Ostatnie przeczytałem ciekawy artykuł na temat Internetu Rzeczy. Aleksandra Sowa prezentuje na łamach „Wszystko, co najważniejsze” prezentuje, odmienne od dominującego, spojrzenie na kwestię podłączania wszystkiego do Sieci. Przyjemnie przeczytać tekst traktujący ten temat mniej optymistycznie. Dla mnie lektura „Ludzkości 3.0…” była inspirująca.

Zacząłem sobie wyobrażać ten świat bez ludzi. Czym wtedy będziemy? Jeżeli maszyny same będą potrafiły się naprawiać, budować oraz konfigurować to, czy człowiek w ogóle będzie potrzebny? Do czego właściwie? Nie jestem jedną z osób, która twierdzi, że dopiero wtedy odczujemy prawdziwy dobrobyt. Mam co do tego prawdziwe wątpliwości, które – prawdopodobnie – wynikają z lektur powieści science fiction. Obawiam się, że moje sceptyczne nastawanie związane jest z byciem fanem twórczości Stanisława Lema oraz Janusza A. Zajdla. Obaj autorzy pokazywali świata niekonieczne usprawnione przez różne formy zaawansowanej technologii. Dlatego zacząłem się zastanawiać nad tym, jak wyglądałby mój dzień w świecie Ludzkości 3.0.

Budzenie? Za sprawą noszonej opaski, która służyłaby za dowód osobisty, kartę płatniczą, zegarek oraz narzędzie komunikacji. Coś w rodzaju Klucza, o którym pisze Janusz A. Zajdel w Limes inferior. Przebudzenie poprzedzałoby delikatne mrowienie nadgarstka, narastające, jeżeli uporczywie wybierałbym tryb drzemki. Potem śniadanie. Nie sądzę, abym w świecie Ludzkości 3.0 miał duży wybór. Raczej maszyna zadecydowałaby co mogę zjeść, a czego nie mogę. Wszystko za sprawą aplikacji ciągle sprawdzających mój stan zdrowia. Lodówka sama sprawdziłaby jakie produkty będą potrzebne, abym jadł zdrowo, a następnie by je zamówiła. Realizacja płatności – za sprawą bezprzewodowej synchronizacji z opaską. Gotowe. Szybki przelew, dostawa zamówiona, ale ja przecież jeszcze nie zjadłem śniadania!

Nie sądzę, abym miał wpływ na jego przygotowanie. Zautomatyzowane kuchnie? Albo roboty dostarczające jedzenie? Obie perspektywy wydają mi się nieciekawe. W pierwszym przypadku sztuka gotowania zostałaby sprowadzona do teatralnych sztuczek. Być może praktykowana byłaby w specjalnych miejscach, powiedzmy w „Niemechanicznych restauracjach” i kosztowałaby krocie. I tutaj pojawia się kolejny poważny problem – skąd zdobywalibyśmy środki na życie? Sytuacja idealna mówi o ich zbędności – skoro wszystkim zajmują się maszyny, to człowiek teraz może leżeć i cieszyć się życiem. Strasznie nudny los! Na czym myśleć, skoro wszystko dzieje się samo? Jaki jest sens egzystencji, jak w ogóle zdefiniować człowieczeństwo? Kiedyś na pewno staniemy przed tym problemem, ale – z uwagi na radykalne rugowanie edukacji humanistycznej ze społeczeństwa – nie będziemy przygotowani na to, aby się z nim zmierzyć.

Zaczęło się...

Zaczęło się…

W świecie Ludzkości 3.0 być człowiek to znaczy…? Po zjedzeniu śniadania siadam do pracy, wyprowadzam psa, piszę. W negatywnej wizji świata zostaję pozbawiony tych czynności. Wszystko robi za mnie maszyna – wyprowadza mi psa, przygotowuje jedzenie. Dalej jestem człowiekiem, ale całkowicie sprowadzonym do roli przedmiotu. Moje człowieczeństwo opierałoby się na braku zajęcia. Nie robię nic, żyję. Być może moja egzystencja trwałaby w specjalnym rezerwacie? Maszyny wolały zostawić małą liczbę swoich konstruktorów. Z szacunku? Z przyzwyczajenia? Nie wiem. Może bo tak byśmy je zaprogramowali, a one nie potrafiłyby (nie chciałyby?) tego usunąć.

Artykuły takie jak „Ludzkość 3.0…” Aleksandry Sowy pobudzają do myślenia. Mam problem z ustawieniem sobie takich pojęć jak człowieczeństwo i maszyństwo. Kiedyś, zanim zacząłem studia, byłem radykalnym zwolennikiem rozwoju technologiczne. Nowinki mnie fascynowały i widziałem tylko pozytywny scenariusz. Im jestem starszy, tym mam więcej wątpliwości.