Ludzie czytający narzekają, że inni nie czytają. To nawet pewnego rodzaju moda – od czasu do czasu psioczyć, że ten nasz polski naród niechętnie sięga po książkę. Wtórują temu badania Biblioteki Narodowej, które po medialnych interpretacjach zdają się wieścić krach rynku księgarskiego oraz upadek intelektualny. W końcu bez książek nie da się żyć, to one są podstawą wszelkiej myśli, to one rozwijają najbardziej i koniecznie trzeba czytać. A jak się czyta, to trzeba narzekać, że inni nie czytają.

Nie będę ukrywał, że słowo pisane, zarówno to drukowane jak i wyświetlane na takim na przykład Kindle’u, jest dla mnie piekielnie ważne. Uważam, że książki są podstawą, fundamentem wykształcenia oraz metodą ostrzenia umysłu. Grube tomiszcze, pełne interesujących fraz oraz bystrych obserwacji, zawsze pozostanie dla mnie najlepszą osełką, ale ja nie mam monopolu na Prawdę. Może ktoś czuje, że znacznie lepiej rozwija go studiowanie obrazów, słuchanie muzyki, rozkręcanie silnika z Syrenki lub lutowanie wzmacniacza. Ilu ludzi, tyle dróg rozwoju. Dlatego wstydzę się tego, że ulegam modzie narzekania na upadek czytelnictwa. Nie potrafię się powstrzymać, zawsze, gdy studenci czegoś nie przeczytają (tam po „drugiej stronie” widać kto przyszedł przygotowany, a kto nie; wierzcie mi), to od razu wpadam w podły nastrój i zaczynam psioczyć. Powtarzam mantrę, którą wszyscy znamy na pamięć – rzucam coś o upadku kultury czytelnictwa, o nieostrych umysłach i o tym, że skutkuje to śmiercią dyskusji. Myślę, że mogę. Jestem literaturoznawcą, więc moja miłość do książek jest bezwarunkowa i trzeba pamiętać o tym, że z powodu wykształcenia są dla mnie bardzo, bardzo ważne. Być może czasem nawet zbyt ważne. Jak się uspokajam, to odpuszczam. Zaraz przypominam sobie o kilku rzeczach.

Przede wszystkim o tym, że zmienił się model odbiorcy. Człowiek otoczony jest informacjami i trudno mu się w nich odnaleźć. Na dodatek z trudem przychodzi czytanie rzeczy uporządkowanych. Coraz częściej odbiorcy łatwiej poruszają się po chaotycznych ścieżkach Internetu, a przeszkodą jest dla nich precyzyjny, literacki wywód. Jeszcze jedna rzecz przychodzi mi do głowy – pomimo dostrzegalnego kryzysu czytelnictwa wydawnictwa nie upadają masowo. Popkultura garściami czerpie z literatury. Wystarczy przypomnieć takie ekranizacje jak Władca Pierścieni, seria o Harrym Potterze lub – te z gatunku „wstydliwej przyjemności” – Pięćdziesiąt twarzy Grey’a oraz Zmierzch. Skoro literatura w dalszym ciągu inspiruje do tworzenia adaptacji, to znaczy, że jest w stanie pobudzać wyobraźnię wszystkich odbiorców. Jest ważna, bo często stanowi fundament dla mody, dla zbiorowej fascynacji. Bez powieści George’a R. R. Martina nie mielibyśmy serialu Gra o Tron, nawet fenomenalny pierwszy sezon Detektywa mocno siedział w literaturze (nawet „zbyt mocno”, bo pojawiło się oskarżenia o plagiat). To w takim razie skąd bierze się to narzekanie?

