Category: Recenzje (Page 1 of 36)

Akademia parasolek

Wystarczająco długo zwlekałem z podzieleniem się wrażeniami z drugiego sezonu Umbrella Academy. Wynikało to nie z tego, że zastanawiałem się nad oceną. Tylko z prozaicznej kolejki tekstów. Ułożyła się dziwnie, głównie ze względu na mój urlop i stopniowy powrót do pisania w trakcie weekendów. Aby zainaugurować powrót, postanowiłem, że zacznę od tego, co już wystarczająco długo wisi na liście. A uważam, że Umbrella Academy stanowi świetny przykład porządnej serialowo-komiksowej realizacji.

Jeśli pierwszy sezon Umbrella Academy był swoistą wycieczką po skomplikowanych rodzinnych relacjach pomiędzy osobami obdarzonymi supermocami, to kolejna odsłona serialu kontynuuje ten trend. Tylko że jeszcze bardziej go podkręca, sprawia, że postacie zmuszone są przeciwstawić się nie tylko zagrożeniu z zewnątrz, ale konieczna okazuje się także konfrontacja z wyuczonymi przekonaniami. Właśnie z tego powodu cenię sobie Umbrella Academy. W serialu trudno znaleźć nawet gram wydumanego heroizmu, nie ma nawet odrobiny pompatycznej walki Dobra ze Złem. Wspaniałe jest to, że główną osią fabularną drugiego sezonu Umbrella Academy jest przemożna chęć nierozpieprzenia wszystkiego wokół. W pewnym momencie ta motywacja staje się udziałem wszystkich należących do akademii postaci.

Na dodatek w tle mocniej zostaje zarysowany wątek dbającej o czas Komisji. Pojawia się w pierwszym sezonie. Pokazana jako moloch przesiąknięty na wskroś biurokracją. A tym razem, okazuje się, że jest to kolos na glinianych nogach. Na dodatek mocno podatny na manipulację! Papierkowa robota Komisji okazuje się być zasłoną dymną dla wielu nielegalnych działań pewnej wysoko postawionej postaci. Imię pozostawię dla siebie, aby zbyt wiele nie zdradzać. Właśnie wokół takich organizacyjnych przepychankach i matactwach kręci się cała fabuła drugiego sezonu Umbrella Academy. Każda z funkcjonujących w tym świecie przedstawionym instytucji powoli się rozpada i ukazuje swoje zdegenerowane oblicze. Dlatego o tym serialu watro także pomyśleć jako o opowieści na temat ludzi próbujących uciec przed biurokratycznym zaszufladkowaniem. Niestety, te osoby same zbyt często popełniają ten błąd i za wszelką cenę trwają we wcześniej ugruntowanych poglądach.

Ostatnią sprawą, nad którą wręcz trzeba się pochylić, jest sposób postrzegania czasu w serialu. Jeśli pojawią się kolejne sezony, to czy ta kwestia zostanie bardziej rozwinięta? Nie da się ukryć, że kolejne skoki pomiędzy epokami, jakich dokonuje Piątka i jego przybrane rodzeństwa, nie rozwiązują wszystkich problemów. Wprost przeciwnie! Okazuje się, że nawet delikatna zmiana jednego elementu sprawia, że przyszłość zaczyna wyglądać zupełnie inaczej, niż bohaterowie na to liczyli. Szczególnie istotna może okazać się wiedza, jaką posiada Reginald Hargreeves. W sezonie 2 jest pewna niespodzianka, która pokazuje, jak niewiele jeszcze wiadomo na temat roli i znaczenia tej postaci.

Kolejna odsłona serialowego Umbrella Academy rozwiązuje tylko kilka zagadek, ale stawia kolejne pytania, które – przynajmniej na razie – pozostają bez odpowiedzi.

Przyjemność z rozplątywania

Skończyłem ostatni sezon Dark! Ku radości mojej Żony, która nie podziela mojej fascynacji tym serialem. Najwyraźniej mnie babranie się w strukturze czasu oraz metafizyczne dyskusje nie przeszkadzały. Przyznaję Kindze rację. Dark ma to do siebie, że większość najważniejszych elementów fabuły wydarza się w dialogach. Szczególnie tych, w których postacie z różnych światów oraz czasu konfrontują się między sobą. Czasem w milczeniu, a innym razem zalewają się potokiem słów. Jestem jedną z tych osób, które lubią takie przegadane narracje.

