Właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że nie napisałem nawet jednego tekstu na temat moich rowerowych wojaży! Szok! Niedowierzanie! Cóż ze mnie za internetowy twórca?! Od pierwszego dnia, od pierwszych kilometrów powinien pisać o tym, że jeżdżę, że potykam się o ludzi, że drażnią mnie nastolaty wchodzące na ścieżki rowerowe. O nie! Teraz dotarło mnie, że zapomniałem jeszcze o innej sprawie! O tym, że co jakiś czas lubię sobie wypić craftowe piwo! Najlepiej z dziwną nalepką, kaplsem, no i mam takie, na którym widać gołębia. Efekt? Piję craftowe piwo z gołębi!

Dobra, pośmialiśmy się, wróćmy do przygód na rowerze. Tak się złożyło, że mój powrót przypadł na moment, w którym Polska uznała koronawirusa. To była ta chwila, gdy oficjalnie uznano, że nie na terenie naszego państwa odnotowano pierwszy przypadek zakażenia. Wcześniej nie było, Polska jako samotna wyspa opierała się covidowemu tsunami. Trudno mi ukryć, że niezmiernie mnie ubawiła ta cała sytuacja. Tak jakby choroba potrzebowała jakiegoś państwowego potwierdzenia, żeby atakować mieszkańców określonego terytorium. Bo wcześniej to nie, nie mogła, a od pierwszego potwierdzonego przypadku już może. Symboliczna chwila, która uruchomiła cały aparat urzędniczy i doprowadziła do lockdownu. Miałby być dwa tygodnie, leciutko, a jak wyszło, to wszyscy wiemy.

Wraz z epidemią pojawiły się obostrzenia. Na przykład takie ograniczenie wychodzenia z domu. Twitter pękał w szwach, szaleli ludzie od prawa do lewa, żeby siedzieć na przysłowiowej dupie i nie narażać, nie zarażać. A tu cichaczem, nieśmiało, odzywali się ludzie, którzy przed koronawirusem spędzali czas na dworze. Na przykład – biegając, jeżdżąc na rowerze, spacerując z psem. Pojawił się problem, z perspektywy czasu ciekawy. Bo żaden powiat ani nawet najmniejsza wieś nie zostały otoczone kordonem sanitarnym. Niby sytuacja nie była tak poważna jak w Lombardii, którą zamknięto na cztery spusty. Mieszkańcy wylądowali wręcz w aresztach domowych, aby cała społeczność mogła przetrwać zagrożenie. Dlatego, w tamtym momencie, nie dziwię się osobom, które wręcz atakowały wszystkich chcących wychodzić na dwór. Obrazki serwowane przez media, brak sensownej narracji ze strony polskiego rządu, ogólny – nie bójmy się tego słowa, bo dobrze opisuje ówczesną i aktualną sytuację – pierdolnik w niczym nie pomagały.

A dzisiaj, gdy już Polska odwołała koronawirusa, pomimo rosnącej liczby potwierdzonych przypadków, zastanawiam się, ilu z tych obrońców świeżego powietrza faktycznie wyszło z domu, gdy poluzowano obostrzenia. Media zaczęły wrzucać obrazki z zatłoczonych miejsc. Plaż, bulwarów. Chyba sam przez moment miałem tak ustawioną optykę, bo miałem wrażenie, że ludzi na mojej trasie jest jakby więcej. A teraz, z perspektywy czasu, myślę, że było ich dokładnie tyle samo, ile wcześniej. Nie czuję gwałtownego przyrostu rowerzystów lub biegaczy. W trakcie moich przejażdżek często mijam te same osoby. To gdzie są ci, którzy zostali zmuszeni do siedzenia w domu? Pewnie to te same głosy, które teraz w maseczce widzą kaganiec i są zmuszani, aby je nosić, bo w lutym WHO… (jak korzystacie z Twittera, to znacie tę narrację).

Pandemia jest dla mnie doskonałym przykładem tego, że społeczeństwo nie jest odpowiednio przygotowane do filtrowania informacji. Najwyraźniej nowoczesna edukacja, która przecież kładzie nacisk na czytanie ze zrozumieniem, gdzie się potknęła. A! Oczywiście! To jest czytanie ze zrozumieniem POD KLUCZ! A gdzie tej błogosławiony KLUCZ się znajduje, gdy człowiek sobie spokojnie konsumuje nagłówki?

Tak. Właśnie tam.