Unikam polskiego kina. Drażnią mnieNa granicy / Plakat pseudoartystyczne fabuły, zawsze czuję się wytrącony z równowagi, gdy oglądamy aktorskie popisy składające się z wyuczonych ruchów i trudnych do zniesienia manier. Gwoździem do trumny jest dźwięk – w polskim kinie znacznie łatwiej usłyszeć wysypujący się z torebki cukier niż dialogi postaci. Ale na Na granicy poszedłem. Skusił mnie całkiem przyzwoity trailer, w którym czuć było zagrożenie.

Trudno powiedzieć, że się rozczarowałem. Do Na granicy mam stosunek ambiwalentny. Było kilka rzeczy, które bardzo przypadły mi do gustu, ale zdarzyły się elementy miałkie i nużące. Na pewno film jest dla mnie dowodem na to, że pojawiają się osoby kręcące obrazy wyraźnie rzemieślnicze. Seriale, takie jest Wataha oraz Pakt, nie epatowały nadmierną artystycznością, ale w zamian za to były całkiem nieźle zrealizowanymi produkcjami. Z Na granicy jest podobnie, efekt jest interesujący i nawet – co jest dość dziwne! – bez problemu można było usłyszeć dialogi. Wyszedłem zadowolony i zamiast mścić się na polskiej kinematografii za lata złego nagłośnienia, wyjątkowo skoncentruję się na tych elementach, które mnie urzekły.

Na pierwszym miejscu będą zdjęcia. Akcja Na granicy osadzona została w Bieszczadach zimą, przez co widz zostaje zaatakowany rozlewającą się po ekranie bielą. W kinie robi to potężne wrażenie, które jest podkreślone przez surowość przestrzeni. Wszędzie śnieg, drzewa, chata i brak ludzi. W Na granicy ciszę dosłownie czuć, bohaterowie poruszają się w niej, drążą tunele jak w śniegu. Kadry mnie po prostu zachwyciły, ponieważ były idealnie dobrane do scenariusza filmu, wpasowały się w fabułę i podkreśliły napięcie. W Na granicy istotne jest przechodzenie ze stanu spokoju, do momentu wzburzenia i właśnie te momenty przejścia udawały się średnio. W tym przypadku godna odnotowania jest rola Marcina Dorocińskiego, który najzwyczajniej w świecie kradnie film Andrzejowi Grabowskiego lub Andrzejowi Chyrze.

Konrad – tę postać gra Marcin Dorociński – to człowiek niespodzianka. Zjawia się w domu, w którym planują wypocząć ojciec i dwóch synów. Przychodzi znikąd, ale dokładnie wie gdzie zmierza. Od momentu pojawienia się Konrada na horyzoncie napięcie w filmie się zagęszcza, aż w końcu prowadzi do wybuchu. Chwila eksplozji, w której ze spokojnego dotąd Konrada wychodzi psychopatyczny manipulator, pokazuje, jakimi umiejętnościami dysponuje Marcin Dorociński. W tej roli jest świetny i dla tego zmieniającego dynamikę całego filmu przeobrażenia warto wybrać się na Na granicy. Postać Konrada jest wielowymiarowa i cudownie widać, jak aktora wydobywa z niej poszczególne płaszczyzny i prezentuje je widzom. Czułem, że w końcu dojdzie do rozwiązania, w którym spokojny, ale w dziwny sposób czujny, Konrad zaatakuje, ale nie spodziewałem się, że będzie to prawdziwa psychologiczna szarża.

Myślę, że warto Na granicy odczytać jako interesujący film o manipulowaniu ludźmi, o ukrywaniu swojej prawdziwej twarzy. Na pewno jest to polską produkcją, którą warto wyróżnić za warsztatowe przygotowanie twórców oraz aktorów, a to już bardzo, bardzo dużo.