Żyjemy w radosnych czasach wszelakich kryzysów. Na pewno wszyscy kojarzymy ten finansowy, ponieważ nie schodzi on z telewizyjnej ramówki. Studentom humanistyki mówi się o kryzysie wielkich opowieści, o kryzysie autora, a nawet o kryzysie tożsamości. Wkrótce, bo zbliżają się wybory, na pewno usłyszymy o kryzysie polskości, tej jedynej i prawdziwej. Oczywiście każda ze strony będzie miała jej własny projekt i stanie się to, co widzieliśmy w Dniu świra. Obrazek wyrwania sobie polskiej flagi i krzyki o najmojszej racji, zawsze nachodzą mnie, gdy kampania się coraz bardziej rozkręca. W tym roku, obok racjowania, będzie sobie trwało kryzysowanie.

Co jest dość dziwne. Pamiętam, że na zajęciach z literatury, które w całości były poświęcone kryzysowi autora, sięgnęliśmy po definicję tego pojęcia. Oglądając mądre głowy w telewizji, postanowiłem, że odszukam te notatki i skonfrontuję to, czego mnie nauczano, z tym, co obserwuję. Wnioski są zastanawiające. Przede wszystkim na zajęciach wielokrotnie podkreślano, że kryzys to sytuacja przejściowa, moment przesilenia, chwila decyzji, czas na przemyślenie, a być może i zmianę kierunku rozwoju. Mówiliśmy o tym, że kryzys to sytuacja dynamiczna, wręcz potężne stracie jednostki ze zjawiskiem, ale najważniejsze było odnalezienie nowego rozwiązania dla sytuacji. Od tamtych zajęć minęło jakieś siedem lat, ale do dziś trwamy w kryzysie autora. Ta dynamiczna sytuacja, o której wtedy rozmawialiśmy, okazała się nad wyraz statyczna. Stała się niczym mur, zbudowany z ultranowoczesnego i bardzo trwałego materiału. Nie do przebicia. Dokładnie to samo stało się z innymi kryzysami. Jesteśmy w nich, okopujemy się, ale nic z nimi nie robimy. To bardzo niebezpieczne.

W trakcie robienia kwerendy (bardzo często o niej piszę, najwyraźniej ten trud boleśnie odbił się na mojej psychice) trafiłem na artykuł Kosmiczne zmartwienia Karola Irzykowskiego. Ten wybitny krytyk ciekawe sportretował problem z kryzysem:

„Kryzys stał się dziś taką samą kategorją myślenia jak czas i przestrzeń. Ale to jest instrument optyczny a nie trąba jerychońska” [K. Irzykowski, Kosmiczne zmartwienia, “Wiadomości Literackie” nr 45/1931]

Uwaga, jak na czasy dwudziestolecia międzywojennego, bardzo trafna i – co warto podkreślić – w dalszym ciągu aktualna. Całkowicie zapomnieliśmy o tym, że pojęcie kryzysu to tylko narzędzie, sposób opisu rzeczywistości, który powinien dokądś prowadzić. U nas dominuje traktowanie kryzysu jako najpoważniejszego wykładnika, to, że mamy kryzys wszystkiego stało się fundamentem wiary oświeconego postmodernisty. Zewsząd słyszymy trąby jerychońskie zwiastujące niechybną zagładę. Dlatego nic nie robimy, czujemy, że nie unikniemy swojego losu, poddajemy się i patrzymy, jak walą się mury świata. Nadużywamy pojęcia kryzysu, aby ukryć to, że wiele wartości oraz elementów rzeczywistości zostało zniszczonych. Na ich miejscu pozostała pustka, niczym nie zostało zapełnione. Struktury stały się niemodne, a może nawet niechciane. Znacznie łatwiejsze było postmodernistyczne rozmemłanie.

Chciałbym poczytać teksty ludzi, którzy oferują jakieś rozwiązania, poszukują wyjść z kryzysu i obcy jest im strach przed strukturami. Drażnią mnie te frazesy powtarzane w telewizji, o młodych ludziach jak nie z tych czasów, o przedsiębiorcach budujących swoje majątki z niczego. Z drugiej strony są historie, o biedzie, o trudnym losie, o wielkiej walce, która teraz już się skończyła! Bo zauważyły ją media i gotowe są pomóc uciśnionym, dać im te przysłowiowe pięć minut, a potem przemielić i wypluć. Tak właśnie wygląda ponowoczesna recepta na kryzys – dać się przetrawić. Tyle, to wszystko. Zabrakło nam umiejętności odpowiadania na bezsensowne propozycje naprawy. One nie budują trwałych struktur, to zwykłe, pośpieszne łatanie taśmą. W naszych polskich duszach pokutuje twierdzenie, że prowizorka trzyma najdłużej, ale mam wrażenie, że trudno stosować ten mechanizm do jakichkolwiek elementów związanych z kulturą i społeczeństwem.

Niby chcemy, aby każdy z obserwowanych przez nas kryzysów się skończył. W takim razie dlaczego z taką wielką przyjemnością się nimi otaczamy? Dopadła nas bezsilność? Wątpię. Raczej cierpimy na nieumiejętność podejmowania walki. Od najmłodszych lat wmawia się nam, że kryzys to rzecz normalna, a przecież nigdy nią nie był. Doszło do przewartościowania, którego nigdy nie zrozumiem.

János Pálinkás / merry crisis and a happy new fear (CC BY 2.0)

János Pálinkás / merry crisis and a happy new fear (CC BY 2.0)

// Obrazek wyróżniający: Luis Reina / CRISIS? (CC BY-NC-ND 2.0)