Krytyka literacka to temat niewdzięczny przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze została oficjalnie uznana za martwą przez Przemysława Czaplińskiego. A po drugie współcześnie nie potrzebujemy krytyków. W takim razie dlaczego podejmuję ten temat, dlaczego próbuję reanimować trupa? Bo uważam inaczej. Po prostu.

Inspiracją do napisania tekstu stał się wpis Tomasza Węckiego „Krytyka literacka jest martwa” opublikowany na blogu Spisek pisarzy. Uderzyły mnie przytoczone przez autora argumenty dotyczące wypowiedzi krytycznoliterackich. Sam wpis ma bardzo negatywny wydźwięk i trudno zgodzić mi się z wizją rzeczywistości pozbawionej krytyki literackiej. Ona jest, działa, tylko bardzo się zagubiła. Winni poplątania są pisarze, czytelnicy oraz wszelkiego rodzaju portale zajmujące się promocją literatury. Ale najpierw chciałbym wyjaśnić kilka rzeczy, które wprowadzają zbędny chaos definicyjny.

Krytyk i badacz w jednym stali domku?

Tomasz Węcki opisuje krytykę literacką w sposób następujący:

Mówiąc w najprostszych słowach, tradycyjnie krytyka literacka rozumiana jest jako analiza dzieła, zwykle na tle innych, podobnych pozycji. W bardziej popularnych wydaniach jak najbardziej może zawierać rekomendacje ze strony krytyków, ale powinny być to opinie wysnute z obiektywnych przesłanek. Na przykład – zarzut wtórności dzieła warto poprzeć listą wcześniej wydanych książek, które traktowały o tym samym.

Nie. To o czym pisze autor wpisu “Krytyka literacka jest martwa” nazywa się historyczna analiza dzieła literackiego. Zajmują się nią głównie badacze literatury, ale współcześnie ten aspekt literaturoznawstwa nie cieszy się duża popularnością. Wymaga bardzo dużo pracy, nie można zasłaniać się postmodernistycznym brakiem precyzji oraz trzeba mieć sporo cierpliwości, aby rozwiązać wszystkie napotkane problemy. Czasem trzeba przekopywać stosy czasopism, albo sięgać do dawno zapomnianych przez bibliotekarzy źródeł. Ale w żadnym wypadku nie jest to „tradycyjnie rozumiana krytyka literacka”.

Pen & book / Jain Basil Aliyas (CC BY 2.0)

Pen & book / Jain Basil Aliyas (CC BY 2.0)

Z dużą rezerwą podchodzę do zastosowanego przez Tomasza Węckiego przymiotnika tradycyjnie. Sposób uprawiania krytyki literackiej jest ściśle związany z określoną kulturą literacką konkretnego okresu historycznego. Inaczej krytykowało się w oświeceniu, a inaczej w międzywojniu. Jednak trzeba zaznaczyć, że istnieje zasadnicza różnica pomiędzy recenzentem oraz krytykiem. Opiera się ona na programie. Recenzja ma być wartościującą, a więc autor pisze dlaczego mu się ta książka podobała lub nie i to w zupełności wystarczy. Natomiast zadaniem krytyka jest odnoszenie dzieł literackich do własnego programu (czyli tego, czego oczekuje się od literatury) i na jego podstawie wartościowania tekstu. Sytuację tę można jeszcze bardziej uprościć: recenzent piszę, że mu się podoba bo fajne, a krytyk uznaje tekst za wartościowy, ponieważ wpisuje się w jego rozumienie literatury. Z jednej strony mamy wartościowanie, a z drugiej postulatywność – i w ten sposób można odróżnić recenzenta od krytyka.

Jednak w obu przypadkach trudno mówić o obiektywności. Jej znamiona powinna mieć praca badawcza, a nie krytyka literacka, która opiera się na indywidualnym programie krytyka, czyli jest jego subiektywnym – ale konsekwentnym! – sposobem postrzegania literatury. Dlatego tak trudno mi się zgodzić z następującymi spostrzeżeniami Tomasza Węckiego:

Tradycyjna krytyka polega w dużej mierze na wywodzie, na przytoczeniu faktów. Nie liczy się więc tam sama opinia, ale to, czy recenzent potrafi jej dowieść. Temu służą całe akapity tekstu, które trzeba naprodukować, żeby recenzja nie zamknęła się w jednym słowie: fajne/niefajne. Tylko w ten sposób, poprzez odwołania do kontekstu literackiego, można z jakąś dozą obiektywizmu mówić o książkach. Tylko dzięki temu nasze wypowiedzi zyskują ciężar.

Zastanawiają mnie fakty. Podstawowym faktem jest wzięcie do ręki (metaforycznie rzecz ujmując) napisanego tekstu, potem jest już różnie, ponieważ krytyk patrzy przez pryzmat własnego programu, a więc niektóre elementy dzieła mogą być negatywne. Świetnym przykładem może być niedocenienie twórczości Schulza przez Kazimierza Wykę, jednego z najbardziej uznanych polskich krytyków i badaczy literatury. Proza Schulza nie mieściła się w realistycznym programie Kazimierza Wyki. I gdzie to obiektywne fakty w działalności krytyka literackiego, których tak domaga się Tomasz Węcki? Nie ma ich, bo w dalszym ciągu poruszamy się wewnątrz subiektywnych spostrzeżeń jednostki. Z tą różnicą, że są one obudowane solidnym światopoglądem.

Jeszcze jedna interesująca rzecz z tekstu “Krytyka literacka jest martwa”:

O opinii recenzenta decydują jednostkowe doświadczenia, które dla niego mają znaczenie, ale nie ma powodów sądzić, że będą mieć podobne znaczenie dla innych. Dzielenie się tak wywiedzionymi racjami jest co najwyżej formą iskania.

Z przykrością stwierdzam, że dokładnie to samo można powiedzieć o wypowiedziach krytycznoliterackich, które nie są recenzjami. Wystarczy zamienić jednostkowe doświadczenia na program i znajdziemy się w punkcie wyjścia. Poza tym krótkie teksty opisujące wrażenia z lektury, które można spotkać na wielu blogach, również przekazują informacje na temat książki i można je traktować jako wypowiedzi krytycznoliterackie. Dokładnie tak samo postępowało się z fragmentami dzienników, które dotyczyły lektury. Badając literaturę trzeba zawsze myśleć o ciężarze wypowiedzi – do ilu odbiorców on trafił, czy autor w jakiś sposób odpowiedział na recenzję, a może były to tylko prywatne notatki. Współcześnie problem polega na tym, że zmieniło się pojęcie prywatności i blogi przypominające nieupublicznione dzienniki aspirują do miana opiniotwórczych.

Nie chcę mówić, że krytyka literacka jest martwa. Ona się pogubiła, ponieważ krytycy nie potrafią znaleźć sobie miejsca we współczesnym świecie. Dochodzi do tego – błędne! – przekonanie o tym, że pisać może każdy i zaczynamy pławić się w chaosie.

Całkowite pomieszanie

Swoją cegiełkę dokładają różnego rodzaju portale literackie. Problemem są recenzje określane jako „patronaty”. Powiedzmy sobie szczerze: w dużym stopniu są to teksty sponsorowane, całkowicie stronnicze. Daleki jestem od stwierdzenia, że kiedyś krytyka literacka była niezależną. Po prostu była bardziej związana z konkretnym środowiskiem literackim i często zdarzały się pozytywne recenzje „po znajomości”. Moim zdaniem było to mniej szkodliwe, niż współczesne teksty sponsorowane, ponieważ pozwalało na uzyskanie informacji na temat życia literackiego i różnych powiązań wewnątrz kultury literackiej. Tylko, że dzisiaj jest to praktycznie niemożliwe do opisania.

Books / Chris (CC BY 2.0)

Books / Chris (CC BY 2.0)

Krytycy – nie tylko, ci literaccy – zostali wyobcowani, wypchnięci na margines. Jeszcze nie tak dawno słuchali ich wszyscy, liczyli się z ich zdaniem oraz ich wielbili. Dzisiaj zastąpieni zostali przez armię płatnych recenzentów i działających „za książkę” blogerów. Oto najcudowniejsza iluzją, jaką powtarzają sobie wszyscy krytycy. Prawda jest taka, że krytyków zawsze czytało/słuchało/oglądało tylko określone grono odbiorców. Najczęściej byli to przedstawiciele elity intelektualne oraz osoby zainteresowane określoną dziedziną sztuki. Dzisiaj, w postmodernistycznych czasach, każdy dla siebie jest krytykiem i nie potrzebuje, żeby mu jacyś wstrętni inteligencji mówili, co ma robić i czytać. Na dodatek pewnie są jeszcze lewakami/kucami/narodowcami (niepotrzebne skreślić)! Takich to trzeba omijać szerokim łukiem! A gdy już taki stereotypowy czytelnik się wykrzyczy, to siada i pisze recenzję na swojego bloga.

Krytyka przeżywa bardzo trudny okres. W jej rozwoju nie pomaga edukacja, która tylko utwierdza w prawie do wypowiedzi, ale nie uczy odpowiedzialności za własne słowa. Polemika już całkowicie umarła, ponieważ zastąpił ją „ból dupy”. I jak tutaj tworzyć kulturę, skoro każda chęć dyskusji kwitowana jest tymi dwoma słowami? Myślę, że receptą są działania na poziomie lokalnym, we własnym środowisku, wśród znajomych, czytelników, studentów, uczniów, słuchaczy i tak dalej, i tak dalej. Nie pozostaje nic innego jak praca u podstaw i uczestnictwo w życiu literackim.

Wiem, że jestem idealistą, ale świat pozbawiony rzetelnych krytyków opierających swoje teksty na przemyślanym programach – nie jest dla mnie atrakcyjny. Dlatego ze wszystkich sił będę przypominał o tym, że krytyka nie umarła i dalej jest potrzebna. Po prostu się pogubiła i trzeba jej pomóc odnaleźć własną ścieżkę.