Ujęła mnie także struktura Dark. Muszę przyznać, że autorzy serialu sprytnie ją rozgrywają. Wprowadzają element po elemencie, za każdym razem robią krok w stronę większej całości. Pierwszy sezon pokazywał jedynie specyficzne rozerwanie jednej przestrzeni, w kolejnym okazało się, że czas jest zdecydowanie bardziej poszatkowany. Aż w końcu, w finałowej odsłonie trylogii, wprowadzone zostają dodatkowe światy. Tak samo skomplikowane, poprzecinanie manipulacjami i rozczłonkowane przez aktorów działających na różnych płaszczyznach. Jednak najciekawsze jest to, że cała narracja ma wyraźnie zaznaczoną oś. Jest nią rozpacz po stracie.

Zauważyłem, że właśnie to nie dominujący motywator wszystkich postaci. W określonym momencie coś stracili, zaczęli rozpaczać, a teraz działają, robią wszystko, aby zapobiec tragedii. Efekty bywają straszne, wręcz przerażające. Bo chyba tak najlepiej jest określić swoiste więzienie z czasu, w jakim pokutują bohaterowie. Wykonują z góry zaprojektowane akcje, trwają w wiecznej pętli. Nie są wolni, muszą ciągle podążać wcześniej określoną ścieżką, aby utrzymać się w iluzji próby odzyskania tego, co było dla nich najdroższe. Starcie dwóch sił jest tylko pozorne, konieczne do utrzymania boleśnie zaciśnięte pętli czasu. W trzecim sezonie ratunek przychodzi z zewnątrz. Węzeł został stworzony i przecięty w zupełnie innym miejscu. Przestrzeni, z której nie zdawali sobie sprawy bohaterowie Dark.

Tan serial ma w sobie coś niebywale pociągającego. Myślę, że ze względu na stopniowe komplikowanie narracji. Mnie zawsze interesowało, jak będą wpływały na siebie postacie, jakie mają ukryte motywacje, co chcą osiągnąć. Niektóre historie trudno przewidzieć, dopiero w trzecim sezonie zostają pokazane brakujące elementy całej układanki. Fascynujące jest to uzupełnianie luk. Tak jakby czas w Dark był gobelinem, który należy pleść z wyjątkową starannością, a ostatnie szlify wymagają dodanie kilku nowych nici, aby opowieść nabrała olśniewającego blasku. A już pokazanie prostego fundamentu, podstawowego motywatora prowadzącego do rozdarcia czasu i świata, sprawiło, że zacząłem jeszcze bardziej doceniać Dark.

Kontakt z tym serialem był dla mnie przyjemnością z rozplątywania narracji. Szukałem nitek, zastanawiałem się, jak zostaną ze sobą splecione. Obserwowałem, jak ten majstersztyk jest budowany. Wiem, że bywa przegadany, ale pozostanę w swoim niewzruszonym zachwycie. Pewnie dalej będę szukał takich specyficznych narracji, w końcu dalej fascynują mnie struktury.

Stara gwardia poza komiksem

Dość tej przerwy od pisania! Pierwszy tydzień urlopu minął mi pod znakiem sprzątania swoich kupek wstydu. Pograłem, poczytałem, pooglądałem zaległe seriale oraz filmy. Jednym z nich był Old Guard. Z uwagi na moją słabość do ekranizacji obrazkowych narracji, nie mogłem pominąć tego tytułu. Powstał na bazie komiksowej serii o tym samym tytule, z którą zderzyłem się jakieś dwa lata temu i sądzę, że warto do nią sięgnąć. Niezależnie od wrażeń po obejrzeniu filmu, ponieważ wersja obrazkowa trochę różni się od tego, co zaproponował Netfliks. Do czego mnie zainspirował kontakt z tym filmem? Do ponownego zastanowienia się nad ekranizacjami komiksów.

Widziałem ich wiele. Przebrnąłem przez serię Avangers oraz większość filmów z MCU. Spróbowałem swoich sił z przeniesionymi na ekrany bohaterami DC Comics. Potem przyszedł czas na różnego rodzaju seriale oraz filmy, które często odwoływały się do powieści graficznych, przez co skupiały się na bardziej skondensowanej historii. Długie komiksowe serie mają to do siebie, że były często odświeżane. Weźmy wspomnianych wcześniej Avangers. Film pojawił się na ekranach kin w 2020 roku, a kiedy został wydany pierwszy komiks dotyczący przygód tej grupy superherosów? W 1963 i od tamtej pory pojawiło się wiele różnych alternatywnych historii opartych na wydarzeniach z kanonicznej serii Avangers. Właśnie takie modyfikowanie głównego tematu, często związane ze zmianą momentu historycznego oraz kontekstu kulturowego, lubię w przypadku komiksów. One ewoluują, zmieniają się, tak samo jak ich odbiorcy. Historie różnych serii obrazkowych często opowiadają historię relacji pomiędzy superbohaterami i kulturą, w jakiej muszą egzystować.

Dlatego zastanawiam się nad tym, w jakim kierunku będzie się rozwijać netfliksowe Old Guard. W przypadku tego tekstu interesujące jest to, że autorem scenariusza jest Greg Rucka, który stworzył komiksową serię. Przenoszą swoich bohaterów na ekrany naszych urządzeń, miał okazję inaczej rozłożyć akcenty swojej własnej opowieści. Zmodyfikować motywacje postaci, a nawet całkowicie przedefiniować świat przedstawiony. Nie tylko dlatego, że nie wszystko, co komiksowe dobrze wygląda na ekranie. Old Guard ma szansę stać się alternatywną wersją opowieści, która swój początek miała w komiksie. Pojawia się ciekawe warstwa do analizowania tekstu. Samo poszukiwanie różnic to pierwszy krok, warto także się zastanowić nad tym, jak będą one wpływały na samą opowieść. Po obejrzeniu filmu zachęcam do sprawdzenia jakie zmiany dotknęły Andromachię ze Scytii. Pozwolę sobie zaznaczyć, że wersja filmowa otwiera zupełnie inne możliwości prowadzenia fabuły i odmiennego budowania relacji pomiędzy postaciami.

Być może Old Guard stanie się ciekawą filmową serią na Netfliksie. Sam obraz nie jest źle zrealizowany, to niezłe kino akcji, ze wplecionymi elementami rozważań nad nieśmiertelnością. Warto go wrzucić na listę tytułów do obejrzenia. Na pewno nie można w nim narzekać na nudę.

Strzał w pysk

Och, ten nieznośny Szczerek! Zamiast posypać głowę popiołem, przestać konstruować alternatywne wizje Polski i tym samym kalać to co najważniejsze, czyli Polskość przez największe PE, on znowu to robi. Ponownie! Bezczelnie! Jego ostatnia książka, Cham z kulą w głowie, jest niczym innym jak bolesnym uderzeniem w fantazmaty, które z taką pieczołowitością kładzie nam do głów edukacja. Ziemowit Szczerek, ten prozatorski walec, w swojej wizji zadaje pytanie o granice ludzkiego skurwysyństwa. A później bierze się za demontaż mechanizmów politycznej propagandy.

Na dodatek czyni to wszystko pod – nomen omen – płaszczem powieści kryminalnej! Niby w Chamie z kulą w głowie najważniejsze jest śledztwo, to ono stanowi motor fabuły. Prowadzi czytelnika przez meandry alternatywnej wizji Polski, ale to tylko zasłona dymna. Miły skrót, piękne udowodnienie, że Ziemowitowi Szczerkowi, jako pisarzowi, nieobce są formy literatury popularnej. Wielokrotnie, w narracyjnych momentach, wręcz nawiązuje do reguł powieści kryminalnej, tylko po to, aby potem je kompletnie rozwalić. Pokazać, że każdy gatunek ma swoje granice, łatwe do rozsadzenia, ale dużą sztuką jest takie użycie popularnej formy, aby opowiadała o mało popularnych rzeczach.

Skoro nie o śledztwie, to o czym jest Cham z kulą w głowie? Jest o pragnieniu władzy, tak obezwładniającym, że aż trudnym do zniesienia. Pokazuje świat ukuty z politycznej propagandy, w którym nierówności smutno piszczą na dolne drabiny społeczeństwa. Najczęściej są to ludzie uciskani ze wszystkich stron, złapani w pułapkę nienaruszalnego porządku klasowego, co tak naprawdę jest przebraną pałą aparatu ucisku, który chętnie pokazuje ludziom, gdzie jest ich miejsce. Ziemowit Szczerze, w swojej powieści, zachęca do częstszego spoglądania w kierunku ludzi wymierzających kolejne ciosy, do wsłuchiwania się w ich słowa i ich dekonstruowania. Świat w Chamie z kulą w głowie jest oparty na ciągle modyfikowanych kłamstwach, obtaczanych w propagandzie i dystrybuowanych za pomocą różnego rodzaju mediów. Prawdą jest to, co pojawi się we wspieranej przez aparat opresji gazecie. Pozostali kłamią, a jeśli jeszcze nie przeprosili, to wkrótce im się te usta zamknie.

Cham z kulą w głowie idealnie trafia na specyficzny okres w Polskiej historii współczesnej. Już nie tej alternatywnej, tylko tej, w której wszyscy uczestniczymy. Ziemowit Szczerek precyzyjnie punktuje niebezpieczeństwa świata opartego na agresywnym i ciągłym poszukiwaniu wroga. Prezentuje przerażającą prostotę mechanizmu wskazywania tego gorszego, nie stroni przy tym od opisania konsekwencji takich podziału. W efekcie Cham z kulą w głowie nie jest radosną książką. To gorzka historia o świecie, w którym totalitaryzm dalej ma się dobrze, tylko wcześniej przebrał się w ciuszki uśmiechniętego i ratującego Naród polityka. Warto sięgnąć po ten tytuł, ale trzeba przy tym pamiętać, że autor brutalnie wali po ryju i zmusza do myślenia poprzedzonego obserwacjami!

Waga komedii

Od jakiegoś czasu seriale komediowe stanowią dla mnie duży problem. Chciałbym poczuć mięte do Big Bang Theory, ale nie potrafię bo drażnią mnie żarty. Przy Community wytrzymałem ledwo trzy odcinki. A Jak poznałem waszą matkę? Również nie rozumiem fascynacji tą serią. Jak widzicie, od postnowoczesnych seriali komediowych odbijam się z prędkością piłeczki pingpongowej rzuconej na równiutki beton. Nie od wszystkich, zdarzają się wyjątki. Zaliczam do nich Siły kosmiczne. Interesujące obraz konfliktu pomiędzy naukowcami, a wojskowymi. Świadectwo tego, że te dwie rzeczywistości niekoniecznie zawsze są zgodne.

Oś narracji stanowi próba przerzucenia mostu pomiędzy potrzebami naukowymi a wojskowymi. W ramach badań kosmosu. Jedni widzą w tym przedsięwzięciu możliwość okazania dominacji nad innymi państwami, ale są także tacy, którzy wciąż wierzą w chęć współpracy ponad podziałami. Siły kosmiczne stawiają na próbę zweryfikowana obu postaw oraz pokazanie, że kompromis jest możliwy. Serial przechodzi interesującą przemianę, która jest związana ze zmianami w charakterach postaci. Najpierw wyraźnie widać, że dominują w nim żarty, potem pojawia się sarkazm oraz polityczna satyra, aż w końcu Siły kosmiczne zmierzają w kierunku komediodramatu, w którym jedną z płaszczyzn są skomplikowane relacje w rodzinie. To jest ciekawe! Dobrą opowieść trudno wykuć wyłącznie z samych mniej lub bardziej wybrednych żartów. Dużą sztuką jest ciekawe opisanie problemów, z jakimi muszą mierzyć się ludzie.

Polecam Siły kosmiczne właśnie z tego względu. Jeśli oczekujecie wyłącznie zabawy, nawet bez odrobiny refleksji, to obawiam się, że się rozczarujecie. Żebyśmy się źle nie zrozumieli! Nie uważam, że mam jakoś specjalnie wysublimowane poczucie humoru, po prostu cenię sobie dobry sarkazm oraz zajmujące komentowanie współczesności, czego w Siłach kosmicznych znalazłem bardzo dużo. Jednocześnie się nie oszukuję. Z historii kultury doskonale wiem, że na świecie zdecydowanie częściej pojawia się rubaszny śmiech ze sprośnych żartów, niż wysublimowany uśmiech z celnej ironii. Dlatego cenię sobie seriale komediowe, które nie boją się przemiany, włączenia elementów tragedii do fabuły. To wcale nie sprawia, że taki obraz od razu staje się dramatem! Po prostu zaczyna nabierać głębi, która przyciąga, pozwala zastanowić się nad poprowadzonymi wątkami i dostarczyć odrobiny rozrywki.

Wiem, że niektórych mogą drażnić wątki polityczne wplatane przez autorów Sił kosmicznych. Nie pojawiają się tam przez przypadek i są uzasadnione. W końcu akcja rozgrywa się w wojskowym ośrodku, finansowanym z kieszeni podatników oraz uzależnionym od decyzji różnych urzędników. Stąd biorą się przytyki w kierunku amerykańskiego rządu, a sami autorzy pozwalają sobie nawet na ironiczną prezentację przedstawicieli głównych nurtów politycznych. Siły kosmiczne nie są monotematyczne, zajmują się różnymi problemami i często czynią to w sposób zabawny. Jednak każdy żarty jest odpowiednio zrównoważony właściwą ilością powagi.

Page 1 of 36

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén