Strona 2 z 137

Próby ze światłem

W wolnym czasie dalej eksperymentuję z tworzeniem gier. Najczęściej szukam jakiegoś gamejamu z ciekawym tematem i próbuję coś zbudować. Czasem się udaje, a innym razem nie. Jeśli nie interesują Cię kwestie związane z tworzeniem małych cyfrowych światów, to ten tekst może Cię znużyć. Ostrzeżenie zostało wydane, teraz, bez żadnych skrupułów, mogę przejść do charakterystyki mojego niewielkiego projektu. Główne założenia? Zbudowanie gry, w której odbiorca lawiruje między przeszkodami i musi dotrzeć do oznaczonego punktu.

Nie jest to duża rzecz, rzekłbym nawet, że wręcz podstawowa. Opracowałem prosty mechanizm tworzenia planszy, wybrałem elementy, z których ma się składać. Dodałem gracza, w międzyczasie zdecydowałem, że tym razem mój niewielki tytuł będzie w trzech wymiarach. Wszystko szło całkiem sprawnie, chociaż przy budowaniu planszy złapałem kilka potknięć. Wymyślałem koło na nowo, zamiast wybrać jakiś algorytm i na jego podstawie wygenerować labirynt. Nie twierdzę, że był to czas zmarnowany, ale sądzę, że mogłem sobie trochę przyspieszyć prace. Po przetestowaniu ukończonego prototypu zauważyłem, że czegoś mi brakuje. Chciałem dodać jakiś drobny element, który uatrakcyjni zabawę. Próbowałem różnych rzeczy. Teleportów, dodatkowych przeszkód, a nawet przeciwników goniących gracza. Okazało się, że najciekawszym rozwiązaniem jest modyfikacja światła znajdującego się na scenie.

Najpierw zaprezentuję efekt z pełnym oświetleniem. Tak wyglądała pierwsza wersja.

Niewielka plansza, trochę przeszkód. Żadnego wyzwania. Drogę do zielonego punkt można znaleźć z łatwością, nie trzeba się nawet specjalnie wysilać. Po dotarciu do celu losowany jest kolejny, ale poziom trudności pozostaje na tym samym poziomie. Tutaj zacząłem kombinować z różnymi elementami.

Tak prezentuje się scena ze znacznie mniejszą ilością światła.

Plansza zyskuje inny charakter, głównie ze względu na to, że gracz nie widzi całości. Opiera się tylko na tym, co dostrzega wokół prowadzonego pionka. Ciekawe jest także to, że, ze względu na brak charakterystycznych punktów, przemieszczanie się po planszy jest dość specyficzne. Można się jej nauczyć, ale za pierwszym razem sporym problemem jest orientacja w przestrzeni. Wszystkie przeszkody są do siebie podobne, na dodatek nie wiadomo, czy wybrane przejście będzie ślepą uliczką. Tę wiedzę dopiero się nabywa, trzeba tam po prostu wleźć. Tutaj doszedłem do wniosku, że warto dodać wagę do pionka, a także siłę, która będzie na niego działała i umożliwiała poruszanie. Jeszcze przydałaby się jakaś kara… Stwierdziłem, że każde zderzenie ze ścianą będzie prowadziło do utraty punktu życia. Co w połączeniu z dodawaną siłą oraz odbiciami, sprawiło, że rozgrywka stała się trochę ciekawsza.

Pojawiło się kilka elementów, które gracz musi rozważyć w trakcie zabawy. Przede wszystkim zarządza punktami życia, które otrzymuje za dotarcie do zielonego kafelka. Pojawia się pytanie, ile zdrowia straci, zanim tam dotrze? Na dodatek sterowanie postacią wcale nie jest łatwe, ze względu na ciągłe dodawanie siły, która coraz bardziej rozpędza pionek. Jak go wyhamować? Najlepiej zderzyć się z przeszkodą, ale to powoduje utratę punktów życia i zbliża do przegranej. Co ciekawe jestem zadowolony z tego prostego projektu. Zrozumiałem, że zabawa percepcją odbiorcy może mieć duży wypływ na pozostałe mechaniki. Przy pełnym oświetleniu, zaplanowanie ścieżki jest banalne, natomiast przy niedoborze światła już trzeba trochę kombinować. Ryzykować i zastanawiać się, jaką drogę wybrać.

Stara gwardia poza komiksem

Dość tej przerwy od pisania! Pierwszy tydzień urlopu minął mi pod znakiem sprzątania swoich kupek wstydu. Pograłem, poczytałem, pooglądałem zaległe seriale oraz filmy. Jednym z nich był Old Guard. Z uwagi na moją słabość do ekranizacji obrazkowych narracji, nie mogłem pominąć tego tytułu. Powstał na bazie komiksowej serii o tym samym tytule, z którą zderzyłem się jakieś dwa lata temu i sądzę, że warto do nią sięgnąć. Niezależnie od wrażeń po obejrzeniu filmu, ponieważ wersja obrazkowa trochę różni się od tego, co zaproponował Netfliks. Do czego mnie zainspirował kontakt z tym filmem? Do ponownego zastanowienia się nad ekranizacjami komiksów.

