Mam wrażenie, że to dobry moment, aby przypomnieć o pewnej rzeczy. O przerwie od mediów społecznościowych. Jesteśmy wszyscy w trudnym momencie historycznym, który budzi wiele politycznych i społecznych dyskusji. Faktycznie, trzeba zająć się wszystkim. Od ochrony zdrowia, po nadchodzący kryzys gospodarczy, a tym samym społeczny. Problemów jest mnóstwo i coraz częściej widzę, że Twitterowe oraz Facebookowe dyskusje donikąd nie prowadzą.

Każde ogłoszenie Rządu Rzeczypospolitej kończy się przepychanką w komentarzach. Podejrzewam, że wiele spostrzeżeń jest słusznych, ale obawiam się, że wiele z napisanych zdań wynika z potrzeby spuszczenia pary. Jest jeszcze część powtarzająca te same argumenty, ciągle i ciągle, z delikatnymi zmianami. Wiecie, tym ufam najmniej. Przypominają nie tyle zatrudnione w przestronnych open space’ach trolle, ile niespecjalnie dobrze uczące się boty. Z przykrością muszę stwierdzić, że z tych moim komentarzowych wojaży wyłania się smutny obraz. Jakbyśmy wszyscy zapomnieli o jednej podstawowej rzeczy. Siedzimy w tym wszystkim razem. Czy nam się to podoba, czy nie.

Zdaję sobie sprawę, z tego, że jest też ta druga, często cicha, strona medalu. Ludzie organizujący niewielkie grupy wsparcia, pomagający sobie nawzajem. Uważam, że są po prostu przyzwoici. Nie bagatelizują sprawy, rozumieją, że jesteśmy na etapie ogólnoświatowego kryzysu i nie mam rezerwowej planety lub cywilizacji. Pomoc nie przyleci, nie pojawi się wraz z wiszącym nad Warszawą statkiem-matką. Nic z tych rzeczy. Pandemia przypomniała nam o tym, że porządek, który uznaliśmy za nienaruszalny, da się łatwo zburzyć. Myślę, że oszukiwanie się, że po zakończeniu epidemii wszystko wróci na stare tory trudno uznać za warte energii. Świat się zmieni. Dlaczego? Z powodu strachu. To jeden z niezwykle silnych motywatorów, często wręcz definiuje nasze dalsze działania i jest na tyle pierwotny, że z łatwością jest w stanie zawładnąć naszą, stosunkowo młodą, racjonalnością.

Ze zmian w motywacjach nawet nie będziemy zdawali sobie sprawy. Inaczej będziemy robili zakupy, podróże, poza kolorowymi zdjęciami na Instagramie, mogą się także wiązać z poczuciem zagrożenia. Uważam, że wiele osób zainteresuje się robieniem zapasów. Na wszelki wypadek, na kolejne zagrożenie. To będzie słowo 2020 roku. Zagrożenie. Skojarzone z różnymi rzeczami. Koronawirusem. Kryzysem. Niepokojem o przyszłość. Dlatego zachęcam do tworzenia niewielkich grup lokalnego wsparcia. Wśród znajomych z okolicy. Po co?

Żeby dodać sobie otuchy. Może nawet powspominać czasy sprzed koronawirusa. Zagrać w coś. Posiedzieć na wideokonferencji. Jesteśmy zwierzętami stadnymi, zawsze żyliśmy w plemionach. Tylko że zapomnieliśmy o tym, aby chronić naszą globalną wioskę. A możemy to zrobić tylko poprzez dbanie o siebie, o otoczenie, o innych. Tak po ludzku.

A co będzie po pandemii? Nie mam pojęcia. Obawiam się, że pozostaje mi tylko baczne obserwowanie tego, co aktualnie się dzieje. Nic więcej. Przynajmniej do czasu zakończenia tego trudnego momentu historycznego.