Temat edukacji w polskich mediach ucichł. Dzieją się rzeczy ważniejsze niż likwidacja gimnazjów oraz – prawdopodobne – zmiany w programie. Podejrzewam, że główne dzienniki wrócą do tej kwestii w nowym roku, gdy usłyszymy o pierwszych, planowanych, reformach. Teraz będzie Mikołaj, Święta, Sylwester oraz nocne posiedzenia Sejmu. Wracając do edukacji, bo ten problem jest mi aktualnie najbliższy z racji wykonywanego zawodu, w odmętach Internetu trafiłem na specyficzny pomysł.

Podróżując po przestrzeniach Sieci, można trafić na różne dyskusje. Jedna z nich dotyczyła edukacji globalnej oraz tego, że właśnie na tym powinien skoncentrować się polski system. Jak by to miało wyglądać – nie mam pojęcia. W grę wchodzą takie elementy jak nauka języka, historii oraz kultury. Rozumiem, że językiem globalnym powinien być angielski, ale jaki? Bo na pewno nie ten, którym mówią Amerykanie, Brytyjczycy, Szkoci, Irlandczycy oraz Australijczycy i tutaj pojawiają się pewne lokalne naleciałości. W takim razie potrzebujemy globalnego angielskiego, czegoś sztucznego, czegoś, czym będą posługiwali się Globale (?), bo chyba tak trzeba nazwać obywateli poddanych edukacji globalnej. Być może ktoś bardziej przytomny zapyta, co zrobić z rodzimym językiem? Podejrzewam, że w takim układzie byłby on dodatkiem i niczym więcej. Podobnie z historią i kulturą. Tutaj należy złożyć hołd globalizacji i uczyć o Historii Świata i o Kulturze Świata. Im bardziej bawię się tym pomysłem, tym bardziej wydaje mi się on absurdalny. Nie wiem skąd pomysł o edukacji globalnej, uniwersalnej w swojej naturze, skoro wszyscy „skądś” pochodzimy, „gdzieś” mamy korzenie i wychowujemy się w takiej, a nie innej kulturze.

Mam nadzieję, że szalony pomysł dotyczący edukacji globalnej pozostanie w odmętach Internetu, bo tam jest jego miejsce. Ciekawe jest to, że studenci również mają dość tego postmodernistycznego rozpasania. Już w zeszłym roku miałem osoby, które posługiwały się bardzo trwałymi kategoriami i unikały rozmycia. Pisały o tożsamości, o kwestiach kultury Internetu, o nowoczesnym języku, a nawet przedstawiały animacje Disney’a w różnych kontekstach. Są to pojedyncze osoby, ale sam fakt, że już się pojawiają, świadczy o tym, że powinnyśmy skończyć z tym rozmyciem wszystkiego i spróbować zdefiniować świat. Jeden z moich studentów domagał się na poniedziałkowych zajęciach dokładnego określenia tego, czym jest piękno, a czym brzydota. Pytał o granice prawdy i nie interesowało go relatywizowanie wszystkiego. Co ciekawe, rozmawialiśmy o kiczu – jest to pojęcie, które coraz bardziej się zaciera. Nie ma grupy, która by nie wybrała tego tematu, ale konkluzja zazwyczaj jest ta sama: „pojęcie kiczu jest indywidualne i każdy sam określa, co jest dla niego kiczem”.

Dziwę się, że niektórzy godzą się na takie stanowiska. To zabija potrzebę dyskusji, skoro każdy może sam sobie odpowiedzieć na to pytanie, to po, co mamy rozmawiać? Obawiam się, że dla edukacji globalnej indywidualne wyrażenie siebie byłoby fundamentem. Całkowite rozmycie różnych pojęć jest bardzo niebezpieczne.