Człowiek wraca z urlopu. Krótkiego, bo łażą za nim rzeczy, które koniecznie trzeba zrobić. Edytor tekstu tęskni, klawiatura leży i nie jest używana, książki zbierają kurz na półce, a zeszyt z notatkami został porzucony w kącie. To wszystko wyje i nie pozwala odpowiednio odpocząć. Dlatego najlepiej opuścić miejsce zamieszkania i udać się na wieś. Bo najlepiej odpoczywa się w ciszy, przy dobrej książce i przy zeszycie w kratkę, który niekoniecznie musi przyjąć kolejne akapity doktoratu.

Jak ma odpoczywać człowiek, który głównie pisze? Przyznam szczerze, że ten problem okazał się dla mnie poważnym wyzwaniem. Okazało się, że nie wystarczy odejść od klawiatury, bo samo tworzenie treści nie polega wyłącznie na klepaniu w klawisze. To także myślenie, łażenie za inspiracją, poszukiwanie kolejnych sensów – i od tego jest najtrudniej się uwolnić. Najpierw walczyłem, aby wpaść w rytm, aby pisać codziennie. Niczego nie zostawiałem na ostatnią chwilę, każdy tekst rozbijałem na mniejsze elementy i pracowałem. Każdego dnia, od rana do późnego popołudnia. Trudno było mi wpaść w tę rutynę, a gdy się już udało, to okazało się, że bardzo daje ona w kość. Nie to, że nuży, bo pisanie jest aktywnością, którą lubię, ale takie codzienne klepanie akapitów potrafi wymęczyć umysł. Co bardziej natchnieni powiedzą, że wypala duszą albo petryfikuje serce. Moje pisanie rzadko bywa powodowane gwałtownym napływem weny, stało się pracą. Dnia nie mam podzielonego na akapity, raczej na teksty, które muszę napisać przed końcem tygodnia. Dlatego siadam i bezlitośnie nawalam w klawisze.

Przez etap „wenowania” przeszedłem. Zauważyłem, że brak natchnienia służył mi za wymówkę. Nie chciało mi się, dostawałem lenia i tłumaczyłem to tym, że dzisiaj nie spłynęło na mnie światło weny. Wiem, że niektórzy tak pracują, zrywamy, ale ja potrzebuję ciągłości. Dlatego tak bardzo bałem się urlopu. Przerażało mnie wyjście poza utrwalony schemat dnia, to że potem ciężko będzie mi wrócić do rytmu pracy. Minął pierwszy dzień, napisałem sporo, czyli się pomyliłem. Mam wrażenie, że pisanie stało się dla mnie czymś ważnym, istotnym, ale nie w ten metafizyczny sposób. Staram się czerpać przyjemność z napisania absolutnie każdego tekstu, myślę o nich jak o wyzwaniach. Szczególnie w przypadku tematu narzuconego, do którego muszę się przygotować. Wychodzenie poza znane mi problemy wielokrotnie sprawiło, że udało mi się dostrzec kolejne odcienie mojego pisania. Inaczej tworzy się wpis na bloga, inaczej esej, a jeszcze inaczej należy podjeść do publikacji naukowej. Przy tej ostatniej należy pamiętać, że jest jak bumerang – lubi wracać z kolejnymi uwagami. Tak się rozpływam nad swoim rytmem pracy, ale w tym miodzie jest solidna łycha dziegciu. Tym problemem, z którego zdałem sobie sprawę na urlopie, jest kwestia przyjemności.

Najmocniej odczuwam to w przypadku czytania. Mam taką pracę, że muszę często sięgać po różne lektury. Czasem w celu napisania recenzji, innym razem do doktoratu, bywa tak, że czytam prace studentów, które mają im pozwolić zaliczyć przedmiot. Czytam, ale nie sprawia mi to takiej przyjemności jak kiedyś. Proces lektury szybko przechodzi w zastanawianie się nad strukturą książki, analizowaniem poszczególnych sensów i zastanawianie się, czy możliwe jest stworzenie jakiegoś małego artykuliku na podstawie danego dzieła. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłem tym czytelnikiem, który po prostu chłonie świat przedstawiony. Częściej wchodzę w rolę krytyka literackiego lub badacza literatury i od razu zaczynam spoglądać na tekst z określonej perspektywy. Pamiętam, że kiedyś, co dziś wydaje mi się bardzo naiwne, zarzekałem się, że nie stracę tej przyjemności, że zawsze lektura będzie dla mnie przede wszystkim źródłem wrażeń. Stało się inaczej. Czytanie jest dla mnie źródłem tematów, koncepcji i problemów, nad którymi warto się pochylić.

Z tego zdałem sobie sprawę w trakcie urlopu. Dotarło to do mnie w trakcie lektury Okularnika Katarzyny Bondy. Nie napisałem nic. Zmusiłem się do tego, aby odpocząć od autorskiego kreślenia sensów.

//Autorką wszystkich zdjęć jest moja Żona.