Strona 2 z 143

Mocne słowa

Od ponad tygodnia Polska krzyczy. Wrzeszczy. Ma dość. Nie dziwię się. Ludzie czują się wściekli, po prostu. Obrady Trybunału Konstytucyjnego oraz wyrok wydany przez tę instytucję warto potraktować jako swoisty wyzwalacz. Przecież ta wściekłość nie pojawiła się znikąd. Ona siedzi w ludziach od lat, z różnych powodów. Rozczarowanie obecnym stanem państwa pojawia się nadwyraz często w różnym moich prywatnych rozmowach. Podobnie jak kwestie związane z Kościołem. To doskonały przykład instytucji, która nie zauważyła, że w ostatnich latach coś się zmieniło.

Dziwię się, że wciąż znajdują się komentatorzy, publicyści, których ta sytuacja dziwi. Kobiety wyszły walczyć o prawo do własnego ciała. Tyle. Nie chcą być sprowadzane do bezwolnych inkubatorów, których jednym zadaniem jest rodzenie, a później wychowywanie dzieci. Nigdy nie pojmę tej chęci kontroli, ciągłych, często marnych, prób umotywowania pragnienia władzy takimi pojęciami jak tradycja lub rola społeczna. W pierwszym przypadku chciałem przypomnieć, że społeczeństwa się zmieniają.

A osobom wieszczącym rychłą apokalipsę, jeśli kobiety będą miały kontrolę nad swoim ciałem, chciałem tylko wskazać na inne państwa. Ten Zachód, którym tak często się brandzlujecie, o którym często wspominacie, że musimy go dogonić. Myślę, że właśnie to robimy.

Rozumienie ról społecznych również uważam za wątpliwe. Dlaczego? Bo komentatorzy, publicyści wyrażają w nich tęsknotę za światem rodem z XIX wieku. Pełnego nakazów, zakazów, konwenansów, podziału na to, co wolno, a czego nie wolno człowiekowi. Przy czym, co bawi mnie najbardziej, komentatorzy, publicyści, w wybiórczy sposób opowiadają o rolach społecznych. Widzą tylko te związane z płcią, a może by tak kiedyś opowiedzieli o tych dotyczących pochodzenia? Przynależności do określonej klasy społecznej? No, chyba że spotykam się z samymi arystokratami! Ze śmietanką kultury, której ja, chłopak z rodziny robotniczo-chłopskiej, za diabła nie zrozumie? Nawet to mityczne Międzywojnie, tak pięknie gloryfikowane przez komentatorów, publicystów, nie było takie czyste i doskonałe.

Poczytajcie książki, reportaże i felietony Ziemowita Szczerka, który ma wyjątkową intuicję do wyłapywania brudów oraz rozbrajania mitologizacji. Posłuchajcie Hańby. A nie… Nie dacie rady. Bo tam są przekleństwa! Bo padają kurwy, chuje i czasem ktoś krzyknie wypierdalać.

Na każdym kroku spotykam się ze stwierdzeniem, że jest za ostro, że można by inaczej, że trzeba rozmawiać, że można grzeczniej. Serio? Poważnie? Grzeczniej już było, współczesna władza najwyraźniej rozumie tylko taki język. Gdy posłanka Lichocka przecierała oko, gdzie byliście wy odziani w lśniące zbroje obrońcy moralności? Gdy politycy włazili do kościołów i agitowali, gdzie byliście rycerzy skupieni pod sztandarem “Można grzeczniej!”? Sacrum nie zostało złamane w ostatnich dniach. Ono zostało rozbite w momencie, w którym polski Kościół uznał, że warto flirtować z władzą, że mogą wpuszczać do świątyń polityków, który, niczym kapłani, głosić kazania o nowym idealnym porządku. Rozumiem, że to nie była dla nikogo profanacja mszy?

Zresztą ten problem to wierzchołek góry lodowej, znacznie poważniejsza jest pedofilia i zmowa milczenia. Na różnych szczeblach.

