Dzisiaj spędziłem w samochodzie 96 minut. Podróż do i z pracy zajmuje mi zazwyczaj 40 minut dziennie. A dzisiaj – nagle! – czas ten wzrósł o kolejne 56! Najgorsze jest to, że poranna podróż tego nie zapowiadała. Nawet się cieszyłem, że szybko udało mi się przejechać przez światła, nie stałe zbyt długo w centrum, a na drodze szybkiego ruchu nie było korka. Sytuacja zmieniła się diametralnie po godzinie 14:00.

Korki to pół biedy. Człowiek postoi, posłucha muzyki, trochę podenerwuje się na bezpowrotnie stracony czas. Najgorsze jest to, że przedświąteczny okres wyzwala w ludziach wszystko, co najgorsze. Wczoraj obserwowałem stłuczkę powstała w wyniku pośpiechu i bezmyślności. Rondo, brak uwagi, przekonanie, że na pewno się zdąży. Kraksa. Niewielka, lekko odrapany zderzak. Nawet laweta nie była potrzebna, kierowcy mogli się spokojnie dogadać. Jednak postanowili, że zrobią inaczej. Lepiej zatrzymać ruch na jednym pasie, drzeć na siebie mordy, urządzić spektakl dla postronnych. Zapewniam, że wszyscy kierowcy byli zachwyceni. Nic tak nie poprawia nastroju jak korek powstały w wyniku niewielkiej stłuczki.

Nie cierpię jeździć samochodem. Nigdy tego nie lubiłem. Gdy mogę, to wybieram komunikację miejską. Niestety, w przypadku dojazdu do mojej pracy, pojawia się problem: czas. Przystanek autobusowy mam blisko, zdarzało mi się korzystać z tej formy transportu, gdy zepsuł mi się samochód. Jeździłem przez kilka tygodni i nie przypominam sobie, żeby chociaż nie spędził w autobusie przynajmniej 40 minut. Wielu kierowców ignoruje pojazdy komunikacji miejskiej. Traktują je jako przeszkodę w dotarciu do celu. Wymuszają pierwszeństwo, przyspieszają, za wszelką cenę próbują wyprzedzić autobus. Tak jakby zapominali, że w środku też jeżdżą ludzie. Efekt każdy poznał na własnej skórze. Spóźnienia, długie stanie na przystankach, na rondzie, często zwykłe chamstwo innych uczestników ruchu.

Dlatego drogę do pracy przemierzam własnym autem. W ciągu tygodnia naoglądam się brawurowych popisów bezmyślności. Od ignorowania znaków, przez wyprzedzanie na ostrym zakręcie, po gwałtowne hamowanie przed przejściem dla pieszych. Tak jakby samochód odbierał umiejętność logicznego myślenie. Po zamknięciu drzwi, odpalenia silnika i włączeniu się do ruchu, zaczynam postępować w zgodzie z zasadą ograniczonego zaufania. Każdy kierowca stanowi dla mnie źródło potencjalnego niebezpieczeństwo i jestem cały czas czujny. Przed świętami szczególnie muszę uważać na innych, bo ludzi ogarnia gorączka zakupów. Dlatego tłoczą się na parkingach przed supermarketami, pędzą w terenie zabudowanym tak, jakby od ich przyjazdu zależało życie innego człowieka. A udali się wyłącznie na zakupy. Po rzeczy, po prezenty.

Na drogach widać, że za kierownice zaczyna siadać pokolenie wychowane w myśl zasady „kup więcej”. Kieruje nimi pragnienie konsumpcji, które odbiera zdrowy rozsądek.