Wybrałem się na spotkanie autorskie. Po raz pierwszy od chwili ogłoszenia pandemii. Zaznaczam, że tego typu imprezy nie są dla mnie nowością. Zdarza mi się oglądać pisarzy, których czytam. W dużej mierze z ciekawości, bo czytanie i słuchanie człowieka, to dwa zupełnie różne doświadczenia. Tym razem postanowiłem sprawdzić, co ciekawego ma do powiedzenia Ziemowit Szczerzek. Z prozą tego autora jestem na bieżąco, więc uznałem, że chętnie poszerzę swoje doświadczenia o osobę, które składa akapity. Było warto.

Paradoksalnie nie będzie to tekst o spotkaniu autorskim. Udanym, ciekawym, pełnym pytań od publiczności, które dobrze rozwinęły poruszone w rozmowie tematy. Bardziej zainteresowała mnie cała otoczka. Reżim sanitarny związany ze spotkaniem autorskim. Maseczki, dezynfekcja rąk, wyznaczone miejsca, w których można siedzieć. Ludzie rozproszeni w przestrzeni, brak obaw, że nagle dosiądzie się ktoś, kto będzie się rozpychał. I jest jeszcze Miasto. Klasycznie, jeden z moich ulubionych tematów. Trochę spokojniejsze, niż przed pandemią. Bo ciągle mam w głowie pewien obrazek, pewne spostrzeżenie, które dopadło mnie jeszcze w poprzednim roku. Wybrałem się z Żoną do kina, na długi film (tak jakby teraz były jakieś krótkie…), wracaliśmy do domu w okoliczny 21:00.

Mijając przestrzenie zachęcające do spotkań, zauważyłem, że Miasto jest pełne podpitych chłopaków i dziewcząt. Po równo najwyraźniej wieczorna alkoholizacja skłania się ku równouprawnieniu. Czy teraz, jako człowiek z trójką z przodu będę krytykował młodzież wychylającą jedno (lub więcej) piwo w czwartek wieczorem? W wakacje? Nie. Z dwóch powodów. Po pierwsze nie widzę niczego złego w lekkim wstawieniu się w trakcie wolnego wieczoru. Po drugie, obawiam się, że mam na wyjebane. Jeśli nie robią sobie krzywdy, to mało mnie obchodzi ta sprawa. Obrońców moralności pragnę w tym miejscu powstrzymać! W dokumenty nikomu nie zaglądałem, bo – jak wspomniałem wcześniej – mam wyjebane i nie wiem, kto był pełnoletni, a kto nie. Niech to zostanie między Miastem a podpitymi.

Tym razem obrazek z powrotu był inny. Pewnie dlatego, że już wrzesień, rok szkolny się zacząłem. Ale i tak w Mieście unosi się specyficzna atmosfera izolacji. Mniej ludzi na zewnątrz, niby wieczory już chłodne, jednak kiedyś nie było to przeszkodą. Nawet na parkingach jest trochę więcej przestrzeni. Nie to, żeby powietrze było czystsze, zawsze mogłoby być trochę lżejsze. Trochę inne jest to postpandemiczne Miasto. Nawet wybierając się na hotdoga zauważyłem spokój przed i w restauracji. Czy to dobrze? Czy to źle? Nie mam pojęcia, nie oceniam, nie moralizuję, tylko konstatuję. Patrzę, widzę, że Miasto jest trochę inne. Mniej buczące, przetłoczone, trochę bardziej poukrywane po kątach.

Cieszę się, że zawsze wracam na Prowincję. Lata mijają, a moje relacje z Miastem dalej pozostają chłodne. Pewnie przez moją niechęć do przesyconej zabudowy i niedostatku zieleni.