Po odpowiedź postanowiłem sięgnąć – jakżeby inaczej! – do krytyki literackiej dwudziestolecia międzywojennego. Moja fascynacja tym okresem staje się coraz silniejsza, a rozbudzona została przez dwójkę moich nauczycieli na studiach – dr hab. Beatę Gontarz i dr hab. Małgorzatę Krakowiak. Dzięki tym osobom wiem, że w dwudziestoleciu pisał Karol Irzykowski, jeden z najlepszych polskich krytyków literackich. I ten człowiek napisał tekst zatytułowany Czytelnictwo współczesne w Polsce. Karol Irzykowski analizuje broszurę Stanisława Lama, która nosi taki sam tytuł jak szkic Irzykowskiego, a dotyczy – jak sama nazwa wskazuje – problemów związanych z czytelnictwem w dwudziestoleciu międzywojennym. Już na samym początku można znaleźć interesujący cytat, który jest odpowiedzią na zarzut, że mało kto czyta książki:

Temat okropnie nieaktualny i, jak niejeden sobie pomyśli, obchodzący tylko literatów i księgarzy, którzy chcą odwołać się do ambicji społeczeństwa i robią reklamę swojemu przemysłowi. Przyzwyczajeni jesteśmy do skarg na społeczeństwo – a ono jest jak ów wielki Nikt, którego nigdy w domu nie ma, cierpliwe i wytrzymałe, bo niczego nie bierze do siebie [Irzykowski 246].

Spostrzeżenie słusznie i do dziś aktualne. Współcześnie, gdy rozmawiamy o czytelnictwie, zawsze wskazujemy na nawyki innych, zamiast przyjrzeć się sobie. Człowieku! Zanim zaczniesz narzekać na upadek lektury, to zadaj sobie pytanie: ile książek RZETELNIE przeczytałem? Przez słowo „rzetelnie” rozumiem czytanie z przemyśleniem treści tekstu. Jeżeli niewiele, to siedź cicho i pracuj nad sobą. Jak dużo, to też siedź cicho – nie atakuj, ale zachęcaj, nie dręcz, ale staraj się udowodnić, że lektura potrafi być interesująca i zajmująca. Pamiętam, że kiedyś, w trakcie rozmów z moim unikającym czytania znajomym, okazało się, że on czyta – ale niewiele i tylko powieści fantasy. Nie będzie tutaj pointy o nawróceniu na literaturę piękną, nie będzie opowieści, jak to ten znajomy się Mannem i Proustem zachwycił. Dałem mu spokój. Czyta, prawda? Nawet parę razy z nim porozmawiałem na temat jego lektur i konwersacje te były całkiem interesujące. Atakowanie tych, obnoszących się niechęcią do literatury – nie ma żadnego sensu. Trzy lata dydaktyki na Uniwersytecie Ślaskim nauczyły mnie, że jak ktoś chce być kompletnym ignorantem, to nim pozostanie. Lepiej skoncentrować swoją uwagę na tych, z którymi faktycznie można porozmawiać. Nigdy nie należy obwiniać bezosobowego społeczeństwa, ale pracować na poziomie lokalnym.

Peter Hopper / light reading (CC BY-NC 2.0)

Peter Hopper / light reading (CC BY-NC 2.0)

Książka, gdy tylko pojawiły się nowe formy przekazu (np. gazety i kino), musiała walczyć o uwagę odbiorcy. Karol Irzykowski dostrzega ten problem i charakteryzuje go w następujący sposób:

Książka dziś nie odgrywa już tej roli co dawniej, znaczą część jej funkcji objęły inne urządzenia techniczne, które dały człowiekowi bezpośredniejszy kontakt z życiem i z rzeczywistością. [Irzykowski 249].

Fragment ten wskazuje na to, że autor dostrzega zmiany technologiczne, które dokonują się wokół niego oraz rozumie, że dla niektórych osób mogą być atrakcyjniejsze inne formy opowiadania. Nie oznacza to, że Karol Irzykowski w jakikolwiek sposób deprecjonuje wartość książki, on po prostu widzi, że zmieniają się odbiorcy, a wraz z nimi musi zmienić się także literatura. To jest element, o którym współcześnie zapominamy. Dostrzegam to w szczególności wśród osób należących do eleity intelektualnej. Gdy mówią oni ludzie nie czytają, to mają na myśli – ludzie nie czytają wartościowej literatury, takiego na przykład Manna, który jest fundamentem kultury europejskiej. Ludzie czytają – literaturę popularną, ale ta, co powoli się zmienia, nie jest uznawana za tę prawdziwą i rozwijającą. Trzeba zejść z wieży, wyjść do ludzi i zobaczyć, czym oni się aktualnie interesują. Sukcesy BookRage’y, które zawierały książki z takich gatunków jak fantasty lub science fiction wskazują na to, że w społeczeństwie istnieje głód lektury. Popualrnością cieszą się także kryminały, gatunek, który trochę został już zamordowany i zużyty, ale w dalszym ciągu jest w centrum czytelniczego zainteresowania. W dwudziestoleciu międzywojennym zaczęły pojawiać się pierwsze powieści fantastycznonaukowe, popularnością cieszyły się także powieści odcinkowe, które zawierały w sobie elementy romansów oraz kryminałów. Karol Irzykowski zdawał sobie z tego sprawę, co widać w tekście poświęconym Stefanowi Grabińskiemu, który współcześnie uważany jest za ojca polskiej literatury grozy. Na temat twórczości tego autora Karol Irzykowski pisze:

I nie wątpię, że gdy miną trudności wojenne, fantastyczne nowele Grabińskiego, przetłumaczone na angielskie, francuskie, niemieckie, od razu przejdą do repertuaru popularnej lektury, bo tam jest już publiczność wychowana na dziełach Poego, Stevensona, d’Aurevilly’ego, Ewersa, Strobla i in. U nas tych tradycyj nie ma, a na pisarza fantastycznego spoglądają jak turonia nie tylko czytelnicy, ale niestety i krytycy [Irzykowski 442].

Od czasu, gdy Karol Irzykowski napisał te słowa, niewiele się zmieniło. Polska tradycja lektury powieści popularnych dopiero się rozwija. Jej fundamenty położyli tacy pisarze jak Stanisław Lem, Andrzej Sapkowski i Marek Krajewski. Twórczość tych autorów należy do różnych gatunków, ale to właśnie ich książką stanowią, dla wielu młodych czytelników, przepustkę do świata literatury popularnej. Dlatego tak ważne jest jej ocenianie i interpretowanie – od siedzenia w wieży z kości słoniowej nigdy nie przyszło nic dobrego. Ciekawe jest to, że historia polskiej literatury popularnej faktycznie sięga dwudziestolecia międzywojennego, ale się o tym nie uczy, temat ten jest ciągle pomijany. A szkoda, bo często są to fascynujące rzeczy.

Skoro już jesteśmy przy edukacji, to warto sięgną po kolejny cytat z tekstu Czytelnictwo współczesne w Polsce Karola Irzykowskiego:

Czytanie książek jest sztuką, której się trzeba nauczyć. Ośmielam się twierdzić, że nasze szkoły tej sztuki nie uczą, nie uczą kochać książki, obcować z nią i korzystać z niej. [Irzykowski 251]

Tutaj skończę. Ten cytat idealnie podsumowuje współczesny problem z czytelnictwem. Wszystko zależy od tego, co człowiek wyniesie ze szkoły. A jaki jest, wszyscy wiemy. Nabożny szacunek do poetów i wszechobecny klucz. Potem nauczyciele się dziwią, że uczniowie nie czytają… Jak ma ich zainteresować lektura, skoro ciągle wymaga się, aby trafiali w gotowe odpowiedzi? Tego problemu nie rozwiążą akcje społeczne, ale przemyślenie modelu edukacji. Mam nadzieję, że dożyję czasów, w których do tego dojdzie.

//Bibliografia

  • K. Irzykowski, Czytelnictwo współczesne w Polsce [w:] Tegoż, Pisma rozproszone 1897-1922, Kraków 1998.
  • K. Irzykowski, Stefan Grabiński [w:] Tamże.

// Obrazek wyróżniający: carnagenyc / Read (CC BY -NC 2.0)