Nic Pizzolatto / Galveston / Wydawnictwo Marginesy

Nic Pizzolatto / Galveston / Wydawnictwo Marginesy

Ile radości sprawiło mi zdobycie Galveston. Tyle się naczytałem na temat tej książki! Recenzenci się rozpływali – mroczne, mocne, dla fanów Detektywa pozycja obowiązkowa! Nic tylko brać i czytać, czytać, czytać! Nic Pizzolatto miał wykonać świetną książkową robotę. Poczekałem na właściwą promocję i zdobyłem tekst w wersji cyfrowej. Zacząłem lekturę i…

Na tym zawieszeniu chętnie bym poprzestał, bo nie lubię pisać o rzeczach, które mi się nie podobały. Przeczytałem od wersu pierwszego, do wersu ostatniego i nigdzie, ale to NIGDZIE, nie znalazłem nawet delikatnego fragmentu atmosfery, która panowała w Detektywie. Być może przeszkodziła w tym konstrukcja postaci? Albo brak genialnego wypełnienia, o które zadbali Matthew McConaughey i Woody Harrelson? Moim zdaniem Nic Pizzolatto jest lepszym scenarzystą, niż pisarzem.

Fani Detektywa powinni omijać Galveston szerokim łukiem lub zmienić nastawienie. Zamiast oczekiwać trzymającej w napięciu historii, należy nastawić się na taką nadmuchiwaną historyjkę. Niby fajnie się telepie na wietrze akcji, ale nigdzie nie prowadzi. Autor nieudolnie próbuje szokować czytelników opisami brutalnych morderstw oraz innych ekstremalnych zachowań. Niestety wszystko to się rozmywa, traci mroczny charakter i lektura przypomina brodzenie w głębokim bagnie. Każde zdanie trąci naiwnością, postępowanie bohaterów staje się coraz bardziej przewidywalne i sama historia staje się nieciekawa. Liczyłem na coś przynajmniej w połowie tak dobrego jak Detektyw. Przeliczyłem się i uznaję czas lektury Galvestone za bezpowrotnie stracony. Mogłem się poświęcić czemukolwiek innemu. Nawet spacer z psem przynosi więcej wrażeń, niż czytanie książki Nica Pizzolatto.

Wszystko niszczą bohaterowie. Roy Cady to rzezimieszek od lat zajmujący się załatwianiem różnych brudnych interesów. Jedna z takich akcji okazuje się być ostatnią, ale udaje mu się uratować kobietę, do której zaczyna czuć coś więcej, niż tylko sympatię. Rocky to taka kiepsko napisana femme fatale. Jej fatalność wynika z głupoty, a nie z uroku, którym potrafi opętać niejednego mężczyznę. I jak tutaj poczuć cokolwiek? Roy Cady, w założeniu, miał być silnym mężczyzną z domieszką wrażliwości odkrytą po poznaniu Rocky, a stał się postacią ulepioną z przypadkowych dialogów. Nie jest wyrazisty – jest nijaki. Gdzie się podziały te wstrząsające wrażenia, o których pisali recenzenci? Gdzie te prawdy o życiu? Niczego takiego nie znalazłem w Galveston. Odkryłem za to całkiem pokaźne pokłady nudy.

Obojętność – to uczucie, które towarzyszyło mi w trakcie lektury Galveston. Potem przyszła wściekłość za ten zmarnowany czas. Tam nie ma nic ciekawego i sądzę, że popularność tej pozycji wynikała z fascynacji Detektywem. Lepiej po raz kolejny obejrzeć serial, niż czytać książkę Nica Pizzolatto. Nie ma w niej absolutnie nic interesującego.