Category: Recenzje (Page 5 of 37)

Popkulturowy przelew krwi

Stało się! Polska kinematografia doczekała się slashera z prawdziwego zdarzenia. To nie jest sarkazm! Wczoraj obejrzałem W lesie dziś nie zaśnie nikt i jestem w szoku. Okazało się, że na polskim filmie można się nieźle bawić. Od razu zaznaczę, że nie jest to szczyt sztuki filmowej, raczej zabawa gatunkiem, co i tak jest już dużym krokiem do przodu. Przynajmniej w oczach człowieka, który alergicznie reaguje na polskie filmy i często ich unika. Czasem daję się przekonać, ale moja Żona doskonale wie, że do tego potrzebne jest bardzo dużo cierpliwości.

Do W lesie dziś nie zaśnie nikt nie trzeba było mnie długo przekonywać. Wyjątkowo. Chciałem zobaczyć film, którym był reklamowany jako pierwszy polski slasher. Taką frazę zauważyłem, gdy ostatnio byliśmy w kinie, jeszcze w czasach przed zarazą. Kupił mnie ten zwrot. Jednocześnie nie oczekiwałem zbyt dużo po takim obrazie. Liczyłem przynajmniej na to, że twórcy dostosują swój pomysł do gatunku, że nie będą próbowali go jakoś ulepszyć. Potraktować z morderczą powagą. Widziałem już wiele takich slasherów na poważnie. Łączyło je to, że z trudem wytrwałem do końca.

Tym razem czekało mnie zaskoczenie. W lesie dziś nie zaśnie nikt zostało zrealizowane z dużym dystansem. Co widać w dialogach postaci, a także samych wydarzeniach. Skojarzenia z popkultorowo rozpoznawalnymi slasherami są jak najbardziej na miejscu. Ten film zbudowany jest na takich utrwalonych skojarzeniach, które wręcz atakują osoby, które lubią slashery. Widać w tym lekką zabawę, trochę drwinę z gatunku, ale to nie psuje przyjemności z oglądania. Pokazuje, że twórcy wiedzieli, co robią. Rozumieją prawa rządzące popkulturą i się do nich stosują, nie próbują ich zmienić. Tym samym udowadniają, że w Polsce można zrobić zabawny film. Bez konieczności sięgania po drętwe żarty lub beznadziejne romantyczne narracje. Najwyraźniej w tym pięknym, lecz nieszczęśliwym kraju są ludzie, którzy potrafią bawić się charakterystycznymi dla popkultury opowieściami.

To nie jest zły filmy. Wystarczy po prostu pamiętać o tym, że nie pretenduje on do sztuki opowiadającej ponadczasowe historie. W leśnie dziś nie zaśnie nikt jest rozrywkową opowieścią, do oglądania przy pełnym nasyconych tłuszczów żarciu przepijanym napojami mniej lub bardziej alkoholowymi. Na pewno znajdzie się na czyimś zestawieniu niezobowiązujących filmów na helloweenową imprezę. Do obejrzenia, do pośmiania się, do zauważenia, że polscy twórcy coraz lepiej radzą sobie z popkulturą. Nawet ci zajmujący się filmem, ponieważ pisarze od lat czują ją doskonale. Najwyraźniej film potrzebował więcej czasu, aby odbić się od bruku przesłodzonego romantyzmu i uderzyć w slasher.

Czy W leśnie dziś nie zaśnie nikt leje się krew? Tak. Na dodatek w rytm słów wypowiadanych przez ciekawe postacie. A wiece co jest najlepsze? W tym filmie słychać dialogi! Nie trzeba go oglądać z napisami, co kilka raz mnie spotkało w trakcie kontaktu ze współczesną polską kinematografią.

Konflikty charakterów

Nie będę ukrywał, że czekałem na drugi sezon Altered Carbon. Poprzedni zainteresował mnie na tyle, że postanowiłem sięgnąć po książki. Po przeczytaniu pierwszego tomu stwierdziłem, że mam do czynienia ze średnią prozą i postanowiłem trzymać się ekranizacji. O niebo lepszej, ponieważ koncentrującej się na tym, co w powieści było najciekawsze. W przypadku drugiego sezonu nie mam literackiego punktu odniesienia i raczej nie będę miał. Niespecjalnie chcę sięgać po prozę, która mnie rozczarowała. Na szczęście serial odebrałem inaczej i czekam na kolejne odsłony Altered Carbon.

Co mnie tak zachwyciło w nowej odsłonie serialu? Aby wyjaśnić tę kwestię, muszę zwrócić uwagę na istotne wątki w pierwszym sezonie. Wtedy Altered Carbon szczególnie koncentrowało się na układzie sił w społeczeństwie, w którym wykluczono śmierć. Świadomość była digitalizowana i wrzucana do nowych powłok, czyli ciał. Nieśmiertelność na wyciągnięcie ręki? Dla każdego? Nie. Altered Carbon wyraźnie pokazywało, że korzystali z niej głównie najbogatsi, a reszcie pozostało czekać na przydział nowej powłoki. Bywało, że ludzi nie było stać na spłacenie świeżutkiego ciała i ich świadomość była ponownie zamrażana. Czekali dalej. Takeshi Kovacs, jako główny bohater, został zatrudniony przez bogacza, aby wyjaśnić tajemnicę jego śmierci. Zginął, ale jego świadomość została wgrana do nowego klona.

Główny bohater był postacią zawieszoną pomiędzy dwoma światami. Tym bogatym oraz tym ubogim. Przenikał ich granice w trakcie prowadzonego śledztwa, dzięki czemu widz mógł dowiedzieć się, jak wyglądało społeczeństwo zaprezentowane w świecie Altered Carbon. Zdaję sobie sprawę z tego, że przez różnego rodzaju rozważania prowadzone przez postacie w serialu, mogła ucierpieć akcja, jednak uważam, że w interesujący sposób zostało pokazane to, jak usunięcie śmiertelności wpływa na ludzi. Drugi sezon Altered Carbon dalej bada granice człowieczeństwa, ale robi to z innej perspektywy. Tym razem kluczowa staje się rola jednostki, jej przeżycia oraz doświadczenia. Serial schodzi do poziomu pojedynczego przeżycia, zamiast dalej opowiadać o konstrukcji całego systemu.

Ta zmiana sprawiła, że serial stał się bardziej dynamiczny. W drugim sezonie pojawiła się skomplikowana sieć relacji pomiędzy poszczególnymi postaciami, co przełożyło się na dynamikę ich relacji. Na pierwszym planie nie był już system, ale ludzie. Ich przeszłość, a także to, jak radzą sobie z własnymi uczuciami. Najnowsze Altered Carbon nie bywa już bezosobowe. Cała narracja składa się w dużej mierze z konfliktów pomiędzy charakterami. Mają różne motywacje i dopiero wraz z rozwojem fabuły zaczyna im przyświecać wspólny cel. W drugim sezonie jest zdecydowanie mniej, strać pomiędzy człowiekiem a systemem. Zastąpiły je zderzenia mocnych charakterów, chcących osiągnąć określone cele.

Nawet jeśli ktoś był rozczarowany pierwszym sezonem Altered Carbon, to polecam skonfrontowanie się najnowszą odsłoną. Jest inna, trochę bardziej gęsta, ale tak samo mroczna i przytłaczająca antyutopijnym charakterem świata.

Kryminalny brak zaskoczenia

Wróciłem na stare śmieci! Już dawno nie czytałem kryminału i muszę przyznać, że powrót do tej dobrze mi znajomej formy literatury, był nad wyraz przyjemny. Wystarczyło mi kilka wieczorów, abym dotarł do końca. Było w tej powieści wszystko to, do czego przyzwyczaiły mnie opowieści o detektywach, dlatego nie mogę napisać, że się rozczarowałem. Tekst, który wpadł mi w ręce trudno mi określić jako wyjątkowo wybitny. Po prostu został napisany zgodnie z aktualnymi wytycznymi formy, jaką jest powieść kryminalna. O jakiej książce piszę?

Te wszystkie zdania idealnie opisują Grób, którego autorem jest Max Czornyj. Nie czytałem poprzedniej książki tego pisarza, był to mój pierwszy kontakt z jego prozą. Udany. Od pierwszego zdania nie oczekiwałem żadnych zaskoczeń. Chciałem przeczytać kryminał zrealizowany według zasad gatunki i to otrzymałem. Warto zaznaczyć, że Grób nie jest klasyczną powieścią detektywistyczną z wariacją Sherlocka Holmesa, ale postnowoczesną pogonią za mordercą. Obowiązkowo z dwójką bohaterów, z mocną postacią kobiecą i brutalnymi scenami tortur. Myślę, że Grób stanowi połączenie wątków, z którymi zetknąłem się w Millenium oraz w tetralogii Katarzyny Bondy. Wtórność? Nie, w żadnym wypadku.

Raczej jest to doskonałe zrozumienie, w jakim momencie historycznym znajduje się obecnie powieść kryminalna. Gatunek znany i lubiany, mający swoich autorów nadających ton formie oraz takich, którzy dobrze poruszają się wewnątrz nowy reguł. Max Czornyj należy do tej drugiej grupy. W Grobie nie ma absolutnie żadnej gry z formą lub narracja. Jest za to solidna, porządnie napisana proza, która chwilami odrobinę się rozpada. Słabością tej powieści są fragmenty wyraźnie zmierzające w kierunku romansu. Relacja dwójki bohaterów jest zbyt wyreżyserowana, często miałem wrażenie, że jest wciskania na siłę do fabuły, tylko po to, aby stworzyć nową warstwę interpretacji dla charakterów. Tak samo jak rozbudowane opisy jedzenia lub stroju, oczywiście w dużej mierze dotyczą pary napędzającej historię. Z mojej perspektywy było to zbędne, kompletnie nic nie wnosiło do samej historii.

Tej zbędności w Grobie jest niewiele. Na szczęście. Pozostałe akapity mają dobry rytm, prowadzą od tropu do tropu, a samo zakończenie ma niezły zwrot akcji. Max Czornyj radzi sobie z powieścią kryminalną dobrze, ale jeszcze lepiej wyczuwa potrzeby odbiorców, szczególnie miłośników tego gatunku. Takie osoby zabiera w podróż przez znajome krajobrazy, nie stara się odkryć nowej ścieżki, tylko realizuje to, co już się sprawdziło i złapało uwagę czytelników. Czy to źle? Nie sądzę. Literatura popularna to w dużej mierze ciągłe odlewanie treści w dobrze ukształtowanych formach. Trzeba mieć dryg do tego, aby zaprezentować nowe możliwości gatunku i nie każdy, powinien to robić.

Dlatego uważam, że podstawowym plusem Grobu jest awersja do formalnych eksperymentów. To jest powieść gwarantująca zabawę, a czasem dreszczyk przerażenia. Nic więcej. Na pewno ten tekst przykuwa uwagę, ale nie sądzę, abym do niego wracał przy jakichkolwiek rozważaniach o literaturze popularnej.

Nie tylko na święta…

Na liście tematów mam tekst o bajce Klaus. Moja Żona zauważyła, że nikt nie będzie czytał materiału o filmie animowanym nawiązującym do Świąt Bożego Narodzenia pod koniec lutego. Ma trochę racji, bo faktycznie sezon na takie bajki się skończył. Tylko że Klaus ma cudowną narrację, piękną historię, to wzruszająca, wyjątkowa opowieść o tym, że nawet najbardziej podzieloną społeczność można połączyć. Właśnie tak odczytuję tę bajkę.

Zachęcam do obejrzenia Klausa i spojrzenia na niego z perspektywy historii o budowaniu mostów. Istotną kwestią jest tutaj podzielona społeczność małej, wręcz rzuconej na krańcu bajkowego świata, mieściny. Są tak zapamiętali w konflikcie, który ponoć trwa od wieków, że przestają dostrzegać to, co ich łączy. A jest to miejsce, są to wspólne przeżycia, poświęcają wszystko tylko po to, aby trwać w ciągłej, nieustannej konfrontacji. Najmłodsi mieszkańcy są wychowywani w atmosferze podziałów, nie znają innego świata. Dlatego tak łatwo przychodzi im kontynuowanie niechlubnej tradycji. Pomijam przemianę głównego bohatera, ponieważ uważam, że dla tego wątku warto już obejrzeć Klausa.

W ostatnim czasie obejrzałem wiele filmów animowanych. Był Grinch, przewinęło się Rio 2, sięgnąłem nawet po Toy Story 4, ale żaden z nich nie zapadł mi tak w pamięć jak Klaus. Co jest dość ciekawe, ponieważ wymienione przeze mnie tytuły również kładą olbrzymi nacisk na budowanie mostów, na poszukiwanie porozumienia. Mam wrażenie, że w przypadku Klausa doskonale zagrała chęć opowiedzenia własnej interpretacji historii o Świętym Mikołaju. Kluczowe są tutaj emocje, przekazywane w sposób subtelny oraz wymowny. Nie ma żadnego nawalania łzawymi opowieściami, którymi raczą widza bohaterowie. Te mniejsze narracje zostały doskonale wplecione w główny wątek, podkreślają jego znaczenie oraz dodają głębi do relacji pomiędzy postaciami. Nie dziwię się, że Klaus został nominowany do Oscarów. Takich świetnych opowieści jest niewiele, sądzę, że bardzo nam ich brakuje.

Nie dajcie się zwieść świątecznej otoczce! Klaus to film animowany na każdy czas, na dowolny okres. Pięknie narysowany, wspaniale udźwiękowiony. Pozbawiony patosy, bogaty w różnego rodzaju przeżycia. Obejrzenie tej bajki to interesujące doświadczenie. Przypomnienie, że takie treści nie muszą być naiwne lub za wszelką cenę antropomorfizować otaczający widza świat. Siłą Klausa jest to, że twórcy postawili na szczerość, zdecydowali się opowiedzieć prostą historię w pięknym otoczeniu. Tak jakby ktoś przypomniał sobie o tym, że najlepsze narracje to te, które można przeżyć na wielu płaszczyznach. Bez potrzeby przedzierania się przez kolejne warstwy cytatów oraz całego tego przeintelektualizowanego szajsu.

Jeśli czekać na kolejny sezon Altered Carbon lub zanudził was Narcos: Meksyk, to Klaus będzie idealną odskocznią. Pozycja obowiązkowa dla osób, które cenią sobie sens w fabule oraz mądrze poprowadzone narracje.

Powietrze gęste od zła

Film Małgosia i Jaś trudno mi uznać za horror. Zdarzają się w nim momenty, w których podskakuje się na krześle, ale nie one są najważniejsze. Znacznie większą wagę ma duszny charakter obrazu. Film często przypomina koszmarne halucynacje, zwidy godne odpowiedniego nasycenia się muchomorami. Gdybym miał poszukać filmu, który swoim nastrojem silnie nawiązuje do tego, co widziałem w Małgosi i Jasiu, to zdecydowanie wybrałbym Sinister. Ten sam poziom zła w powietrzu.

Zmiana w tytule nie jest przypadkowa. Baśń znajmy jako Jasia i Małgosię, w przypadku filmu to dziewczyna staje się najważniejsza. Tak samo jest w fabule. Wyraźnie widać, że jest to narracja opowiadająca o odkrywaniu czających się w Małgosi mocy. Od pierwszych scen wyraźnie odstaje od otaczającego świata. Nie tylko zachowaniem, ale także tym, co mówi. Jak cień podąża za nią Jaś. Zawsze jest pod jej opieką. Dlatego ich wędrówka po mrocznych lesie nabiera znamion początków przemiany. Zmuszeni walczyć o swoje życie, poszukujący żywności i schronienia zaczynają się od siebie oddalać.

Właśnie w tę przestrzeń zaczyna wchodzić zło. Przybiera postać kobiety, która pragnie zaopiekować się Małgosią i Jasiem. Karmi ich, jej stół jest zawsze suto zastawiony, pomimo że w okolicy nie ma absolutnie żadnych zwierząt, a w okolicy panuje głód. Na dodatek zaczyna uczyć Małgosię o ziołach i zaczyna traktować ją jak swoją wychowankę. Dopiero konfrontacja z przerażającą prawdą budzi w Małgosi wątpliwości. Zdaje sobie sprawę ze swojego przywiązania do brata, a także z tego, że musi iść własną drogą. Ich ścieżki się nie pokrywają, każde musi pójść w swoją stronę. Momentem rozstania i oświecenia jest zabicie złej czarownicy, pokonanie dzielącego ich zła. Jednocześnie jest to chwila, w której zdjęty zostaje urok. Małgosia i Jaś są w stanie pokonać iluzje, które stworzyła wiedźma.

Ten film wyraźnie prezentuje silną, rozwijającą się bohaterkę. Uwaga widza jest skupiona na jej przeżyciach, na jej psychice, a także na tym, co dzieje się w jej głowie. Co często jest najważniejsze w całej fabule. Stąd bierze się niezbyt dynamiczna akcja. Chwilami film przypomina dramat, ponieważ w wielu scenach występują maksymalnie dwie osoby – Małgosia oraz wiedźma. Jaś jest wyraźnie postacią drugoplanową, wręcz celowo staje się tłem, po to, aby znów znalazł się na pierwszej linii wydarzeń. Jest ściśle związany z momentem oświecenia, który przeżywa Małgosia. Sądzę, że w wielu chwila staje się nawet katalizatorem przemiany, ponieważ często występuje w jej koszmarach. Jako ta część jej umysłu, która domaga się uwagi i przełamuje iluzje czarownicy.

Małgosia i Jaś to interesująca interpretacja znanej baśni. Jej postnowoczesne odczytanie, które na pewno nie jest przeintelektualizowane. Na pochwałę zasługuje duszny charakter opowieści, ciągle podkreślany przez niewielką ilość światła oraz małe pomieszczenia. Świat przedstawiony zostaje sprowadzony dosłownie do kilku miejsc i w każdych z nich czai się zło. W różnych formach.

Page 5 of 37

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén