Koniec semestru to czas sesji. Przynajmniej dla studentów. Dla dydaktyka najbliższe dni oznaczają wyczekiwanie na kolejne prace oraz nudne siedzenie na dyżurach. Pozostaje mieć nadzieję, że jednak ktoś się pojawi, przyjdzie, chociaż po wpis, co przyspieszy upływ czasu. Ostatnie dni spędziłem także na podsumowywaniu zimowego semestru. Miałem czas, bo na dyżur przyszło tylko kilka osób.

W tym semestrze prowadziłem kilka grup na studiach dziennych, zarówno na licencjackich, jak i dziennych. Pracowało mi się dobrze, chwilami nawet bardzo dobrze. Jedni budzili się wcześniej, drudzy później, a inni w ogóle – jak to na studiach. Nie mogę zaliczyć tego semestru do szczególnie nieudanego, ale dobry też nie był, ponieważ miewałem lepsze. Wszystko zależy od studentów. W każdym roku akademickim dostrzega inne, rozpraszające ich, elementy. Ostatnie miesiące pozwoliły mi zauważyć, co bardzo mnie zaniepokoiło i sprawiło, że moje rozważania nabrały smutnego wydźwięku.

Młodych ludzi męczy indywidualizm, ale ten w wersji hiper. Stają się ślepi na normy kulturowe, coraz trudniej im przywołać kontekst. Każdą próbę wyjścia w tym kierunku, kwitują słowami: Ale znajdzie się ktoś, kto zrobi inaczej, więc trudno jednoznacznie stwierdzić. Tak nie jest. Zawsze istniały jednostki, które przekraczały normy, te charakterystyczne granice w każdej kulturze. Ostatnie lata całkowicie rozmyły pojęcie zasad, więc studenci automatycznie stracili punkt odniesienia. Paradoksalnie, tych młodych ludzi, trzeba nauczyć poruszania się w obrębie pewnego zbioru reguł, należy im przypominać, że są jednostkami zatopionymi w określonym społeczeństwie oraz kulturze. Nie widzą tego, ponieważ wtłacza się im do głów różnego rodzaju frazesy takie jak „jeśli bardzo chcesz, to na pewno ci się uda”, „każdy jest kowalem własnego losu”, „najważniejsza jest autoprezentacja”. Co ciekawe stoi to w sprzeczności z wnioskami, które wyniosłem z zajęć z dydaktyki. Tam uczono nas, doktoratów, że powinniśmy w studentach rozwijać umiejętność pracy w grupie, że na to mamy stawiać. Jednak jest to zupełnie niemożliwe! Skoro są przekonani o własnej nadzwyczajnej wyjątkowości oraz wierzą w zbędność zasad, to jak podporządkują się regułom panującym w danej grupie?

Zrobiłem taki eksperyment na jednych zajęciach. Studenci musieli podzielić się na małe redakcji i prowadzić swoje blogi. Byli rozliczani z konsekwencji w publikacji oraz z wyboru tematów. W trakcie wpisywania zaliczeń sami przyznali, że najtrudniejszym elementem była dla nich praca w grupie – musieli się dotrzeć oraz szukać kompromisów, dyskutować ze sobą i słuchać się nawzajem. Próżno szukać tych elementów w polskich mediach, która korzystają z narracji walki, bezwzględnego konfliktu i posługują się kategoriami zwycięzców oraz przegranych. Trudno oczekiwać od studentów, że będą inni. Tym bardziej przerażające jest to, że nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo ich zachowania kontroluje kultura, w której żyją.

Największą klęską polskiej edukacji nie jest powołanie do życia gimnazjów lub podział studiów na dwa stopnie. Druzgocącą porażką, jest brak umiejętności nauczania o kontekście kulturowym, o zbiorowości, w której się żyje. Bez tego jesteśmy skazani na ludzi przerzucających się wyzwiskami i poruszających się wyłącznie po powierzchni problemu, czyli na to, co aktualnie widzimy w mediach.