Uwielbiam gry strategiczne. Do tego stopnia, że muszę mieć przynajmniej jedną zainstalowaną. Nie znaczy to, że w nią gram. Po prost sobie jest i zapewnia mi spokój duszy. Ostatnio stwierdziłem, że muszę spróbować czegoś nowego, jakiejś niedawnej premiery, która narobiła szumu. Oczywiście – nabrałem chęci na nowe SimCity. A z serią jestem od wersji SimCity 2000. Nawet mam gdzieś oryginalną płytę.

W czasach cyfrowej dystrybucji nie mam na półce nowego SimCity. Bardzo dużo czasu spędziłem grając w czwartą odsłonę tej serii. Oczywiście z odpowiednimi modami, które tylko poprawiają jakość rozgrywki. Długo opierałem się przed jakąkolwiek interakcją z piątą częścią. Liczyłem na to, że stanie się porządnym odświeżeniem marki, podobnie jak tysiące innych graczy. A los zgotował nam wszystkim bardzo przykrą niespodziankę. Łatwo zauważyć, że pierwsze recenzje były bardzo nieprzychylne.

Podstawowe zarzuty: małe miasta, uproszczona gospodarka i problemy z serwerami. Po roku (tak, już tyle czasu minęło od premiery) postanowiłem sprawdzić na własnej skórze, czy gra w ogóle jest warta zachodu.

Brutalna konfrontacja

Zacznijmy od podliczenia. Edycja specjalna zawierająca 4 DLC kosztuje 129,99 zł. Ale dobrze byłoby mieć dodatek, który wprowadza MegaWieże, a za ten trzeba zapłacić 69,90 zł. Do pełni szczęścia brakuje jeszcze 2 DLC. Jeden za 9,99 zł (sterowce), a drugi za 19,99 (parki rozrywki). Podsumowując – komplet wszystkich dodatków plus podstawowa gra kosztuje: 229,87 zł. EA znane jest z zarabiania na DLC. Wystarczy spojrzeć na trzecią cześć Simsów. Zapewne czwartą również czeka tsunami małych dodatków. Wracając jednak do SimCity – jeżeli nie ma aktualnie sensownej promocję na tę grę (minimum 50% na dodatek i podstawę) nie warto nawet o niej rozmyślać. Dlaczego?

Na chwilę obecną przegrałem 30 godzin. I okazjonalnie wracam, więc powinno być dobrze, a jest średnio. Faktycznie gospodarka została uproszczona do minimum. W czwartej części musiałem się nieźle nagłowić w jaki sposób utrzymać miasto i nie zbankrutować. W najnowszej odsłonie wystarczy odpowiednio dostosować specjalizację miasta. A potem idzie z górki. Oczywiście są strategie prostsze i trudniejsze, ale po kilku godzinach człowiek doskonale wie jak grać, gdzie klikać i co budować, żeby być na plusie.

Myślałem, że wyzwaniem będzie zmiana specjalizacji miasta (np. z górniczego w edukacyjne), ale okazało się, że prawdziwym problemem jest coś innego – wielkość działki, na której gracz tworzy swoją metropolię. Chociaż lepszym określeniem (w porównaniu do czwartej części) jest duża wieś. Twórcy zapomnieli, że miasto nie istnieje bez trenów podmiejskich. Nie zastąpią ich MegaWieże, które są wyłącznie molochami pożerającymi zasoby i to z nimi jest najwięcej problemów. A w pewnym momencie są niezbędne, bo dobija się do nieprzekraczalnej granicy i pozostaje tylko założenie kolejnego miasta. Schemat się powtarza – rozwój, MegaWieże, granica działki, nuda i niechęć. Brakuje wyzwań.

Na szczęście wprowadzony tryb pojedynczego gracza i pojawiła się możliwość modyfikowania gry. Można znaleźć mod, który pozwala na budowanie poza granicami miasta, ale nie działa on w rozgrywce sieciowej. A to o nią przede wszystkim chodzi. W SimCity trzeba mieć grupę znajomych, z którymi powoli zasiedla się daną lokalizacje. W przeciwnym razie zaczyna robić się nudno.

Najnowsze SimCity to gra czysto casualowa. Można do niej wracać, od przypadku do przypadku. Zdarzą się, że mam ją otwartą w oknie, gdy piszę artykuły. Miasto się “rozwija”, a ja spokojnie łączę zdania w akapity, od czasu do czasu sprawdzam, czy np. nie wzrosła za bardzo przestępczość. I tyle. Koniec. Czy taka gra jest warta ponad 200 złotych? Nie. Trochę rozrywki zapewnia, przynajmniej na początku, gdy należy oswoić się z nowym interfejsem oraz sposobami budowy. A potem nudna. Mało wyzwań, dużo klikania.

Ograniczenia

Obok SimCity mam zainstalowane Tropico 4. Oczywiście jest to zupełnie inny styl gry. Produkcja studia Kalypso napisana został z przymrużeniem oka, ale to jest w niej właśnie najprzyjemniejsze. Poza tym należy utrzymywać skompilowaną równowagę na rajskiej wyspie, wygrywać wybory i mieć dobre relacje z różnymi politycznymi frakcjami. Gracz może postawić na turystykę lub wydobycie i sprzedaż zasobów. Trzeba też przemyśleć rozmieszczenie domów, ilość szkół, umieszczenie elektrowni itp., itd. Jest fajnie, bo momentami trudno.

Gdy po raz pierwszy odpaliłem najnowszą wersję SimCity myślałem, że tak duże ograniczenie pola budowy będzie plusem. Trzeba będzie podejmować trudne decyzje, na nowo prowadzić drogi i zmieniać położenie stref. Nic bardziej mylnego! To ograniczenie nie podnosi poprzeczkę, ale ją zrzuca. Sprawia, że gra w pewnym momencie staję się całkowicie niegrywalna. MegaWieże, które umożliwiają rozbudowę w górę nie rozwiązują tego problemu. Powtórzę – miasta potrzebują terenów podmiejskich. Metropolii nie da się zbudować posiadając wyłącznie elitę intelektualną i majątkową. Potrzeba też klasy średniej i uboższych mieszkańców. Rozwój polega na przechodzeniu ze stanu w stan, a tego w najnowszym SimCity nie ma.

Nie wyobrażam sobie, aby EA wypuściło kolejne dodatki do tej gry. Gdzie stawiać te nowe budynki? Chyba tylko w trybie pojedynczym z zainstalowanymi modami. Tutaj potrzebna jest rewolucja, jakieś całkowite przebudowanie mechanizmów rozgrywki. W przeciwnym razie będzie ona przypominała budowanie miasta w jakieś średniej grze przeglądarkowej. Naklikać się, napatrzeć i zostawić. Wrócić po tygodniu i powtarzać do ponownego znudzenia.

Zawiodłem się. Gram z sentymentu, ale rozważam powrót do czwartej części. Pomyłki zdarzają się każdemu. Ważne, aby ta związana z zakupem SimCity wydarzyła się w okresie promocji.