnie pięknie wykonana grafika. Szczególne animacje. Twórcy zadbali o to, aby poruszanie się postaci wyglądało ciekawie i nie było drewniane, ale prawdziwym majstersztykiem są animacje bezczynności. Ten element świadczy o tym, że ludzie pracujący przy Spiritfarer zwracają uwagę na szczegóły i zdają sobie sprawę z tego, że to one świadczą o jakości gry. Pozostałe elementy również są dopracowane. Mnie Spiritfarer kojarzy się z intuicyjną prostotą. Z realizacją, która nie próbuje być na siłę oryginalną. Twórcy zdecydowali się na połączenie kilku minigier oraz systemu zarządzania potrzebami podróżników.

Co doskonale się udało. Eksploracja świata w Spiritfarer sprawia dużo przyjemności. Odkrywanie kolejnych wysp oraz poszukiwanie dusz, które należy przewieźć, stanowią dwa ważne elementy całej rozgrywki. Wokół nich zostały zbudowane kolejne aspekty produkcji. Takie jak zbieranie materiałów, sprzedaż zdobytych skarbów, a także poznawania pasażerów. Każdy z nich ma inne potrzebny, odmienny charakter oraz ciekawe umiejętności, które warto wykorzystać do swoich celów. Spiritfarer opiera się na odruchu ciekawości u odbiorcy. Trzeba mieć w sobie chęć poznawania świata, rozwijania jego historii. Hodowanie roślin, praca w tartaku lub kuźni to tylko dodatki. Ciekawe, zmieniające rytm, ale dalej dodatki. Najważniejsza jest tutaj opowieść, której strzępy są poukrywane w rozmowach oraz drobnych śladach na wyspach.

Spiritfarer gwarantuje prostą i wciągającą zabawę. Nie ma w tej produkcji jakiejś agresji, ciągłego konfliktu lub wyścigu do celu. Zamiast tego jest spokojna eksploracja, z jasno wydzielonymi fragmentami otwierającymi kolejne rozdziały historii głównej bohaterki. Spiritfarer ma w sobie coś ujmującego, przykuwającego do ekranu. Cieszę się, że wciąż zdarzają się produkcje, które cechuje specyficzna nieuchwytność charakterystyczna dla studiów niezależnych. Nie wyobrażam sobie, aby taki tytuł został opracowany przez wielkiego wydawcę kierującego się wyliczeniami na temat trendów. Spiritfarer pokazuje, że o grach w dalszym ciągu można myśleć w kategoriach pięknej rozgrywki, a nie wyłącznie maszynek do monetyzacji za pomocą skórek w skrzynkach.

Nowa historia

Serial Penny Dreadful wspominam bardzo dobrze. Rewelacyjne kreacje aktorskie, świetny świat przedstawiony oraz solidna intryga. Wciągał. Bardzo. Razem z Żoną niecierpliwie wyczekiwaliśmy na kolejne sezony. Teraz przyszedł czas na zapoznanie się ze spinoffem. Penny Dreadful: Miasto Aniołów opowiada całkiem przerażającą historię, którą rozgrywa się w Los Angeles. Warto pamiętać o tym, że jest to spinoff! Intryga z poprzednich odsłon nie jest kontynuowana. Jest nowa opowieść, z nowymi bohaterami i nowymi mrocznymi mocami, które rozgrywają śmiertelników.

Przyznaję, że przy tym spinoffie również dobrze się bawiłem. Nie jest tak samo hipnotyzujący jak poprzednia odsłona, miewa słabsze, wolniejsze momenty, ale w ogólnym rozrachunku wypada dobrze. Mimo to spotykam się ze stwierdzeniami, że jest to gorsza, zdecydowanie gorsza, odsłona Penny Dreadful. Być może problemem są tutaj zbyt wysokie oczekiwania? Nie da się ukryć, że poprzednie sezony zapewniały rozrywką na wysokim poziomie. Równy rytm narracji i duszna atmosfera sprawiały, że człowiek z trudem odrywał się od ekranu. Penny Dreadful: Miasto Aniołów zostało zrealizowane trochę inaczej. Nie ma już charakterystycznej dla serii duchoty oraz specyficznego przechodzenia do nadprzyrodzonego świata. Tym razem twórcy postawili na zupełnie inne elementy.

Ważną dominantą dla serialu są napięcia na tle rasowym. Opowieść rozgrywka się w skomplikowanym momencie historycznym. Trzecia Rzesza rośnie w siłę, macki Hitlera sięgają coraz dalej. Niewiele osób pozostaje głuchych na idee mówiące o czystości rasy. Los Angeles zmaga się z własnymi problemami, które również się ściśle związane z mniejszościami. Oczywiście konflikt jest cały czas podsycany przez nadprzyrodzone siły, które mają jeden cel – doprowadzić do całkowitego chaosu. Obserwowanie różnych podstępów składających się na wielowarstwową intrygę uznaję za formę przyjemności, której dostarcza ten serial. Penny Dreadful: Miasto Aniołów ma swój własny, interesujący charakter. Nie jest pozbawione wad, jednak nie można oceniać tego serialu wyłącznie z perspektywy poprzedniej realizacji. W nowej odsłonie jest inaczej. Mniej mrocznie, co nie znaczy, że można od razu skreślić ten serial.

Sądzę, że należy dać mu szansę. Jednocześnie traktując go jako odrębny tekst, bo porównania w tym przypadku na nic się nie zdadzą. Ale wystarczy zmienić podejście, obejrzeć Penny Dreadful: Miasto Aniołów nastawiając się na odrębną narrację i zastanowić się nad oceną całego serialu. To nie jest kolejna części, następny etap opowieści, która została zarysowana wcześniej. Penny Dreadful: Miasto Aniołów to nowa historia, na dodatek zakończenie sugeruje, że jest to dopiero prolog, a dalsze wydarzenia będą jeszcze bardziej krwawe i brutalne. Finał świetnie wykorzystuje gromadzone przez cały serial napięcie, a także zawiera niespodziankę wskazującą na to, że nie wszystko jest aż tak oczywiste, jako może się wydawać na pierwszy rzut oka.

Akademia parasolek

Wystarczająco długo zwlekałem z podzieleniem się wrażeniami z drugiego sezonu Umbrella Academy. Wynikało to nie z tego, że zastanawiałem się nad oceną. Tylko z prozaicznej kolejki tekstów. Ułożyła się dziwnie, głównie ze względu na mój urlop i stopniowy powrót do pisania w trakcie weekendów. Aby zainaugurować powrót, postanowiłem, że zacznę od tego, co już wystarczająco długo wisi na liście. A uważam, że Umbrella Academy stanowi świetny przykład porządnej serialowo-komiksowej realizacji.

Jeśli pierwszy sezon Umbrella Academy był swoistą wycieczką po skomplikowanych rodzinnych relacjach pomiędzy osobami obdarzonymi supermocami, to kolejna odsłona serialu kontynuuje ten trend. Tylko że jeszcze bardziej go podkręca, sprawia, że postacie zmuszone są przeciwstawić się nie tylko zagrożeniu z zewnątrz, ale konieczna okazuje się także konfrontacja z wyuczonymi przekonaniami. Właśnie z tego powodu cenię sobie Umbrella Academy. W serialu trudno znaleźć nawet gram wydumanego heroizmu, nie ma nawet odrobiny pompatycznej walki Dobra ze Złem. Wspaniałe jest to, że główną osią fabularną drugiego sezonu Umbrella Academy jest przemożna chęć nierozpieprzenia wszystkiego wokół. W pewnym momencie ta motywacja staje się udziałem wszystkich należących do akademii postaci.

Na dodatek w tle mocniej zostaje zarysowany wątek dbającej o czas Komisji. Pojawia się w pierwszym sezonie. Pokazana jako moloch przesiąknięty na wskroś biurokracją. A tym razem, okazuje się, że jest to kolos na glinianych nogach. Na dodatek mocno podatny na manipulację! Papierkowa robota Komisji okazuje się być zasłoną dymną dla wielu nielegalnych działań pewnej wysoko postawionej postaci. Imię pozostawię dla siebie, aby zbyt wiele nie zdradzać. Właśnie wokół takich organizacyjnych przepychankach i matactwach kręci się cała fabuła drugiego sezonu Umbrella Academy. Każda z funkcjonujących w tym świecie przedstawionym instytucji powoli się rozpada i ukazuje swoje zdegenerowane oblicze. Dlatego o tym serialu watro także pomyśleć jako o opowieści na temat ludzi próbujących uciec przed biurokratycznym zaszufladkowaniem. Niestety, te osoby same zbyt często popełniają ten błąd i za wszelką cenę trwają we wcześniej ugruntowanych poglądach.

Ostatnią sprawą, nad którą wręcz trzeba się pochylić, jest sposób postrzegania czasu w serialu. Jeśli pojawią się kolejne sezony, to czy ta kwestia zostanie bardziej rozwinięta? Nie da się ukryć, że kolejne skoki pomiędzy epokami, jakich dokonuje Piątka i jego przybrane rodzeństwa, nie rozwiązują wszystkich problemów. Wprost przeciwnie! Okazuje się, że nawet delikatna zmiana jednego elementu sprawia, że przyszłość zaczyna wyglądać zupełnie inaczej, niż bohaterowie na to liczyli. Szczególnie istotna może okazać się wiedza, jaką posiada Reginald Hargreeves. W sezonie 2 jest pewna niespodzianka, która pokazuje, jak niewiele jeszcze wiadomo na temat roli i znaczenia tej postaci.

Kolejna odsłona serialowego Umbrella Academy rozwiązuje tylko kilka zagadek, ale stawia kolejne pytania, które – przynajmniej na razie – pozostają bez odpowiedzi.

Przyjemność z rozplątywania

Skończyłem ostatni sezon Dark! Ku radości mojej Żony, która nie podziela mojej fascynacji tym serialem. Najwyraźniej mnie babranie się w strukturze czasu oraz metafizyczne dyskusje nie przeszkadzały. Przyznaję Kindze rację. Dark ma to do siebie, że większość najważniejszych elementów fabuły wydarza się w dialogach. Szczególnie tych, w których postacie z różnych światów oraz czasu konfrontują się między sobą. Czasem w milczeniu, a innym razem zalewają się potokiem słów. Jestem jedną z tych osób, które lubią takie przegadane narracje.

Ujęła mnie także struktura Dark. Muszę przyznać, że autorzy serialu sprytnie ją rozgrywają. Wprowadzają element po elemencie, za każdym razem robią krok w stronę większej całości. Pierwszy sezon pokazywał jedynie specyficzne rozerwanie jednej przestrzeni, w kolejnym okazało się, że czas jest zdecydowanie bardziej poszatkowany. Aż w końcu, w finałowej odsłonie trylogii, wprowadzone zostają dodatkowe światy. Tak samo skomplikowane, poprzecinanie manipulacjami i rozczłonkowane przez aktorów działających na różnych płaszczyznach. Jednak najciekawsze jest to, że cała narracja ma wyraźnie zaznaczoną oś. Jest nią rozpacz po stracie.

Zauważyłem, że właśnie to nie dominujący motywator wszystkich postaci. W określonym momencie coś stracili, zaczęli rozpaczać, a teraz działają, robią wszystko, aby zapobiec tragedii. Efekty bywają straszne, wręcz przerażające. Bo chyba tak najlepiej jest określić swoiste więzienie z czasu, w jakim pokutują bohaterowie. Wykonują z góry zaprojektowane akcje, trwają w wiecznej pętli. Nie są wolni, muszą ciągle podążać wcześniej określoną ścieżką, aby utrzymać się w iluzji próby odzyskania tego, co było dla nich najdroższe. Starcie dwóch sił jest tylko pozorne, konieczne do utrzymania boleśnie zaciśnięte pętli czasu. W trzecim sezonie ratunek przychodzi z zewnątrz. Węzeł został stworzony i przecięty w zupełnie innym miejscu. Przestrzeni, z której nie zdawali sobie sprawy bohaterowie Dark.

Tan serial ma w sobie coś niebywale pociągającego. Myślę, że ze względu na stopniowe komplikowanie narracji. Mnie zawsze interesowało, jak będą wpływały na siebie postacie, jakie mają ukryte motywacje, co chcą osiągnąć. Niektóre historie trudno przewidzieć, dopiero w trzecim sezonie zostają pokazane brakujące elementy całej układanki. Fascynujące jest to uzupełnianie luk. Tak jakby czas w Dark był gobelinem, który należy pleść z wyjątkową starannością, a ostatnie szlify wymagają dodanie kilku nowych nici, aby opowieść nabrała olśniewającego blasku. A już pokazanie prostego fundamentu, podstawowego motywatora prowadzącego do rozdarcia czasu i świata, sprawiło, że zacząłem jeszcze bardziej doceniać Dark.

Kontakt z tym serialem był dla mnie przyjemnością z rozplątywania narracji. Szukałem nitek, zastanawiałem się, jak zostaną ze sobą splecione. Obserwowałem, jak ten majstersztyk jest budowany. Wiem, że bywa przegadany, ale pozostanę w swoim niewzruszonym zachwycie. Pewnie dalej będę szukał takich specyficznych narracji, w końcu dalej fascynują mnie struktury.

Page 1 of 36

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén