Category: Uncategorized (Page 1 of 3)

Cyfrowe wypożyczalnie

Jak bardzo wygodna jest cyfrowa dystrybucja? Pewnie wielu z Was powie, że jest wręcz najwspanialszym wynalazkiem współczesności. Wystarczy mieć dostęp do Internetu i można dowolnie korzystać z rozrywki. Gier, muzyki, filmów, programów, a tym pragnieniom nie ma końca. Z przykrością stwierdzam, że w ostatnich dniach zatęskniłem za czasami, gdy mogłem sobie zainstalować grę z płyty CD. W obecnym laptopie tego nie zrobię i nie dlatego, że nie chcę. Po prostu nie mam czytnika i liczyłem na to, że wystarczy przenieść dane za pomocą zewnętrznego dysku twardego.

Częściowo się udało, ale miałem kilka przypadków, gdy okazało się to niemożliwe. Cała moja biblioteka zainstalowanych gier z Xbox Game Pass for PC została na starym komputerze. Nie znalazłem sposobu, aby ją przenieść, a muszę przyznać, że w ostatnich miesiącach często korzystam z tej usługi. Efekt? Cóż, musiałem je ponownie pobrać. Co może się wydawać bzdurą, bo przecież mamy XXI wiek i wystarczy mieć względnie stabilny dostęp do Internetu, żeby zaradzić tej sytuacji. Mnie po prostu uderzyło to, jak wiele rzeczy wynajmuję na czas określony chęcią płacenia za daną usługę. Niby nie muszę tego robić, często szukam otwartoźródłowych alternatyw, ale w przypadku gier coraz częściej czuję się skazany na konieczność korzystania z subskrypcji.

Dlaczego? Ze względu na ceny. Czasem odnoszę wrażenie, że obecny koszt gier coraz częściej jest dostosowywany tak, aby bardziej opłacalna była subskrypcja. Dlaczego mam płacić 299 złotych za “Gears Tactics” skoro mogę mieć ten produkt w ramach abonamentu?

Zresztą cena to dopiero wierzchołek góry lodowej. Od dawna piszę na DailyWeb, że system subskrypcji, wynajmowania gier, jest tylko naturalnym przedłużeniem cyfrowej dystrybucji. Mam pełną świadomość tego, że żaden z kupionych przeze mnie tytułów w ostatnich 5 latach nie należy do mnie. Tylko go “wypożyczam” w ramach usługi, jaką jest platforma dystrybucyjna. Nie ma znaczenia, czy to jest Steam, uPlay czy Origin. To tylko olbrzymie wypożyczalnie miejsce. Skąd we mnie takie przekonanie? Bo nie mogę sobie zainstalować “Anno 1800” bez konieczności autoryzowania zakupu za pomocą mojego konta na uPlay. Nie mam tej gry na fizycznym nośniku, niby ją kupiłem, ale tak jakby zawsze muszę potwierdzać, że mam ją z legalnego źródła.

Uważam, że historia zatoczy koło. Torrenty powrócą do głównego nurtu, znowu każdy będzie miał zainstalowanego klienta, żeby seedować Linuksa. A tak na poważnie. Niby wszyscy pożegnali cyfrową zatokę piratów, bo przecież nowoczesne formy dystrybucji sprawiły, że nie jest nam potrzebna, ale dużo wskazuje na to, że wielu znowu do niej wróci.

Często dla materiałów, które mają blokady regionalne. Takie pośrednie, przez brak dostępności danej usługi w kraju. Sądzę, że znajdą się tacy, którzy usprawiedliwią piractwo wygodą. Bez problemu będą przenosili gry, filmy, seriale i muzykę pomiędzy komputerami. Bez konieczności ciągłego utrzymywania połączenia z Internetem i logowania się do różnych kont, aby potwierdzić, że jednak nie jest się złodziejem. Tylko grzecznym i legalnym wynajmujących kawałek cyfrowej przestrzeni.

Na koniec grafika prezentująca przychody ze sprzedaży muzyki w Stanach Zjednoczonych. Warto zwrócić uwagę na to, jak popularne były płyty CD.

Infographic: From Tape Deck to Tidal: 30 Years of U.S. Music Sales | Statista You will find more infographics at Statista

Gry edukacyjne po polsku

Nie spodziewałem się, że informacja o wydaniu interaktywnej lekcji może tak wstrząsnąć moją bańką. Przez mój feed przetoczyła się fala recenzji, prób uchwycenia najgorszych elementów zaprezentowanej produkcji. Ale czy to ma sens? Zerknij na ogłoszenie przetargu, w którym jasno zostały doprecyzowane elementy projektu. W ich świetle został on poprawnie zrealizowany. Dlatego może warto spojrzeć na szerszy kontekst i zastanowić się, w jakim stopniu da się pogodzić zabawę z edukacją.

Powrót narracji?

W zeszłym tygodniu zostały rozdane „Game Awards”. To takie specjalne wyróżnienia dla wyjątkowych giereczek. W różnych kategoriach. Może warto się pokusić o to, że są to gamedevowe Oscary? Trochę tak, ponieważ wyróżnione tytuły przeżywają drugą młodość. Tak jakby nagle zostały ponownie dostrzeżone przez redakcje i recenzentów. Myślę, że właśnie coś takiego spotka produkcję Disco Elysium. Stworzoną i wydaną przez estońskie niezależne studio ZA/UM.

Co w tej grze jest takiego wyjątkowego? To doskonały przykład powrotu do tytułów całkowicie skupionych na narracji i odgrywaniu ról. Korzenie Disco Elysium sięgają głęboko, aż do kultowych i wciąż rozpoznawalnych gier Dungeouns and Dragons oraz Warhammer: 40 000. W obu przypadkach mamy do czynienia z grami fabularnymi, wymagającymi wejścia w rolę, stania się bohaterem danej fabuły. Cała zabawa polega na tym, aby odpowiednio reagować na propozycjw Mistrza Gry. Oczywiście konieczna jest znajomość świata, umiejętność poruszania się po jego różnych aspektach. A czasem trzeba po prostu czuć tworzoną postać, aby dobrze się bawić. Właśnie na wrażeniu bycia wewnątrz wirtualnej rzeczywistości zostało oparte Disco Elysium.

Nie będę od razu obwieszczał zmartwychwstania fabuł w grach komputerowych. Jedna niezależna produkcja to trochę za mało. Mimo to uważam, że coś zaczyna się zmieniać. Nawet recenzenci zaczęli większą uwagę poświęcać opowiadanym historiom! Jakby dostrzeżono potężne możliwości w wirtualnych światach. Już nie tylko strzelanie, zwiedzanie jaskiń i zdobywanie nowych broni. Opowieść! Interesujące postacie! Interakcja ze światem zapośredniczona przez rozwijane umiejętności cyfrowego bohatera. Takie gry już kiedyś były, wiele z nich przeszło do historii gatunki. Sam spędziłem setki godzin w starych Falloutach oraz w kultowych Wrotach Baldura. Przyznaję, że właśnie takich doświadczeń mi brakuje, dlatego wciąż szukam narracyjnych gier komputerowych. Nawet jeżeli twórcy postawią na powrót fabuł, to musi pojawić się odpowiedź ze strony odbiorców. Być może jest nadzieja?

Na ten tweet trafiłem kilka dni przed ogłoszeniem wyników „Game Award”. Niekoniecznie uznaję go za wskaźnik trendu, to wypowiedź jednej osoby. Pochlam się nad tweetem, ponieważ zwrócił mi uwagę na coś, nad czym się nie zastanawiałem. Dungeons and Dragons pojawiło się w serialu Stranger Things, który na pewno oglądały różne grupy wiekowe. Młodsi i starsi, ciekawscy pewnie sięgnęli po nowe podręczniki lub skorzystali z rodzinnych zbiorów, znaleźli się także tacy, którzy postanowili poszukać starszych wydań. Jeżeli do gier usiądzie pokolenie wychowane na Dungeons and Dragons, planszówkach i karciankach, to gamedev będzie musiał odpowiednio dostosować swoje produkcje. Bezmyślne klikanie, budowanie postępu na samych cyferkach i umiejętności pozbawione znaczenia, nie będą traktowane jako coś interesującego.

Do łask wkradną się te światy, które zaproponują ciekawe, całościowe doświadczenia. Samo strzelanie i zbieranie uzbrojenia już nie wystarczy.

Na marginesie “Irlandczyka”

Irlandczyk. Film Martina Scorsese, od obejrzenia na Netfliksie. Trwa 3 godziny, więc trzeba przygotować się na długi seans. Chciałbym napisać, że jestem zachwycony aktorstwem oraz niezwykle interesująca historią, której głębia odbija się w błyskotliwych dialogach. Chciałbym, ale nie mogę, bo po prostu bym skłamał. Mam problem z Irlandczykiem, obejrzałem go w zeszłym tygodniu, a do dzisiaj nie potrafię jednoznacznie określić, czy jest to wielkie Kino, przez olbrzymie K. Do czego nawiązuję? Do wypowiedzi reżysera Irlandczyka, w której postanowił w mocnych słowach skrytykować filmy superbohaterskie.

Dla Martina Scorsese kino Marvela i pochodne, to forma parków rozrywki, niemająca absolutnie nic wspólnego z filmami narracyjnymi, czyli takimi, które poruszają ważne kwestie i opowiadają istotne historie. Jednocześnie reżyser Irlandczyka doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nowoczesność tworzy ruchome obrazy pod widza, z uwzględnieniem badań rynku, a także upodobań odbiorców. Aż chciałoby się rzecz, że wytwórnie kierują się big data w trakcie kreowania nowych światów! I będzie w tym dużo prawda. Warto pamiętać, że postnowoczesne teksty w dużej mierze opierają się na danych zebranych z różnych miejsc. Począwszy od polubionych postów na Instagramie, przez lokalizację, a skończywszy na historii udostępnień postów na Facebooku. Jeżeli teraz przyjrzycie się Waszej historii, która trafia do Sieci, to szybko zauważycie, że z tym wymiarów można ulepić personę z jasno określonymi zainteresowaniami. W świetle big data wszyscy jesteśmy mniej tajemniczy, niż nam się wydaje.

To nie jest coś, o czym często myślimy, a jednak każdego dnia dzielimy się z Siecią mnóstwem informacji, które, po odpowiednim skorelowaniu, pozwalają biznesowi tworzyć różne produkty. Dlatego uważam, że Martin Scorsese nie tyle skrytykował kino superbohaterskie, ile odniósł się do współczesnej kondycji kultury. W wypowiedzi opublikowanej na łamach internetowe wydania „New York Timesa” reżyser Irlandczyka, zwrócił także uwagę na to, że dla istnienia kina kluczowe są indywidualności. Podkreślił, że nawet w strukturze hollywoodzkich istniało pewne tarcie, dzięki któremu powstało wiele interesujących produkcji. Dzisiaj pierwsze skrzypce gra biznes, co Martin Scorsese, uważa za niebezpieczne.

Mam wrażenie, że media za bardzo skoncentrowały się na krytyce filmów superbohaterskich. Tak jakby dotknięcie niezwykle popularnych obrazów, rozjuszyło ich fanów. Moim zdaniem, w wypowiedzi Martina Scorsese jest coś więcej. O makdonaldyzacji kultury mówi się od wielu lat, ale obecnie przekroczyliśmy inny próg. Pomimo egocentrycznego charakteru postnowoczesenej kultury, za wszelką cenę próbujemy wyrugować indywidualność ze sztuki. Niezależnie od tego, jaką formę weźmiemy. Dominują twory tworzone i szlifowane przez zespoły marketingowców i analityków, tak długo, aż nie zostaną docięte do aktualnych gustów odbiorców. Artystyczne wypowiedzi są dzisiaj niebezpieczne.

To skąd bierze się mój problem z Irlandczykiem? Jest faktycznie indywidualną wypowiedzią artystyczną, jednak mam wrażenie, że zawarte z nim sensy zostały odrobinę za bardzo rozwodnione przez długość filmu. Gdyby był godzinę krótszy, to jestem pewien, że w dalszym ciągu stanowiłby interesującą krytykę kultury opartej na przemocy i milczeniu.

Czas oszronionych szyb

Serwisy pogodowe są zgodne. Nadchodzi znaczne ochłodzenie, koniec pięknej jesieni i słonecznego października. Czas przygotować się na skrobanie szyb, pierwsze przymrozki oraz gołoledź. Wraz z tym wszystkim pojawią się także kierowcy, którzy lubią sobie ograniczać widoczność. Wiecie, ludzie z zaparowanymi szybami, nerwowo machający szmatkami, chusteczkami lub innymi przedmiotami na światłach. Wszystko, żeby zobaczyć coś więcej, niż rozmazane światełka. Bywa, ochłodzenie potrafi zaskoczyć. Podobnie jak niedziałające ogrzewanie w samochodzie.

Obecnie nie mam takiego problemu, ale w Golfie II bywało różnie. Do dziś jeździ i do dziś można go w zimę prowadzić w krótkim podkoszulku. Po kilku minutach zaczyna robić się gorąco, po dłuższej jeździe klimat jest wręcz tropikalny. Otwieranie szyb na niewiele się zdaje. Prosta droga do złapania ostrego przeziębienia oraz nerwicy. To drugie spowodowane zostanie przez ciągle parujące szyby. Z fizyką się nie wygra, gorące powietrze miesza się chłodnym, co szybko ogranicza widoczność. Pomyślicie, że warto to naprawić? Podjęto kilka prób. Wszystkie spełzły na niczym. Ja przesiadłem się do innego samochodu, Golf II pozostał autem na lato. Wtedy można po prostu zamknąć nawiew, w pełnym słońcu kostniejące dłonie nie są szczególnym problemem.

Nigdy nie byłem specjalnym miłośnikiem upałów. Wolę aktualną temperaturę, tylko drażni mnie plucha na drogach. Deszcz utrudniający prowadzenie, ludzie, który uważają, że skoro wydali na auto pół miliona złotych monet i mają wszystkie najnowsze osiągnięcia techniki oraz działające ogrzewanie, to mogą szaleć. Są bezpieczni. Z poślizgu wyprowadzi ich specjalny system. Przed zderzeniem ostrzeże mrugająca kontrola i sygnał dźwiękowy. Szkoda, że nic nie chroni ich oraz najbliższego im otoczenia, przed najzwyklejszą głupotą. Uczyłem się jeździć, prowadząc Golfa II. ABS? W życiu. Wspomaganie kierownicy? Zapomnijcie. System kontroli trakcji? Raczej ciągłe skoncentrowanie na drodze. Działające ogrzewanie zimą? Po co komu jakieś luksusy? Do dziś jeździ, ja nie ufam wynalazkom. Jak są, to dobrze, ale i tak wolę uważać. Wszelka elektornika bywa zawodna, nic nie zastąpi zdrowego rozsądku. Chociaż pewnie znajdą się tacy, którzy powiedzą, żę jest inaczej,

Po tym radosnym okresie przyjdzie czas śniegu. A także szaleńców jeżdżących na letnich oponach. W zeszłym roku obserwowałem, jak przedstawiciel tego gatunku przemierzał miasto z zawrotną prędkością 40 kilometrów na godzinę. Na drodze śnieg zmieszany z piaskiem. Trudno o gorszą przyczepność. Za kierownicą zestresowany mężczyzna w średnim wieku przyklejony do kierownicy i wpatrzony w przednią szybę. Na lewym pasie. Niezapomniany widok. Dlatego nie bądźcie szaleńcami, wymieńcie opony przed pierwszym śniegiem. Po co się stresować? Chyba że w ten sposób się rozgrzewać, bo padło Wam ogrzewanie. Co prawda w niczym to nikogo nie usprawiedliwia, ale powiedźmy, że stanowi marny kontekst do zwykłej ludzkiej głupoty.

Nic to. Pewnie w przyszłym tygodniu trochę sobie podrapię o 6:30 szybę.

Page 1 of 3

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén