Category: Recenzje (Page 1 of 37)

Obecność Złego

Nawet na Netfliksie trafiają się filmy, które są w stanie łatwo spolaryzować publiczność. Dobrym przykładem jest Diabeł wcielony. Chyba już w trailerze można usłyszeć, że niektórzy rodzą się tylko po to, aby umrzeć. Co szybko staje się jednym z motywów przewodnich tego filmu. Chociaż nie jest to najważniejszy temat. Dla mnie Diabeł wcielony był opowieścią, w której mocno został zaakcentowany temat Zła oraz jego wpływu na kondycję człowieka. Od razu zaznaczam, że nie jest to optymistyczny film.

Kadry oraz fabułą przesycone są przytłaczającym pesymizmem. Okazuje się, że człowiek niewiele jest w stanie zrobić, gdy Zło zaczyna wyciągać po niego swoje łapy. Jednocześnie nie zostaje ono pokazane jako coś pięknego, idealnego i nęcącego. Jest raczej brudne, duszne i szybko pożerające tych, którzy stają mu na drodze. Bywa, że występuje w towarzystwie Idei, ale pokrętnie rozumianej. Pozornie dobrej, ale wykorzystywanej do manipulowania innymi. Do osiągania własnych, często niemoralnych, celów. Zło w Diable wcielonym po prostu wypacza ludzi. Czasem pojawia się za sprawą niefortunnych okoliczności, a innym razem wynika po prostu z charakteru danego człowieka. Myślę, że trudno o bardziej mroczną diagnozę ludzkiej egzystencji.

W kontekście tego filmu odznacza się to, że opowieści o kuszącym Szatanie pozwalają do wyrzucenia Zła poza człowieka. Wygodne zasłonięcie się słabością woli, chwilową słabością, poszukiwaniem wyzwolenia spod dręczącego sumienia. Diabel wcielony proponuje inną dynamikę. Wprowadza postacie często mające jasno określony cel. Motywacją może być zemsta, niepokojąca fascynacja śmiercią lub chęć posiadania władzy na cudzym umysłem. Nie ma nikogo, kto przychodzi na ratunek. Zło jest po prostu częścią świata, siłą kierującą ku destrukcji, jego błyski przejawiają się w każdym rozpadzie ludzkiej osobowości. Raz rozpędzone, jest w zasadzie nie do zatrzymania. Karmi się nowymi ofiarami i stopniowo wyniszcza bohaterów filmu. Na pewno budzi pytanie, czy takie obrazy są nam w ogóle potrzebne? Może, w tych trudnych czasach, należałoby więcej uwagi poświęcić pozytywnym przejawom ludzkiego bytu?

Nie sądzę. Potrzebujemy takich beznadziejnie smutnych filmów, których człowiek nie triumfuje. One pokazują, że Zło, jako pojęcie, wcale nie jest takie skomplikowane, w jakie próbuje się je ubrać. Jest wieloaspektowe, bywa różnie umotywowane, ale w Diable wcielonym wyraźnie widać, że potrafi być przerażająco proste. Przez co traci przestrzeń do usprawiedliwiania. Dzieje się, popycha do działania, stopniowo konsumuje otaczający świat. Właśnie z uwagi na wyraźne zaakcentowanie mniej mistycznego charakteru Zła uważam ten film za niezbędny. Nie twierdzę, że Diabeł wcielony budzi jakąkolwiek nadzieję w człowieku. Odbiera ją. W każdej sekundzie i dzięki bezpośredniej konfrontacji ze Złem wymusza zastanowienie się na jego granicami.

A na pewno nad tym, czy jest ono immanentne. Diabeł wcielony, głównie za sprawą pesymistycznej wizji świata, nie jest skierowany do wszystkich odbiorców, mimo to uważam, że należy się zmierzyć z tym filmem.

Determinizm szaleństwa

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że o produkcjach Netfliksa można powiedzieć dużo złego. Sam jestem osobą, która skreśliła kilka tekstów na temat mierności prezentowanych tam seriali i filmów. Gatunki były różne, chociaż czasem mam wrażenie, że najczęściej dostawało się fantastyce naukowej. To może w dramatach jest lepiej? Chyba tak. Niedawno skończyłem oglądać serial Ratched. Thriller, kryminał, trochę obraz pełen grozy i różnego rodzaju zaburzeń psychicznych. Na dodatek inspirowany jedną z postaci Lotu nad kukułczym gniazdem.

Jednak zanim doświadczyłem wielu różnych emocji, moje oczy zaatakowały pastelowe kolory. W Ratched wiele kadrów silnie nasyconych barwą. Do tego stopnia, że czasem budziły we mnie odczucie sztuczności. Tak jakbym obserwował żywy dom dla lalek, w którym poszczególni bohaterowie wypowiadają z góry przewidziane kwestie, a ich akcjami kieruje ktoś inny. Wrażenie determinizmu potęgowane jest przez częste retrospekcje. Obserwując wydarzenia z przeszłości, często wręcz utwierdzałem się w przekonaniu, że losy poszczególnych postaci nie mogły się potoczyć inaczej. W dużej mierze za sprawą tragicznych wydarzeń, które wpłynęły na charaktery bohaterów. Jednak to nie determinizm gra pierwsze skrzypce w Ratched. Zdecydowanie istotniejsze są tutaj różnego rodzaju formy manipulacji.

Nie przypominam sobie, aby którakolwiek z serialowych postaci była wola od różnych form nacisku. Są osoby, na które ktoś wpływa, ale także takie, które pragną wywierać wpływ. Ta dynamika jest trwale obecna w serialu. Przejawia się w kłamstwach oraz celowym nadinterpretowaniu wydarzeń. Wszystko, co dzieje się w Ratched przypomina rozgrywkę pokera. Przy stole siedzą wszystkie postacie, blefują, próbują osiągnąć swoje cele, często kosztem innych. Zdarza się, że na szali kładzione są nawet życia postronnych. Obserwowanie jak kolejne postacie znikają, a inne rosną w siłę tylko po to, aby po chwili upaść, bywa fascynujące. Ratched to symfonia zbudowania z różnego rodzaju zaburzeń psychicznych. Ciekawą zabawą jest analizowanie wypowiedzi postaci oraz ich czynów. Wtedy warto zastanowić się, jak duże znacznie ma wspominania wcześniej przeszłość. Może jest tylko usprawiedliwieniem dla silnej potrzeby krzywdzenia innych? W niektórych przypadkach bywa to skrzywiona chęć pomagania ludziom. Często bez oglądania się na konsekwencje.

Ratched to interesujące, wielowątkowe doświadczenia. Mnogość wprowadzonych postaci dobrze koresponduje z rozbudowanych wachlarzem emocji oraz motywacji. Myślę, że w przypadku tego serialu, nie warto zatrzymywać się na pierwszej, najbardziej oczywistej, interpretacji. Dobrą praktyką może okazać spojrzenie w kierunku drugoplanowych postaci. Wprowadzanych na dłuższe lub krótsze chwile, ale zawsze istotnych dla rytmu narracji. Każdy epizod może mieć kluczowe znacznie dla nadchodzących wydarzeń. Budowanie fabuły za pomocą wyrazistych połączeń pomiędzy postaciami jest silną stroną serialu. Warto go obejrzeć, bo to jedna z lepiej zrealizowanych produkcji w ofercie Netfliksa.

Nie ma mocy

Ilekroć siadam do filmu science fiction wyprodukowanego przez Netfliksa, tylekroć zastanawiam się, z czym tym razem przyjdzie mi się zmierzyć. Nie da się ukryć, że są to często filmy przeciętne. Okazjonalnie zdarzają się odsłony irytujące, mające widzów za idiotów, którzy ledwo potrafią czytać. Bywają także produkcje z niezłym pomysłem, ale z całkowicie spartoloną realizacją. Zastanawiam się do której kategorii zaklasyfikować Power? W zasadzie był to film akcji z fantastyką naukową w tle. Nic więcej.

Czytam opinie, że Power może stać się cyklem filmów utrzymanym w tym świecie. To dokładnie tak samo miało być z Bright. Chociaż w tym przypadku przekonał mnie pomysł. Dość nietypowe połączenie magii i współczesnego, postnowoczesnego świata. Power to tylko wariacja na temat komiksowych superbohaterów i nie sądzę, aby seria mogła zaproponować coś więcej. Brakuje w filmie jakiegoś haka, który sprawi, że człowiek z wielką chęcią będzie oglądał kolejne odsłony. Mogłyby to być nawet przygody nowego zestawu bohaterów. Nie trzeba ciągle wałkować wątku złej korporacji, która robi testy na ludziach i przekupuje kolejne miasta, aby móc bezproblemowo działać. Świat Power jest na tyle niedookreślony, że bez najmniejszego problemu dałoby się stworzyć dowolną fabułę.

Może to jest specyficzna cecha filmów fantastycznonaukowych od Netfliksa? Niedookreślenie. We wszystkich aspektach. Począwszy od świata, przez kontekst, a na bohaterach skończywszy. Często przypominam, że science fiction do wymagający gatunek. Nawet sprowadzony do zwykłej scenografii wymaga czegoś więcej, niż naszkicowania konfliktu pomiędzy postaciami. Potrzebne jest odpowiednie zbudowanie silnego kontekstu. Opartego na technologii, doświadczeniach, nauce, która nie próbuje udawać magii. Nie twierdzę, że w ofercie Netfliksa od razu powinny się pojawiać materiały realizujące fantastykę naukową w dość skrajny sposób. Hardboiled science fiction ma swoich fanów, ale sądzę, że jest to grupa dość wąska i charakterystyczna. Nie uważam, że skok w tę skrajność automatycznie spowodowałby poprawienie jakości fantastyki naukowej produkowanej przez Netlifksa.

Wracając do Power. Do tego akcyjniaka ze scenografią. Kilka pościgów, trochę strzelanin, niewiele zwrotów akcji. Realizacja średnia, do obejrzenia przy precelkach i piwie. Ma momenty, w których wyraźnie się rozpędza, ale najwyraźniej znalazł się ktoś, kto postanowił mocniej zaciągnąć hamulec. W takich chwilach tempo zaczyna pikować, a wraz z nim poziom. Wyraźniejsza staje się papierowość postaci to, że nie mają w sobie ani grama charakterów. Realizują swoje role, często wręcz wymęczone przez popkulturę. Power niczego nie odkrywa, tylko sukcesywnie realizuje wybraną przez twórców formę. Tylko że tutaj pojawia się brak zdecydowania, co do dominujących cech. Raz akcja, potem szczypta fantastyki naukowej, następnie odrobina dramatu.

Pomieszanie form. Miks gatunków z nijakimi postaciami.

Piękna eksploracja

Jeśli chodzi o giereczki, to ostatnio wróciłem do ogrywania tytułów bardziej niezależnych. Żeby nie było niedomówień, Wasteland 3 mam już pobrane, nawet przeszedłem dwie misje. Jednak o tej produkcji napiszę na DailyWeb. Dlaczego? Bo tam też muszą pojawiać się jakieś treści. Na blogu postanowiłem, że podzielę się wrażeniami z czegoś mniejszego. A jednocześnie pięknego, wzruszającego i przykuwającego do ekranu cudownie dopracowaną grafiką. Takie perełki w dalszym ciągu można znaleźć wśród niezależnych produkcji.

Spiritfarer został wydany kilka dni temu. Nie ukrywam, że zainteresował mnie opis tego tytułu. Symulator zarządzania statkiem, którym przewozi się dusze na drugą stronę? Ktoś postanowił stworzyć grę o byciu Charonem? Wchodzę w to! Pobrałem, odpaliłem i przepadłem. Przede wszystkim uderzyła mnie pięknie wykonana grafika. Szczególne animacje. Twórcy zadbali o to, aby poruszanie się postaci wyglądało ciekawie i nie było drewniane, ale prawdziwym majstersztykiem są animacje bezczynności. Ten element świadczy o tym, że ludzie pracujący przy Spiritfarer zwracają uwagę na szczegóły i zdają sobie sprawę z tego, że to one świadczą o jakości gry. Pozostałe elementy również są dopracowane. Mnie Spiritfarer kojarzy się z intuicyjną prostotą. Z realizacją, która nie próbuje być na siłę oryginalną. Twórcy zdecydowali się na połączenie kilku minigier oraz systemu zarządzania potrzebami podróżników.

Co doskonale się udało. Eksploracja świata w Spiritfarer sprawia dużo przyjemności. Odkrywanie kolejnych wysp oraz poszukiwanie dusz, które należy przewieźć, stanowią dwa ważne elementy całej rozgrywki. Wokół nich zostały zbudowane kolejne aspekty produkcji. Takie jak zbieranie materiałów, sprzedaż zdobytych skarbów, a także poznawania pasażerów. Każdy z nich ma inne potrzebny, odmienny charakter oraz ciekawe umiejętności, które warto wykorzystać do swoich celów. Spiritfarer opiera się na odruchu ciekawości u odbiorcy. Trzeba mieć w sobie chęć poznawania świata, rozwijania jego historii. Hodowanie roślin, praca w tartaku lub kuźni to tylko dodatki. Ciekawe, zmieniające rytm, ale dalej dodatki. Najważniejsza jest tutaj opowieść, której strzępy są poukrywane w rozmowach oraz drobnych śladach na wyspach.