Widziałem ich wiele. Przebrnąłem przez serię Avangers oraz większość filmów z MCU. Spróbowałem swoich sił z przeniesionymi na ekrany bohaterami DC Comics. Potem przyszedł czas na różnego rodzaju seriale oraz filmy, które często odwoływały się do powieści graficznych, przez co skupiały się na bardziej skondensowanej historii. Długie komiksowe serie mają to do siebie, że były często odświeżane. Weźmy wspomnianych wcześniej Avangers. Film pojawił się na ekranach kin w 2020 roku, a kiedy został wydany pierwszy komiks dotyczący przygód tej grupy superherosów? W 1963 i od tamtej pory pojawiło się wiele różnych alternatywnych historii opartych na wydarzeniach z kanonicznej serii Avangers. Właśnie takie modyfikowanie głównego tematu, często związane ze zmianą momentu historycznego oraz kontekstu kulturowego, lubię w przypadku komiksów. One ewoluują, zmieniają się, tak samo jak ich odbiorcy. Historie różnych serii obrazkowych często opowiadają historię relacji pomiędzy superbohaterami i kulturą, w jakiej muszą egzystować.

Dlatego zastanawiam się nad tym, w jakim kierunku będzie się rozwijać netfliksowe Old Guard. W przypadku tego tekstu interesujące jest to, że autorem scenariusza jest Greg Rucka, który stworzył komiksową serię. Przenoszą swoich bohaterów na ekrany naszych urządzeń, miał okazję inaczej rozłożyć akcenty swojej własnej opowieści. Zmodyfikować motywacje postaci, a nawet całkowicie przedefiniować świat przedstawiony. Nie tylko dlatego, że nie wszystko, co komiksowe dobrze wygląda na ekranie. Old Guard ma szansę stać się alternatywną wersją opowieści, która swój początek miała w komiksie. Pojawia się ciekawe warstwa do analizowania tekstu. Samo poszukiwanie różnic to pierwszy krok, warto także się zastanowić nad tym, jak będą one wpływały na samą opowieść. Po obejrzeniu filmu zachęcam do sprawdzenia jakie zmiany dotknęły Andromachię ze Scytii. Pozwolę sobie zaznaczyć, że wersja filmowa otwiera zupełnie inne możliwości prowadzenia fabuły i odmiennego budowania relacji pomiędzy postaciami.

Być może Old Guard stanie się ciekawą filmową serią na Netfliksie. Sam obraz nie jest źle zrealizowany, to niezłe kino akcji, ze wplecionymi elementami rozważań nad nieśmiertelnością. Warto go wrzucić na listę tytułów do obejrzenia. Na pewno nie można w nim narzekać na nudę.

Strzał w pysk

Och, ten nieznośny Szczerek! Zamiast posypać głowę popiołem, przestać konstruować alternatywne wizje Polski i tym samym kalać to co najważniejsze, czyli Polskość przez największe PE, on znowu to robi. Ponownie! Bezczelnie! Jego ostatnia książka, Cham z kulą w głowie, jest niczym innym jak bolesnym uderzeniem w fantazmaty, które z taką pieczołowitością kładzie nam do głów edukacja. Ziemowit Szczerek, ten prozatorski walec, w swojej wizji zadaje pytanie o granice ludzkiego skurwysyństwa. A później bierze się za demontaż mechanizmów politycznej propagandy.

Na dodatek czyni to wszystko pod – nomen omen – płaszczem powieści kryminalnej! Niby w Chamie z kulą w głowie najważniejsze jest śledztwo, to ono stanowi motor fabuły. Prowadzi czytelnika przez meandry alternatywnej wizji Polski, ale to tylko zasłona dymna. Miły skrót, piękne udowodnienie, że Ziemowitowi Szczerkowi, jako pisarzowi, nieobce są formy literatury popularnej. Wielokrotnie, w narracyjnych momentach, wręcz nawiązuje do reguł powieści kryminalnej, tylko po to, aby potem je kompletnie rozwalić. Pokazać, że każdy gatunek ma swoje granice, łatwe do rozsadzenia, ale dużą sztuką jest takie użycie popularnej formy, aby opowiadała o mało popularnych rzeczach.

Skoro nie o śledztwie, to o czym jest Cham z kulą w głowie? Jest o pragnieniu władzy, tak obezwładniającym, że aż trudnym do zniesienia. Pokazuje świat ukuty z politycznej propagandy, w którym nierówności smutno piszczą na dolne drabiny społeczeństwa. Najczęściej są to ludzie uciskani ze wszystkich stron, złapani w pułapkę nienaruszalnego porządku klasowego, co tak naprawdę jest przebraną pałą aparatu ucisku, który chętnie pokazuje ludziom, gdzie jest ich miejsce. Ziemowit Szczerze, w swojej powieści, zachęca do częstszego spoglądania w kierunku ludzi wymierzających kolejne ciosy, do wsłuchiwania się w ich słowa i ich dekonstruowania. Świat w Chamie z kulą w głowie jest oparty na ciągle modyfikowanych kłamstwach, obtaczanych w propagandzie i dystrybuowanych za pomocą różnego rodzaju mediów. Prawdą jest to, co pojawi się we wspieranej przez aparat opresji gazecie. Pozostali kłamią, a jeśli jeszcze nie przeprosili, to wkrótce im się te usta zamknie.

Cham z kulą w głowie idealnie trafia na specyficzny okres w Polskiej historii współczesnej. Już nie tej alternatywnej, tylko tej, w której wszyscy uczestniczymy. Ziemowit Szczerek precyzyjnie punktuje niebezpieczeństwa świata opartego na agresywnym i ciągłym poszukiwaniu wroga. Prezentuje przerażającą prostotę mechanizmu wskazywania tego gorszego, nie stroni przy tym od opisania konsekwencji takich podziału. W efekcie Cham z kulą w głowie nie jest radosną książką. To gorzka historia o świecie, w którym totalitaryzm dalej ma się dobrze, tylko wcześniej przebrał się w ciuszki uśmiechniętego i ratującego Naród polityka. Warto sięgnąć po ten tytuł, ale trzeba przy tym pamiętać, że autor brutalnie wali po ryju i zmusza do myślenia poprzedzonego obserwacjami!

Wyborca na celowniku!

O Fundacji Panoptykon często wspominam w odcinkach Wwwłaśnie Podcastu. Szczególnie tych, które dotyczą zagadnień związanych z przetwarzaniem naszych danych przez różne korporacje. Co nie jest niczym dziwnym, ponieważ jesteśmy na bieżąco profilowani przez Facebooka oraz Google’a. W jakim celu? Sprzedaży reklam, jednak warto pamiętać o tym, że te informacje mogą zostać wykorzystywane także w ramach agitacji wyborczej. Ten temat jest obecnie bardzo popularny i sądzę, że warto spojrzeć na to, jak poszczególne komitety wykorzystują media społecznościowe.

Jeśli interesuje Was ten problem, to koniecznie musicie, zacząć od przeczytania raportu Kto (naprawdę) Cię namierzył?, który opisuje kwestie użycia Facebooka w trakcie polskich wyborów parlamentarnych w 2019 roku. Tam dowiecie się, jak działają reklamy na portalu Marka Zuckerberga. Zaznaczam, że w podobny sposób z zebranych tam informacji korzystają agencje marketingowe zajmujące się sprzedażą produktów lub kampaniami nakierowanymi na zwiększenie rozpoznawalności danej marki. Jeśli na agitację wyborczą spojrzy się pod tym kątem, to wyraźnie widać wiele podobnych mechanizmów, często oddziaływających na emocje odbiorcy. Tylko że w tym przypadku sprzedawanym produktem jest kandydat. A jak radzą sobie nasze polskie komitety na facebookowym podwórku?

Według raportu mają jeszcze sporo do odkrycia. Zastanawiające jest to, że faktury za kampanie, które spływają do Państwowej Komisji Wyborczej, w przeważającej części są w formie papierowej. Co oznacza, że osoby opracowujące dane do dokumentu Kto (naprawdę) Cię namierzył musiały je kartkować! Tysiące kartek! Uważam, że jest to forma utrudnienia dla każdego obywatela, który chciałby prześledzić wydatki poszczególnych komitetów. Kuriozalne jest to, że stosunkowo szybko znalazły się pieniądze na niepokojącą aplikację ProteGO, ale faktury przesyłane do PKW mogą być dalej na papierze, a o jakimś systemie ułatwiającym ich przeszukiwanie trzeba zapomnieć. Zresztą, to jest wierzchołek góry lodowej. Autorzy raportu jasno stwierdzają, że

Państwowa Komisja Wyborcza nie posiada narzędzi do monitorowania i nadzorowania kampanii wyborczej w mediach społecznościowych.
Kampanie medialne i profrekwencyjne są poza kontrolą, mimo że są nacechowane politycznie i mobilizują lub zniechęcają do głosowania wybrane grupy wyborców.

Państwowa Komisja Wyborcza nie posiada narzędzi do monitorowania i nadzorowania kampanii wyborczej w mediach społecznościowych.

Kampanie medialne i profrekwencjyne są poza kontrolą, mimo że są nacechowane politycznie i mobilizują lub zniechęcają do głosowania wybrane grupy wyborców.

Źródło: https://panoptykon.org/ktocienamierzyl-raport

Absurd! Państwowa struktura, której naczelnym zadaniem jest dbanie o to, aby wybory odbyły się zgodnie z prawem, nie jest w stanie kontrolować jednej z kluczowych sfer agitacji! Niby z pomocą przychodzi tutaj Facebook, ze swoją “Biblioteką reklam”. Mimo to zgodnie z informacjami z raportu nie jest to najlepsze narzędzie, twórcy dokumentu wskazują na wiele uchybień oraz niejasności. A jednak zachęcam do skorzystania i sprawdzenia, jak i na co wydają pieniądze komitety wyborcze.

Najlepiej to zrobić po drugiej turze. Dla zaspokojenia ciekawości i sprawdzenia, do jakich grup trafiała dana reklama.

Pstryk!

W ostatnim dniach, osoby obserwujące rynek gier komputerowych, mogły zauważyć wiele nagłówków, w których pojawiało się słowo Nintendo. Wyjątkowo artykuły nie dotyczyły kolejnego sprzedażowego rekordu Animal Crossing: New Horizons, ale tego, że japońska firma chce się wycofać z rynku mobilnego. Ten temat został świetnie opisany w artykule “Nintendo Chills Mobile Ambitions After Animal Crossing Success”, którego autorem jest Takashi Mochizuki. Na podstawie ten tekst chciałbym zwrócić uwagę na to elementy pominięte w wielu innych, polskich, publikacjach.

Przede wszystkim brakowało źródła, czyli wspomnianego przeze mnie tekstu na Bloombergu. Nie przeczę, że wiele osób mogło podobnie myśleć o dalszych planach Nintendo, ale niektóre akapity były dziwny podobne. Dziwię się, że zdarzali się dziennikarze zaskoczeni tą decyzją. W analizach dotyczących giereczkowego rynku mobilnego coraz częściej pojawia się przymiotnik przesycony. Jakie szanse ma Nintendo w konkurencji z Tencentem, który na dobre rozpanoszył się w tym sektorze? Jakaś mobilna produkcja japońskiej firmy była w stanie zagrozić popularności grom firmy SuperCell? Nie sądzę. Ostatnio zapowiedziana gra Pokemon Unite powstaje we współpracy z Tencentem i będzie miała swoją wersję na urządzeniach mobilnych. To gdzie tutaj jest rzekome wycofanie się z rynku, które kilka razy mignęło mi w nagłówkach polskich portali technologicznych? Nie sądzę, aby Nintendo tak po prostu porzuciło sektor, w którym dalej może urwać trochę pieniędzy. Tym bardziej że posiada wiele rozpoznawalnych i kultowych marek. Uważam, że teraz będzie przerzucało produkcję danego tytułu na zewnętrzne firmy. Po prostu będzie udzielało licencji.

Sprzedaż Pstyrka do 31 marca 2020 roku.

Na pewno wpływ na tę decyzję miała pandemia koronawirusa. Switch stał się towarem deficytowym, samo Nintendo ogłosiło, że w związku z COVID19 może dojść do opóźnień w produkcji i problemów z dostawami. Skoro ta platforma stała się tak popularna, to dlaczego by nie wykorzystać jej potencjału? Oczywiście, że mówimy tutaj o konkretnym odbiorcy, o kimś, kto niespecjalnie chce grać na telefonie, ale wizja przenośnej konsoli z możliwością podpięcia do telewizora jest dla niego atrakcyjna. Ja wiem, że to nie jest stabilne 60 klatek na sekundę, ja wiem, że nie wszystkie porty znanych gier się udało. Jednak dalej są ludzie poszukujący tego typu sprzętu. Sądzę, że doskonale rozumieją, na jaki kompromis się godzą i dostosowują swoje oczekiwania. Zawsze uważałem Pstryka za dość egzotyczną platformę, obecnie staram się z nią zaznajomić. Myślę, że pandemia oraz związane z nią ograniczenia sprawiły, że Nintendo Switch nabrał wiatru w żagle i japońska firma postanowiła wykorzystać jej odświeżony potencjał.

Na przykład? Poprzez konsolidację sprzedaży cyfrowych wersji swoich produktów w Europejskich sklepach. Od 1 lipca gry wyprodukowane przez Nintendo (na przykład Animal Crossing: New Horizons) będą dostępne tylko na ich własnej platformie dystrybucyjnej, czyli w Nintendo eShop. Pewnie w najbliższym czasie pojawi się trochę darmowych tytułów, które mogą sprawić, że czasy sesji na Pstryku niektórych klientów na pewno się wydłużą. Być może nawet Riot Games coś ugryzie na nagłym wzroście popularności Switcha.

Page 2 of 137

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén