Obejrzałem Siedem dni w piekle. Komediowy paradokument o tenisistach. Zaczęło się ciekawie, w tak przyjemnie absurdalny sposób, a potem było już tylko gorzej. Zdziwiony jestem, że HBO ufundowało program reprezentujący humor najniższych lotów, okraszony fallusami. Żart bez prącia to żaden dowcip. Nie ma przecież nic śmieszniejszego, wymięka przy tym nawet klasyk, czyli chłop przebrany za babę. Jednak nie czuję, aby ten czas był zmarnowany. Siedem dni w piekle zainspirowało mnie do zastanowienia się nad tym, co mnie śmieszy, a co nie.

Nie oglądam polskich kabaretów. Kiedyś, przez jakiś czas, śledziłem Kabaret Moralnego Niepokoju, Limo oraz Neonówkę. W piątki razem z Żoną oglądaliśmy Kabaretowy Klub Dwójki, ale potem przestaliśmy. Najnormalniej w świecie, proponowane tam skecze, nie śmieszyły nas. Oboje dysponujemy specyficznym poczuciem humoru, nie to, że jakoś specjalnie wyszukanym, ale lubimy pośmiać się z różnych absurdalnych konfiguracji. Dlatego tak bardzo lubiliśmy improwizacje kabaretu Limo. To było coś, prawdziwe salwy śmiechu, a nie uśmieszek wywołany politowaniem – w ten sposób reaguje na twórczość współczesnych kabareciarzy, którzy pojawili się na różnych festiwalach. Jak ma śmieszyć, skoro nie śmieszy?

Dlaczego skecze muszą być, aż tak prostackie? Odbiorca nie jest w stanie pomyśleć? Rozwiązania trzeba dawać mu na tacy, a nawet walić nimi w twarz? Odczuwam znudzenie współczesnym polskim humorem prezentowanym w telewizji. Ileż można się śmiać z naszej klasy politycznej? Oni sami robią i mówią takie rzeczy, że aż strach ich naśladować. Przestali być śmieszni, są po prostu żałośni. Polski kabaret polityczny umarł i trudno się temu dziwić. Skoro nawet Aszdziennik wysiada przy reakcjach litościwie nam rządzących. Co nam pozostaje? Naruszanie poprawności politycznej? W czasach Internetu jest to bardzo trudno. Nagle okazuje się, że nikt nie ma do siebie dystansu, każdego można łatwo urazić. Granie stereotypami, które uwielbia kultura popularna, przestało być śmieszne. Teraz jest niebezpiecznie! Nie wiadomo, kogo się dotknie, jak bardzo ten ktoś poczuje się skrzywdzony i na którym forum postanowi obsmarować twórcę.

Poczucie humoru i dystans do siebie, w szczególności własnych poglądów, to podstawa w dobrym kabarecie. Trzeba jeszcze dodać umiejętne rozmontowywanie stereotypów. Coś takiego robi Billy Crystal w stand-upie 700 niedziel. Program ten jest dowodem na to, że wciąż są ludzie, którzy potrafią umiejętnie budować napięcie i rozśmieszać ludzi za pomocą odpowiednio dobranych anegdot. Obejrzyjcie, gorąco polecam. Jest to znacznie lepsze od niejednego polskiego kabaretu, który w prostacki sposób próbuje opisywać otaczającą nas rzeczywistości. Najbardziej drażni mnie to, że tego typu skecze pojawiają się, ponieważ jest na nie popyt. Źle to świadczy o nas, o odbiorcach popkultury.

Czy to oznacza, że absurdalny humor rodem z filmów Monty Pythona zginie? Mam nadzieję, że nie i następnym razem trafię na coś, co faktycznie mnie rozbawi i będzie pozbawione fallicznych wypełniaczy.

Obrazek wyróżniający: Akira Hsu / Simply and funny (CC BY-NC-ND 2.0)