Dlatego nie dziwię się nikomu, który ze wkurwieniem w oczach idzie w marszach. Mam nadzieję, że ten zryw stanie się początkiem systemowej i mentalnej zmiany. Zresztą widzę ją w słowach i czynach posłanek oraz posłów Lewicy i Wam również ich polecam.

Precyzja opowieści

Ostatnio narzekałem na literaturę, a konkretnie na rozmemłanie niektórych tekstów. To dzisiaj będzie tekst pochwalny! Bo nie wszystkie ostatnio przeczytane książki były rozczarowaniem. Na szczęście, szczególnie w tych trudnych do zniesienia czasach. O twórczości Artura Urbanowicza już raz pisałem, ostatni tekst dotyczył Inkuba. To był kawał porządnej powieści i warto podkreślić, że najnowszy tytuł tego autora w niczym jej nie ustępuje. Paradoks oczarowuje solidnie napisaną narracją, a także porządnie utkaną fabułą. Sądzę, że jedyną kwestią sporną może być zakończenie.

Rozumiem, czym było to podyktowanie. Uważam, że jest świetnie związane z linią narracyjną poprowadzoną w powieści. Nie będę nic zdradzał, spokojnie, swoją uwagę skoncentruję na innych elementach. Przede wszystkim interesuję mnie sposób tworzenia świata przedstawionego oraz interesujące podejście autora do rozbudowywania doświadczeń postaci. Ta dwa aspekty są ze sobą silnie związane, z tego, co pamiętam. to w Inkubie również były kluczowe. Paradoks mocniej koncentruje się na postaci głównego bohatera. Matematyka opętanego nie tylko przez perfekcjonizm, ale także przez poczucie winy. Na dodatek jest prześladowany przez swojego sobowtóra! Gdy dotarłem do momentu prezentacji podstawowych elementów powieści, to nastawiałem się na popkulturowe opowiadanie o Doppelgängerze.

Nie miałem nic przeciwko wykorzystaniu tego motywu, ponieważ w tym roku się już z nim zderzyłem. W serialu Curon. Przyznaję, że Artur Urbanowicz bardzo mnie zaskoczył.

Głównie za sprawą konstrukcji świata przedstawionego. Autor sprytnie rozrzuca różne wskazówki, doskonale operuje uwagą odbiorcy. Zostawia drobiazgi, które pozornie są nieistotne, a wraz z rozwojem fabuły zaczynają stawać się coraz ważniejsze. Rewelacyjne jest to, że narracja w Pradoksie nie jest ani przypadkowa, ani marnie napisania, ani przesadnie rozwodniona. Zawsze, gdy trzymam w rękach tom mający więcej, niż 200 stron, to obawiam się, że twórca będzie próbował mnie zaczarować przydługimi opisany przyrody. Artur Urbanowicz stawia na konkret. Na solidne prowadzenia narracji. Dba o związki przyczynowo-sktutkowe i starannie unika korzystania z rozwiązania znanego jako Deus ex machina.

W Paradoksie na próżno szukać gwałtownych zwrotów akcji spowodowanych nadprzyrodzonymi siłami. To jest cudownie precyzyjna powieść, od pierwszego do ostatniego słowa oparta na pozbawionej niestarannych przypadków narracji.

Może się wydawać, że w takiej strukturze nie ma miejsca na porządne, wielowymiarowe postacie. Błąd. Artur Urbanowicz w Paradoksie wprowadza interesujące charaktery. Z odrębnymi motywacjami, często pochodzące z różnych warstw społecznych. Odważnie gra stereotypami, prezentując zarówno studentów matematyki jak i medycyny. Autor świetnie rozumie, jak powstają takie uproszczenia, po co istnieją i jak można je ładnie zdemontować. Co przekłada się zmiany w postrzeganiu wielu postaci.

Jako odbiorca zaczynałem od zaprezentowanego uproszczenia, skrzętnie opakowanego stereotypu, a potem, wraz z rozwojem fabuły, ta forma zaczynała się zmieniać. Postać stopniowo nabierała głębi.

Gorąco polecam. Nie tylko miłośnikom powieści grozy.

Marne wykończenia

W literaturze drażni mnie rozbełtanie. Często objawiające się przez próby opowiedzenia wielowątkowej i wieloaspektowej historii. Oczywiście, że ten rodzaj narracji ma swoich fanów. Takie kluczenie, pozorne balansowanie fabuły bywa określane jako efemeryczne. Wtedy wskazuje się na wyjątkowy artyzm, interesujące zestawienia sensów oraz rozbudowane metafory dające wielość odczytań. Rozumiem, że można tak patrzeć na literaturę, że można dostrzegać plusy takiego sposobu opowiadania. Akceptuję to, ale nie godzę się na nazywanie takich realizacji wyjątkowymi.

Metafory wcale nie służą temu, żeby rozbełtywać opowiadanie. Efemeryczność narracji wcale nie musi wiązać się z całkowitym rozmemłaniem świata przedstawionego. Serio, weźcie do ręki Pozwól rzece płynąć Michała Cichego. Specyficzny rytm narracji po prostu wciąga, na dodatek sama historia nie jest przesycony różnymi, często zbędnymi, artystycznymi wtrętami. W przypadku tego tytułu forma jest idealnie dopasowania do zawartości lub zawartość do formy. Niezależnie od perspektywy warto wskazać na cudowne rozumienie rytmu opowieści oraz wyjątkową umiejętność splatania sensów.

Pozwól rzecze płynąć to dowód na to, że efemeryczność narracji, wcale nie oznacza całkowitego rozmycia fabuły. Da się opowiedzieć coś ciekawego, korzystając ze specyficznej, dusznej atmosfery literatury nasyconej znaczeniami.

Czemu się tak czepiam? Co to w ogóle za wycieczka w przeszłość i odkopywanie starych lektur? Niedawno skończyłem Imperium chmur Jacka Dukaja i już dawno nie widziałem tak doskonałego przykładu rozbełtanej, mdłej i nużącej zawartości opakowanej w szykowną, artystyczną formę. Ileż tam wątków! Inspiracji! Odniesień do Lalki, wyjątkowego dzieła, którego nigdy nie mogłem ścierpieć, ale ceniłem za ciekawe diagnozy społeczne. I niech sobie będzie ta intertekstualność, niech mocno siedzi w strukturze Imperium chmur inspiracja Bolesławem Prusem. Tylko dlaczego treść musi być tak rozbełtana? Przeskakiwanie pomiędzy wątkami, porozwalane nici narracji, brak stabilnej osi fabularnej. Pewnie zaraz znajdzie się ktoś, kto mi powie, że chuja się tam znam, w życiu książki na oczy nie widziałem, a o literaturze piszę.

Nie do mnie tak, nie do mnie! Pierwszy będę stał za metodą opowiadania, jaką zaprezentował Brunon Schulz w genialnych Sklepach cynamonowych. Tylko że tam, pomimo wszechobecnego oniryzmu, istniały pewne dominanty scalające opowieść. Bo to była przemyślana twórczość, od pierwszej do ostatniej litery.

Nikt mnie nie przekona do tego, że Imperium chmur miało być właśnie takie porozwalane, bo jednym z tematów powieści jest nieumiejętność znalezienia odpowiedniego kontekstu. Podobnie jak w Między słowami, tylko gorzej zrealizowane. Ale wróćmy do literatury. Jeśli zachwyca Was najnowsza powieść Jacka Dukaja, widzicie w niej same plusy, to weźcie Baskijskiego diabła Zygmunta Haupta.

Przeczytajcie, zobaczcie, jak należy pleść narracyjne gobeliny, a potem wróćcie do Imperium chmur. Ja, patrząc z tej perspektywy, widzę jedynie nieudolnie poskładaną, na dodatek mierną narrację. Mało sztuki, dużo marnej wykończeniówki próbującej przykryć niedociągnięcia.

Rozmówki kuchenne (VIII)

Nie spodziewałem się, że tak szybko powstanie kolejny odcinek “Rozmówek kuchennych”. Seria powstała ze względu na dyskusje w biurze, w dużej mierze odbywające się w trakcie oczekiwania na wodę i / lub żarcie kręcące się w mikrofali. O co poszło tym razem? A o Nawiedzony dwór w Bly. Dyskusja na temat tego serialu była na tyle interesująca, że postanowiłem się w nią zaangażować. Zaczęło się od niepokojącego stwierdzenia, rzuconego mimochodem w trakcie firmowego obiadu. Ktoś na sali powiedział, że nie podobał mu się drugi sezon Nawiedzonego dworu.

Hola, hola, rzekł uśpiony we mnie belfer, skąd w ogóle założenie, że to drugi sezon, że niby kontynuacja? Bo scenarzysta ten sam? Bo aktorzy zapożyczeni? A może ze względu na klimat? Na polu dyskusji zdychały kolejne argumenty. Okazało się, że jednak trudno tutaj mówić o kontynuacji, że ta sezonowość jest bliższa temu, co można zaobserwować w American Horror Story, niż w Stranger Things. No dobra, skoro już z głowy mamy kwestię serii, to co, rozmówcy, który zainicjował dyskusję, się nie podobało? Po dłuższym drążeniu wyszło na jaw, że duże znaczenia miały oczekiwania odbiorcy.

Chciał, aby to było tak samo dobre jak Nawiedzony dom na wzgórzu, żeby to był horror, a nie romansidło. Zgadzam się, że wątki miłosne wyraźnie dominowały w historii Nawiedzonego dworu w Bly, jednak czy to oznacza, że od razu mamy do czynienia z romansem?

Trop jest bardzo dobry, tylko wymaga odrobiny dookreślenia. To nie jest tak, że ten serial od przeciera szlak, że dokonuje brawurowego połączenia gatunków. Coś podobnego już istniało w literaturze tworzonej od XVII do XIX wieku. Przez literaturoznawców nazwane zostało powieścią grozy, którą określano także romansem grozy. Ciach! Gotowe! Termin został upolowany! Teraz zajrzyjmy pod maskę. Dla tego gatunku istotne było wprowadzenie pary posiadającej przeciwstawne natury. Jedna postać ma być demoniczna, a druga czysta, niewinna. Jest w serialu? Oczywiście! Popatrzcie na relację Rebeki Jessel i Petera Quinta. To tylko jeden z przykładów, wariacji na ten temat w serialu jest mnóstwo. Jednak to nie jedyny wyznacznik. Muszą być jeszcze istoty nadprzyrodzone oraz klątwa. Spełnione? Jak najbardziej!

Duchy w dworze wręcz się potykają o żywych, a nad sam dom zostaje, trochę przez przypadek, ale jednak przeklęty. Do pełni szczęścia brakuje jeszcze osadzenia akcji na gotyckim zamczysku. Nie można mieć wszystkiego, myślę, że angielski dwór jest miłą modyfikacją, która niekoniecznie musi odpowiadać definicji gatunku.

Tak, tak, w dalszym ciągu lubię tę genologiczne zagwozdki. Od razu zaznaczam, że swoje poszukiwania prowadzę głównie w obrębie literatury. Z racji wykształcenia, zainteresowań oraz naiwnej wiary, że to słowo pisane stanowiło i stanowi fundament kultury. Zarówno tej dawnej, jak i postnowoczesnej. Stąd bierze się mój brak rozczarowania Nawiedzonym dworem w Bly.

Wiedziałem tam elementy powieści gotyckiej, coraz mocniej zaznaczone i dobrze wiedziałem, z czym będę miał do czynienia. Zresztą wątki romansowe są nieźle poprowadzone, dlatego ja pozostaję zadowolony. A kolega z pracy? Mniej. Chciał horroru. Nie dostał.

Prostota zaangażowania

Będzie pochwała prostoty. Serię Cook, Serve, Delicious obserwuję od pierwszej części. Dlatego nie mogłem pozostać obojętny na wydanie oznaczone numerem 3. Przyznaję, że poprzednia odsłona trochę mnie przytłoczyła liczbą dostępnych dań. Była w tym także odrobina rozczarowania, bo wiele przepisów nie dawało zbyt ciekawych bonusów w trakcie serwowania. Jednak zawsze do tej serii przyciągała mnie prostota rozgrywki. Wystarczył kontroler oraz sporo uwagi w trakcie czytania przepisów. Cook, Serve, Delicious oferuje zabawę w prowadzenie restauracji bez konieczności zajmowania się aspektami ekonomicznymi.

Ta produkcja idealnie trafiła w mój osobisty moment zmęczenia przekombinowanymi grami komputerowymi. Zdarzają się takie twory, w których twórcy mają doskonały pomysł. Na papierze. A potem próbują go przenieść i wychodzi nudna, denerwująca odbiorcę pulpa. Rozczarowanie, zawiedzione nadzieje i ogólna rezygnacja od razu zaczynają się pojawiać w recenzjach odbiorców. Czasem mam wrażenie, że jest to grzech dużego, skomplikowanego pomysłu. Szczególnie często dotyka studia niezależne, niewielkie grupy twórców, którzy chcą zrobić coś wyjątkowego. I w tych aspiracjach nie znajduję niczego negatywnego!

Nigdy! Rozumiem takie pragnienia i jednocześnie żałuję, że tak rzadko udaje się je zrealizować. Dlatego, przy kontakcie z produkcją, która mnie rozczarowała, zastanawiam się, co poszło nie tak.

W ostatnich tygodniach obejrzałem lub przeczytałem materiał, w którym pojawiło się stwierdzenie, że nie można tak po prostu powiedzieć ludziom, że gra jest wielka i zbierać kasy. Niestety, nie pamiętam gdzie, to było, ale jestem pewien, że wrzucałem to na mój gamedevowy kanał. Takie podsumowanie uważam za trafne. Szkoda, że nawet wielkie studia ulegają marketingowemu znudzeniu, chęci popłynięcia na fali next big thing, która okazuje się nie tylko wielką rzeczą, co wielką klęską. W takim razie co jest ważne w przypadku gier komputerowych? Powtarzam od dawna, zresztą nie tylko ja, w zasadzie każdy, kto spędza dużo czasu w wirtualnych światach, że liczy się tylko jedna rzecz – zabawa.

Nic więcej. Unikam produkcji, które chcą sprawić, że będę w nich “pracował”. Codziennie się logował i wykonywał różne zadania pod groźbą utraty mojej osiągniętej pozycji. Nie mam czasu na takie rzeczy, obawiam się, że takich osób jest coraz więcej.

To może być wytłumaczenie popularności takich tytułów jak Animal Crossing: New Horizons oraz Among Us. Nie ma w nich żadnej dodatkowej progresji lub mechanizmów zmuszających do codziennego logowania. W drugim przypadku wystarczy zebrać grupę osób, aby rozpocząć zabawę. Koniec. Na dodatek Among Us nie posiada specjalnie wygórowanych wymagań!

Animal Crossing to inna para kaloszy, ponieważ tutaj wyraźnie widać chęć angażowania przez rutynowe działania gracza. Łowienie ryb, łapanie owadów, zbieranie owoców oraz stopniowe dekorowanie własnej wyspy. Niemniej w dalszym ciągu jest to piękno prostoty.

Page 2 of 143

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén