Pojęcie fantastyczności zmienia się z czasem, a szczególnie z rozwojem gatunku. Inaczej postrzegamy to, co fantastyczne w fantasy, inaczej w science fiction. Ten drogi rodzaj popkultury jest nawet jeszcze ciekawszy. Przede wszystkim dlatego, że w fantastyce naukowej – jak sama nazwa wskazuje – dochodzi do starcia pomiędzy lotną wyobraźnią autora, a twardymi faktami naukowymi.

Świetnym przykładem może być proza Wellsa, autora uważanego za jedno z twórców gatunku. Jeżeli zestawimy ją ze współczesnym pisarstwem science fiction, to zaczyna ona trącić myszką. Wszystko to wynika z jednej rzeczy – z modelu nauki, którym posługiwał się Wells. Przykład: dla nas, oświeconych współczesnych, wszelki ezoteryzm to mrzonki źle ukształtowanego umysłu. Zapominamy o tym, że nie zawsze tak było i badana nad zjawiskami paranormalnymi były uznawane za w pełni naukowe. Taki Dracula Brama Stokera, dziś tekst z gatunku literatury grozy, ale w momencie jego publikacji, czytelnicy mogli zwracać uwagę na zupełnie inne elementy.

Rozumienie tego, co fantastyczne się zmienia. Na pewno ma to związek z ciągle postępującą nauką. Wystarczy spojrzeć na dyskusję wokół Interstellar. Pomijam jeden fakt – polscy internauci nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, stali się wybitnymi znawcami fizyki kwantowej i wszystkie błędy Christopherowi Nolanowi wytknęli. Znacznie ciekawsza jest książka Kipa Thorne’a Interstellar i nauka, która może posłuż za interesujące studium związków nauki ze sztuką. Autor tej pozycji świetnie odczarowuje niektóre elementy filmu, tłumaczy poszczególne elementy koncepcji. Po przeczytaniu tej książki warto ponownie obejrzeć dzieło Christophera Nolana.

To pozycja zmienia optykę odbioru – Interstellar staje się odrobinę bardziej naukowe, niż fantastyczne.

//Obrazek wyróżniający: Rooners Toy Photography / Evolution (CC BY-NC-ND 2.0)