Będzie pochwała prostoty. Serię Cook, Serve, Delicious obserwuję od pierwszej części. Dlatego nie mogłem pozostać obojętny na wydanie oznaczone numerem 3. Przyznaję, że poprzednia odsłona trochę mnie przytłoczyła liczbą dostępnych dań. Była w tym także odrobina rozczarowania, bo wiele przepisów nie dawało zbyt ciekawych bonusów w trakcie serwowania. Jednak zawsze do tej serii przyciągała mnie prostota rozgrywki. Wystarczył kontroler oraz sporo uwagi w trakcie czytania przepisów. Cook, Serve, Delicious oferuje zabawę w prowadzenie restauracji bez konieczności zajmowania się aspektami ekonomicznymi.

Ta produkcja idealnie trafiła w mój osobisty moment zmęczenia przekombinowanymi grami komputerowymi. Zdarzają się takie twory, w których twórcy mają doskonały pomysł. Na papierze. A potem próbują go przenieść i wychodzi nudna, denerwująca odbiorcę pulpa. Rozczarowanie, zawiedzione nadzieje i ogólna rezygnacja od razu zaczynają się pojawiać w recenzjach odbiorców. Czasem mam wrażenie, że jest to grzech dużego, skomplikowanego pomysłu. Szczególnie często dotyka studia niezależne, niewielkie grupy twórców, którzy chcą zrobić coś wyjątkowego. I w tych aspiracjach nie znajduję niczego negatywnego!

Nigdy! Rozumiem takie pragnienia i jednocześnie żałuję, że tak rzadko udaje się je zrealizować. Dlatego, przy kontakcie z produkcją, która mnie rozczarowała, zastanawiam się, co poszło nie tak.

W ostatnich tygodniach obejrzałem lub przeczytałem materiał, w którym pojawiło się stwierdzenie, że nie można tak po prostu powiedzieć ludziom, że gra jest wielka i zbierać kasy. Niestety, nie pamiętam gdzie, to było, ale jestem pewien, że wrzucałem to na mój gamedevowy kanał. Takie podsumowanie uważam za trafne. Szkoda, że nawet wielkie studia ulegają marketingowemu znudzeniu, chęci popłynięcia na fali next big thing, która okazuje się nie tylko wielką rzeczą, co wielką klęską. W takim razie co jest ważne w przypadku gier komputerowych? Powtarzam od dawna, zresztą nie tylko ja, w zasadzie każdy, kto spędza dużo czasu w wirtualnych światach, że liczy się tylko jedna rzecz – zabawa.

Nic więcej. Unikam produkcji, które chcą sprawić, że będę w nich “pracował”. Codziennie się logował i wykonywał różne zadania pod groźbą utraty mojej osiągniętej pozycji. Nie mam czasu na takie rzeczy, obawiam się, że takich osób jest coraz więcej.

To może być wytłumaczenie popularności takich tytułów jak Animal Crossing: New Horizons oraz Among Us. Nie ma w nich żadnej dodatkowej progresji lub mechanizmów zmuszających do codziennego logowania. W drugim przypadku wystarczy zebrać grupę osób, aby rozpocząć zabawę. Koniec. Na dodatek Among Us nie posiada specjalnie wygórowanych wymagań!

Animal Crossing to inna para kaloszy, ponieważ tutaj wyraźnie widać chęć angażowania przez rutynowe działania gracza. Łowienie ryb, łapanie owadów, zbieranie owoców oraz stopniowe dekorowanie własnej wyspy. Niemniej w dalszym ciągu jest to piękno prostoty.