Zaczęło się. Za tydzień Wigilia, a w sercach rodaków pojawia się niepokojące drżenie. Z każdym upływającym dniem, będzie przeradzało się w psychiczny dyskomfort. A później, pewnie w piątek, w ostatni nieświąteczny weekend, stanie się krzykiem pełnym rozpaczy. Rodacy będą wrzeszczeć na kurierów! Pisać groźne komentarze pod postami wielkich marek! Kląć na czym świat stoi, bo oni zamówili prezent w środę, a jest już piątek i jak to nie będzie go pod choinką?!

Już w ten weekend sklepy przeżyły niezłe oblężenie. W sobotę, z rosnącym zdumieniem, obserwowaliśmy, jak na światłach tworzy się korek. Pora obiadowa, nie spodziewaliśmy się takiego ruchu. Wszystkie samochody kierowały się w stronę najbliższego supermarketu. Na pizzę, na hamburgera, obejrzeć prezenty, sprawdzić ceny, a potem narzekać, że jest drożej, niż było. Jest, to prawda, ale taka sytuacja ma miejsce co roku. Wystarczy zamówić rzeczy odpowiednio wcześniej, schować i niech czekają na swój czas. Tylko że to nie byłoby nowoczesne. Współczesność się przeżywa, w złości, w braku cierpliwości, we wzajemnym obrzucaniu się błotem. Zero zrozumienia. Wcześniejszy zakup prezentów? Po co? W jakim celu? Sklepy i tak będą otwarte. A potem to dziwne zaskoczenie, że więcej osób pomyślało podobnie, w markecie nieludzki tłok. Szaleństwo!

Rozumiem, że wciąż są na świecie ludzie, dla których Święta Bożego Narodzenia, to moment spotkania. Pojednania. Wspólnej wódki i kłótni przy stole oraz sałatce warzywnej. Jak komuś z tym wygodnie, jak ktoś potrzebuje takiego rytmu, to niech ma. Nie ma co się czepiać i krytykować, dopóki nie krzywdzimy siebie, zwierząt lub planety, nie ma o co się rzucać. Tylko że nasz postnowoczesny świat oparty o drapieżny kapitalizm, z trudem znosi takie podejście. Przy stole będziesz siedzieć? Człowieku! Kup sobie nowy telefon! NIE! Bierz telewizor! Idealny moment, koniec roku, tańsze nie będzie. Tak wrzeszczą do nas reklamy, wdzierają się do głów kilka dni po Wszystkich Świętych. Jeszcze dobrze nie zgasły znicze na grobach najbliższych, a już trzeba wziąć udział w festiwalu konsumpcji.

Czymś się trzeba pochwalić w mediach społecznościowych! Niech widzą, że się powodzi, a nie takie klepanie biedy, jak u nich! Szlachta się bawi, a plebs wali najtańszą wódę i zagryza ją sernikiem z rodzynkami. W mediach społecznościowych tylko puszyste serniczki, wino z najwyższej półki z winnicy Lidla, a pod choinką zestaw nowoczesnych gadżetów, tak niezbędnych w postmodernistycznym świecie. Grudzień to szalony czas. Najpierw ludzie oznajmiają, że spadł śnieg. W sumie, w epoce globalnego ocieplenia i rychłej zagłady, jest to jakiś powrót do normalności. Zimą jest zimno i biało, co wcale nie jest takie oczywiste, bo ten opis jest mocno związany z klimatem. Może kiedyś, jeżeli jakiś cudem nie wyginiemy, te zdjęcia będą dowodem na to, że w Polsce padał śnieg? Kto wie…

Jak już nawali na chodniki, a na ulicach pojawi się cudowna breja składająca się z wody, soli oraz piasku, to na Instagrama wjeżdżają choinki. Lampki. Bombki. Cicha licytacja na najpiękniejsze drzewko i najdłuższy łańcuch. Wszystko musi być firmowe, markowe, po oczach mają walić rozpoznawalne logotypy. Gdzieś te wspaniałe prezenty muszą leżeć, tak?! Pod jakimś wypłoszem z lasu? Nigdy! Honor tego wymaga! Mają ludzie widzieć, że pudła nie walają się jak na jakimś dworcu. Ułożone są. Posortowane. Od największego do najmniejszego prezentu lub do najdroższego do najtańszego. Co dom, to obyczaj.

Zanim mnie oplujecie, stwierdzicie, że jestem cynicznym, aroganckim bucem (bo jestem, a to ci niespodzianka!) zastanówcie się, po co w ogóle obchodzicie te święta? Dla rodziny? Dla najbliższych? A może po to, żeby napstrykać zdjęć i wpaść w szał zakupów? Warto poszukać odpowiedzi w swoim własnym serduszku.