Kilka miesięcy temu postanowiłem, że wesprę swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi pewien projekt. Mój stosunek do finansowania społecznościowego jest – delikatnie mówiąc – ambiwalentny. Raz się sparzyłem, za drugim razem poszło znacznie lepiej, lecz obawy wciąż pozostały. Potem zainteresowałem się Blerem i Zaklinaczami. W obu przypadkach udało mi się porozmawiać z twórcami, co bardzo pozytywnie wpłynęło na moje stanowisko wobec projektów. Przelałem pieniądze. Tak po prostu.

O Blerze już pisałem, teraz przyszedł czas na Zaklinaczy. Zbiórka zakończyła się sukcesem, gra do mnie dotarła bez najmniejszych problemów. Otworzyłem paczkę i moim oczom ukazało się przyjemnie wyglądające pudełko z kilkoma zestawami kart oraz instrukcją. Tego się spodziewałem! Szata graficzna bardzo przydała mi do gustu. Każda talia ma w sobie coś wyjątkowego, coś, co sprawia, że człowiek ma ochotę nią grać. A to dopiero początek! Zaklinacze to przygoda, to podróż w poszukiwaniu artefaktów, to walki z potworami i próby pokonania przeciwników. Dużo radości daje składanie przedmiotów i odczytywanie żartobliwych opisów. To taki drobny smaczek, który pozytywnie wpływa na rozgrywkę. Mam jednak wrażenie, że Zaklinacze wykorzystują swój potencjał w pełni dopiero wtedy, gdy ktoś pokusi się o ułożenie własnej historii i odrobinę dostosuje zasady do indywidualnej rozgrywki.

Ta karcianka to idealny wybór dla wszystkich domorosłych Mistrzów Gier. Nie zawsze ma się ochotę na kolejną partyjkę w Młotka lub w Lochy i Smoki, czasem człowiek chce odpocząć od rozbudowanych statystyk i ciągłego gubienia kostki. Wtedy warto sięgnąć po Zaklinaczy. Możliwość wylosowania określonych talii, wybrania miast i snucia własnej Opowieści, w której gracze będą musieli zmierzyć się z potworami, to niewątpliwy plus Zaklinaczy. Moja pierwsza rozgrywka przebiegała trochę inaczej, na pomysł delikatnych modyfikacji w zasadach i wprowadzenia własnej historii wpadłem później. Daleki jestem od twierdzenia, że sama rozgrywka była nudna, powtarzalna i całkowicie pozbawiona sensu. Tego na pewno w Zaklinaczach nie uświadczycie! Walka z potworami, układanie artefaktów i zbieranie Punktów Chwały były przyjemne, ale pozostawiły w nas pewien niedosyt. Zdarzały nam się karty, których zastosowanie było nieintuicyjne, nie każdą mechanikę tej gry rozumie się po pierwszym rozdaniu. Trzeba się czasem pomylić, powtórzyć rozgrywkę i kontynuować składanie własnego artefaktu.

Nie czuliśmy przede wszystkim jednej rzeczy – ekonomicznego aspektu Zaklinaczy. Karcianka, aż prosi się o starcia pomiędzy graczami, które mogłyby polegać na wysyłaniu pokonanych i zniewolonych potworów. Artefakty zdobyłyby nowe zastosowania, pojawia się możliwość ich podkradania, a wygrywa ten, kto pierwszy wyeliminuje wszystkich przeciwników. Zbieranie Punktów Chwały przypomina mi mechanikę, która znam z Namiestnika. Tam również należało rozliczyć się ze zdobytych punktów, jest ich znacznie więcej i sam Namiestnik ma wyraźny fundament ekonomiczny, ponieważ rozgrywka o wiele bardziej zależy od dysponowania zasobami. Zaklinacze są odrobinę niezdecydowani. Z jednej strony jest to dynamiczna karcianka opierająca się na szybkich starciach gracz-potwór, ale z drugiej strony gra zmusza gracza do zarządzania zasobami, co znacznie zmniejsza tempo rozdań.

Nie żałuję wydanych pieniędzy, inwestycja w Zaklinaczy na pewno się zwróci w postaci dobrych rozgrywek. Wystarczy opracować własne warianty, co – przynajmniej dla mnie – jest interesującym wyzwaniem, którego chętnie się podejmę.