Spiritfarer gwarantuje prostą i wciągającą zabawę. Nie ma w tej produkcji jakiejś agresji, ciągłego konfliktu lub wyścigu do celu. Zamiast tego jest spokojna eksploracja, z jasno wydzielonymi fragmentami otwierającymi kolejne rozdziały historii głównej bohaterki. Spiritfarer ma w sobie coś ujmującego, przykuwającego do ekranu. Cieszę się, że wciąż zdarzają się produkcje, które cechuje specyficzna nieuchwytność charakterystyczna dla studiów niezależnych. Nie wyobrażam sobie, aby taki tytuł został opracowany przez wielkiego wydawcę kierującego się wyliczeniami na temat trendów. Spiritfarer pokazuje, że o grach w dalszym ciągu można myśleć w kategoriach pięknej rozgrywki, a nie wyłącznie maszynek do monetyzacji za pomocą skórek w skrzynkach.

Nowa historia

Serial Penny Dreadful wspominam bardzo dobrze. Rewelacyjne kreacje aktorskie, świetny świat przedstawiony oraz solidna intryga. Wciągał. Bardzo. Razem z Żoną niecierpliwie wyczekiwaliśmy na kolejne sezony. Teraz przyszedł czas na zapoznanie się ze spinoffem. Penny Dreadful: Miasto Aniołów opowiada całkiem przerażającą historię, którą rozgrywa się w Los Angeles. Warto pamiętać o tym, że jest to spinoff! Intryga z poprzednich odsłon nie jest kontynuowana. Jest nowa opowieść, z nowymi bohaterami i nowymi mrocznymi mocami, które rozgrywają śmiertelników.

Przyznaję, że przy tym spinoffie również dobrze się bawiłem. Nie jest tak samo hipnotyzujący jak poprzednia odsłona, miewa słabsze, wolniejsze momenty, ale w ogólnym rozrachunku wypada dobrze. Mimo to spotykam się ze stwierdzeniami, że jest to gorsza, zdecydowanie gorsza, odsłona Penny Dreadful. Być może problemem są tutaj zbyt wysokie oczekiwania? Nie da się ukryć, że poprzednie sezony zapewniały rozrywką na wysokim poziomie. Równy rytm narracji i duszna atmosfera sprawiały, że człowiek z trudem odrywał się od ekranu. Penny Dreadful: Miasto Aniołów zostało zrealizowane trochę inaczej. Nie ma już charakterystycznej dla serii duchoty oraz specyficznego przechodzenia do nadprzyrodzonego świata. Tym razem twórcy postawili na zupełnie inne elementy.

Ważną dominantą dla serialu są napięcia na tle rasowym. Opowieść rozgrywka się w skomplikowanym momencie historycznym. Trzecia Rzesza rośnie w siłę, macki Hitlera sięgają coraz dalej. Niewiele osób pozostaje głuchych na idee mówiące o czystości rasy. Los Angeles zmaga się z własnymi problemami, które również się ściśle związane z mniejszościami. Oczywiście konflikt jest cały czas podsycany przez nadprzyrodzone siły, które mają jeden cel – doprowadzić do całkowitego chaosu. Obserwowanie różnych podstępów składających się na wielowarstwową intrygę uznaję za formę przyjemności, której dostarcza ten serial. Penny Dreadful: Miasto Aniołów ma swój własny, interesujący charakter. Nie jest pozbawione wad, jednak nie można oceniać tego serialu wyłącznie z perspektywy poprzedniej realizacji. W nowej odsłonie jest inaczej. Mniej mrocznie, co nie znaczy, że można od razu skreślić ten serial.

Sądzę, że należy dać mu szansę. Jednocześnie traktując go jako odrębny tekst, bo porównania w tym przypadku na nic się nie zdadzą. Ale wystarczy zmienić podejście, obejrzeć Penny Dreadful: Miasto Aniołów nastawiając się na odrębną narrację i zastanowić się nad oceną całego serialu. To nie jest kolejna części, następny etap opowieści, która została zarysowana wcześniej. Penny Dreadful: Miasto Aniołów to nowa historia, na dodatek zakończenie sugeruje, że jest to dopiero prolog, a dalsze wydarzenia będą jeszcze bardziej krwawe i brutalne. Finał świetnie wykorzystuje gromadzone przez cały serial napięcie, a także zawiera niespodziankę wskazującą na to, że nie wszystko jest aż tak oczywiste, jako może się wydawać na pierwszy rzut oka.

Page 1 of 37

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén