Category: Recenzje (Page 4 of 37)

W kierunku konfliktu

Koniec miesiąca to idealny moment na ściągnięcie kilku tematów z listy rezerwowej. Od dawna wisiał na niej serial Kierunek: Noc. Obejrzany szybko, w ciągu kilku dni. Dobrze zrealizowany, cechujący się niezłym tempem akcji. Obraz potrafił przykleić człowieka do ekranu, okazjonalnie nawet prowokował dyskusje na temat dalszego rozwoju fabuły. Jednak z biegiem odcinków pojawiało się coraz więcej nielogicznych elementów. Kierunek: Noc ma świetny start, ale później trzeba zacząć przymykać oczy.

Myślę, że satysfakcja z oglądania serialu w dużej mierze zależy do tego, jak odbiorca rozłoży akcenty. Może wybrać apokalipsę, zagrożenie zewnętrzne. Kierunek: Noc pozwala zobaczyć świat, który zostaje unicestwiony przez promienie słoneczne. Dlatego jedynym sposobem przetrwania jest uciekanie przed Słońcem, w ciemność. Tylko czy, aby na pewno serial poświęca wystarczająco dużo uwagi światu zewnętrznemu? Moim zdaniem nie. Chęć zobaczenia opowieści o upadku znanej rzeczywistości, o rozpadzie społeczeństw, z łatwością obudzi drzemiącą irytację. W tej perspektywie Kierunek: Noc jawi się jako jedno wielkie rozczarowanie. Serial poświęca zdecydowanie za mało czasu na opowiadanie o tym, jak świat radzi (lub nie) sobie z zagładą. Co jest ważniejsze? Zamknięta w samolocie grupa bohaterów, których poczynania obserwuje widz.

Tutaj zaczyna robić się interesująco! Mała przestrzeń, brak możliwości wychodzenia na zewnątrz, potrzeba bycia w ciągłym ruchu, konieczność organizowania zasobów. A wszystko to pod presją czasu! Bohaterowie zawsze muszą się uwinąć przed nastaniem świtu, w przeciwnym razie zginą. Dlatego odcinki, w których wychodzą poza samolot, są niezwykle dynamiczne, często składają się z wielu różnych wydarzeń budzących konflikty pomiędzy przymusowymi członkami załogi. Moim zdaniem te starcia się w serialu najważniejsze. Kierunek: Noc można odczytać jako wielowątkową opowieść o starciu charakterów, przekonań, stereotypów i niebezpiecznych uprzedzeń. Charaktery postaci rozwijane są poprzez opowiadanie ich przeszłości. Często mrocznej, pełnej bólu, strachu i rozczarowań. Dość niepokojące jest to, że się ich nie zapamiętuje. Uwaga jest na tyle mocno skoncentrowane na aktualnych wydarzeniach, że korzenie charakterów stają się szybko mało istotne.

Kierunek: Noc warto obejrzeć właśnie dla tych konfliktów pomiędzy postaciami. Dla obserwowania tego, jak radzą sobie w trudnych warunkach, ile z siebie są w stanie poświęcić. W takim ujęciu ten serial jest interesujący. Po prostu warto potraktować koniec świata jako tło, jako scenografię dla starcia grupy całkowicie obcych sobie ludzi. Wtedy drobne, ale piętrzące się, nielogiczności nie powinny przeszkadzać, mogą nawet umknąć uwadze skoncentrowanego na postaciach odbiorcy. Kierunek: Noc to raczej opowieść socjologiczno-psychologiczna, niż pełnoprawna, dbająca o kontekst wydarzeń, fantastyka naukowa. Serial dobry na deszczowy weekend. Dwa dni w zupełności wystarczą, aby go obejrzeć.

Zapatrzenie

Jednym z seriali, które od dłuższego czasu leżały na mojej liście hańby był Nowy papież. Był, bo został obejrzany. Odcinek po odcinku, chociaż muszę przyznać, że nie zachwycił tak jak Młody papież. Obrazki były piękne, kadry trudno zignorować, bo prezentują kawał świetnej roboty. Problemem jest historia. Mniej skondensowana od Młodego papieża, mniej dotykająca znaczenia, postrzegania i rozumienia Boga. A szkoda, bo podejście było ciekawe i liczyłem na to, że zostanie rozbudowane.  Nowy papież bardziej zmierza w kierunku egoistycznej opowieści a twórcy, zachwytu autora nad samym sobą.

Daleki jestem od czepiania się aktorów, wykonali kawał dobrej roboty. Pracowali z tym, co otrzymali i sądzę, że wycisnęli z materiału wszystko to, co najlepsze. Nowemu papieżowi brakuje głębi, dynamiki rozważań, konfliktu napędzającego fabułę. Nie jest nawet traktatem na temat boskości, człowieczeństwa, czy nawet skomplikowanych relacji w Watykanie. To babranie się w obrazkach, składnie hołdu własnym pomysłom, liczenie na to, że odbiorca skamienieje w niemym zachwycie. Przesada, ale czołówka jest świetna. Gdy cały serial był taki jak wstęp do odcinków, to byłbym zachwycony. Mam na myśli psychodeliczne połączenie symboli boskości z szaloną, trudną do ukrycia fizycznością. Takiego Nowego papieża by chwalił. Szkoda, że – moim zdaniem – narracja zdechła szybką i bezbolesną śmiercią.

Długo zastanawiałem się nad tym, jak w ogóle przyjąłem ten serial. Tam były niezłe momenty, jakieś przebłyski dawnej formy. Całokształt? Gorszy. Słabszy. Mniej porywający. A uważam, że takie seriale są nam potrzebne. Opowiadające o kwestiach, które kształtują myślenie wielu ludzi na świecie. Można być ateistą, ale to nie zwalnia z umiejętności odczytywania chrześcijańskich symboli oraz tworzonego przez nie kontekstu. Młody papież był świetnym przykładem konfrontacji nowoczesności z tradycyjnym rozumieniem pojęć mających dużą wagę w kulturze. Z trudem przychodzi mi odnalezienie takich tropów w Nowym papieżu. Może wyparły je próby stworzenie intelektualnych debat pomiędzy postaci? Niewykluczone, bo jest ich sporo, jednak mało wnoszą do samego serialu. Mam wrażenie, że ich zadaniem jest wniesienie komicznych elementów, są jakby próbą rozprężenia panującego w kadrach zaduchu.

Jestem rozczarowany. Serial, który rozpoczął ciekawą dyskusję, doczekał się beznamiętnego sezonu pełnego pięknych obrazów. Nic więcej. Z perspektywy czasu widzę, że niepotrzebnie parłem naprzód, łudziłem się, że kolejne zwroty akcji przyniosą powiew świeżości do historii. A nawet rozwiną prowadzone w poprzednim sezonie debaty. Nic z tego. Z każdym kolejnym odcinkiem było coraz więcej nudnego samouwielbienia, które próbowano przykryć piękny kadrami. W serialu wyraźnie zabrakło pomysłu na poprowadzenie fabuły, a także zbudowanie ciekawego kontekstu do dyskusji na temat szeroko rozumianej wiary i jej miejsca w postnowoczesności.

Spalona opowieść

Włączając czwarty sezon Domu z papieru, nie oczekiwałem zbyt dużo. Liczyłem na porcję dobrej rozrywki, delikatnie podszytej tajemnicami i misternymi planami. Poprzednie odsłony były nieźle zbudowane, nawet pod kątem narracyjnym. Co prawda uważam, że są to seriale jednorazowe, ponieważ przy kolejnym oglądaniu tracą fundamentalną wartość dla tych obrazów, czyli element zaskoczenia. Czwarty sezon jest inny.

Moim zdaniem zdecydowanie gorszy od poprzednich. Dom z papieru od pierwszego odcinka była dla mnie formą rozrywki, która opracowała pewną formułę prowadzenia narracji. Jest Profesor, jest zamknięta przestrzeń, jest zespół powoli zżerany przez konflikty i – w końcu! – jest zaskakujący finał, w którym wszystko wpada we wcześniej przygotowane miejsca. Każdy sezon jest w ten sposób budowany, co nie jest złe. Przypominam, że popkultura kocha takie schematy. Niestety, problem polega na zużywalności tych form. Jedne niszczeją szybciej, a inne wolniej. Dom z papieru jest cudownym przykładem stopniowego rozpadu formuły.

Ten proces zdecydowanie przyspiesza w trakcie czwartego sezonu. Rozumiem konieczność wprowadzenia dodatkowej warstwy w postaci przeżyć cementujących związek Profesora i poszczególnych przedstawicieli zespołu, ale te elementy tylko podkreślają różnego rodzaju niedociągnięcia w opowieści. Dla mnie punktem kulminacyjnym była strzelanina. Długa, bez konieczności wymieniania magazynków oraz oparta na tym, że wszyscy pudłują. Jako były gracz Dungeons and Dragons rozumiem, że można mieć kiepską serię rzutów na celność i kilka krytycznych porażek, mimo to sceny zaprezentowane w Domu z papieru wołają o pomstę do nieba. Odczułem dysonans. Serial jest oparty na różnych ciągach logicznych, które urzeczywistniają plan Profesora, jednak na czas gwałtownej wymiany ognia, związki przyczynowo-skutkowe ulegają zawieszeniu. Kule cały czas uderzają w ściany, przeciwnik unika ich ze zwinnością Neo z Matriksa. Straszna, irytująca bzdura, która mocno wpłynęła na moje negatywne postrzeganie czwartego sezonu Domu z papieru.

Przyznaję, że ostatni odcinek to powrót do dawnej formy. Tylko że to za mało. Obawiam się, że kolejna odsłona serii może okazać się jeszcze gorsza. Bardziej poszatkowana i pędząca w kierunku nieuchronnego rozpadu sensów. Obawiam się, że serial powoli zmienia w maszynę, która pozwala na odcinanie kuponów związanych z popularnością postaci. Rozumiem, że dla nich również można oglądać kolejne odcinki, jednak ja potrzebuję jeszcze niezłego kontekstu. Sceny, na której mogłyby wchodzić w relacje, przestrzeni konfliktów, a także różnych zwrotów akcji. Tego było niewiele w czwartym sezonie. Pozostaje mieć nadzieję, że twórcy mnie pozytywnie zaskoczą w kolejnej odsłonie. Na chwilę obecną jestem rozczarowany, chociaż nie oczekiwałem zbyt wiele.

Dom z papieru dołączył do mojej listy seriali, które powoli się wypalają. Tracą blask i stają się karykaturami własnej popularności. Interesujących pomysłów w czwartym sezonie jest niewiele, za to za dużo jest niepotrzebnego kombinowania.

Akira Hsu / Simply and funny (CC BY-NC-ND 2.0)

Kosmiczne kolonie

RimWorld to jedna z najdziwniejszych i najbardziej wciągających gier, w jakie kiedykolwiek zainstalowałem. Mam ją od wczesnej alphy, swoją pierwszą kolonię stworzyłem jeszcze zanim ten tytuł trafił na Steama. Nie żałuję nawet minuty spędzonej na gaszeniu pożarów oraz warzeniu piwa. RimWorld jest piękny. W taki przerażający sposób. Czy w ogóle mogłem przejść obojętnie obok nowego dodatku? Nie mogłem. Lista wprowadzonych zmian cały czas mnie kusiła.

DLC Royalty swoją nazwą zdradza temat rozszerzenia. O królewskość chodzi, o dostojeństwo, o szeroko rozumiane szlachectwo, a nawet o bunt przeciwko upadającego Imperium. Dodanie do gry tytułów wpływających na potrzeby kolonistów jest zmianą niewielką, ale brzemienną w skutkach. Nagle moje osady zaczęły przypominać małe miasteczka z wydzielonymi dzielnicami. Osobno mieszkają arystokraci, a osobno plebs, który na nich pracuje. W pocie czoła stawia budynki, fedruje, rąbie drewno oraz przyrządza potrawy. Ci lepsi, ci z tytułami, spędzają czas w warsztatach. Warzą piwo, tworzą cudowne rzeźby, handlują i przyjmują gości. Na dodatek często się odurzają, plebs ma ograniczony dostęp do narkotyków oraz alkoholu. Tak, RimWorld zawsze sprawiał, że budziły się we mnie despotyczne instynkty.

A już prawdziwym majstersztykiem są proceduralnie generowane zadania. RimWorld zawsze opierał się na reagowaniu na nieprzychylne wydarzenia. Pożary, najazdy, nagłe załamania mieszkańców osady lub – bardziej pospolite – fale upałów. Właśnie takie przypadki napędzały rytm całą zabawę. Mogłem mieć cudowną, rozbudowaną osadę, bogatych mieszkańców, ale wystarczało tylko kilka potknięć, chwilowy brak uwagi, aby trafił wszystko. Teraz pojawiły się jeszcze zadania. Z różnymi nagrodami, jednak najważniejszą jest awansowanie w społecznej hierarchii Imperium. Dlatego warto je wykonywać. Tylko że to jest RimWorld i nie da się tak po prostu wyprodukować kilkuset cegieł bez odpowiedniego przestawienia cyklu produkcyjnego kolonii. Może jest coś ważniejszego? Na przykład zebranie dojrzewających plonów? A nagrody kuszą, zachęcają do podjęcia ryzyka, do oddelegowania jednego mieszkańca, do zaryzykowania… Nie będę ukrywał, że czasem kończyło się to dla mnie tragicznie. Raz wolałem urządzić bankiet, niż zadbać o ciepłe ubrania dla mieszkańców. Większość wymarzła, a niedobitków porwali najeźdźcy. RimWorld to nieobliczalna gra.

Jesteśmy w trudnym momencie historycznym. Wszystkich zachęca się do siedzenia w domu. Dlatego uważam, że takie gry jak RimWorld mogą uprzyjemnić ten okres. Zarządzanie własną wirtualną społecznością jest naszpikowane różnymi pułapkami. W trakcie gry na pewno pojawią się wyzwania, z którymi trzeba będzie sobie poradzić. Głowa od razu będzie zajęta! Konieczność zapewnienia zapasów na zbliżającą się zimę lub odparcie ataku zbuntowanych robotów – oto przykłady cyfrowych problemów! Ich rozwiązanie zawsze wymaga dużo poświęcenia, a czasem nawet całkowitej zmiany planów.

RimWorld. Piękna gra. Nic to! Wracam do mojej małej osady! Trzeba zapełnić magazyn ryżem, żeby mieszkańcy mogli bez problemu przetrwać zimę!

Charakterna narracja

Polska literatura grozy ma to siebie, że nie zawsze jest w stanie oczarować czytelnika. Warto także pamiętać o tym, że odbiorcy tego gatunku często zaczytują się w powieściach Stephena Kinga. To właśnie na postawie powieści tego autora odbiorcy budują system oczekiwań wobec popliterackich horrorów oraz thrillerów. Mogliby poczytać Stefana Grabińskiego i zobaczyć, że można sięgać w kierunku metafizyki w mniej bezpośredni sposób. Ale czasy są, jakie są, literatura Stephena Kinga jest rozpoznawalna i kształtuje gusta. Ani to dobrze, ani źle, tak po prostu jest.

Co nie oznacza, że nasi pisarze nie próbują wykorzystać rozpoznawalnego przez czytelników schematu. Od razu zaznaczę, że proza Łukasza Orbitowskiego jest tutaj kiepskim przykładem. Autor cudownego Kultu oraz wciągającego Exodusu w swojej wcześniejszej twórczości wyraźnie nawiązuje do konstrukcji świata podobnej do tej z powieści Stefana Grabińskiego. Po schemat Stephena Kinga chętniej sięga Artur Urbanowicz w powieści Inkub. Akcja rozgrywa się na Suwalszczyźnie, w niewielkiej miejscowości Jodoziory. Nie oczekujcie przaśnej wsi i chłopomanii rodem z Młodej Polski. Artur Urbanowicz wykorzystuje przestrzeń pozamiejską do straszenia. Na jej przykładzie pokazuje, że peryferia mają swoje mroczne tajemnice i niewiele osób przejmuje się ludźmi, którzy tam mieszkają.

Inkub jest powieścią napisaną w porządnym, wciągającym rytmie. Jest książką, z którą trzeba uważać! Gdy już narracja wessie czytelnika, to trudno się od niej oderwać. Konstrukcja fabuły przypomniała mi układy wątków, które znam z powieści Stephena Kinga. Szczególnie z tych ostatnich, czyli z Outsidera lub Instytutu. Pojawia się tajemnicza postać, a wokół niej zaczynają się dziać niepokojące rzeczy. Jej wpływ działa wręcz destrukcyjnie na okolicznych mieszkańców. Chorują, wariują, zaczynają się nawzajem mordować. Oczywiście ludzie próbują racjonalizować te wydarzenia, doszukują się przyziemnych wytłumaczeń. Co prowadzi do ich zguby, sprawia, że nie dostrzegają zbliżającego się niebezpieczeństwa. Aż pojawia się ktoś, kto zaczyna drążyć i dostrzega misterną intrygę. Tej strukturze najbliżej do Outsidera Stephena Kinga. Tam również pojawia się tajemnicza postać powodująca brzemienne w skutkach zamieszanie.

Mocną stroną powieści Artura Urbanowicza są charaktery. Silne, wyraziste, mające własne motywacje, a także indywidualne języki. Często związane z wykonywaną profesją lub wcześniejszymi doświadczeniami. Co sprawia, że fabuła staje się nasycona różnymi głosami. A w przypadku powieści grozy szczególnie ważne jest to, aby częściej do czytelnika zwracały się postacie. Narrator, jeśli nie bierze bezpośredniego udziału w akcji, powinien pozostać na trzecim planie i służyć jedynie pomocą w zorientowaniu się w przestrzeni i wydarzeniach. Przyznaję, że to doskonale widać w Inkubie, gdzie narracja spleciona została z wielu różnych nitek nawiązujących do odmiennych wątków.

Inkub to porządna literatura. Ciekawa i warta lektury. Książka zdecydowanie nie zawiedzie miłośników popkulturowej grozy. Pozostali na pewno zostaną do ostatniego zdania, ponieważ będą chcieli poznać zakończenie. Artur Urbanowicz się nie spieszy, powoli prowadzi odbiorcę po meandrach ciekawej narracji.

Page 4 of 37

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén