Już trochę mieszkam na prowincji, ale kreatywność niektórych osób w dalszym ciągu mnie zaskakuje. Okolica jest przyjemna – mam śmierdzącą rzekę, pozostałości po kopalni, resztki dworca i sporo zieleni. Idealne miejsce na wyprowadzanie psa, więc nie narzekam. Chociaż czasem zdarzy się coś, co mną wstrząśnie. Jakaś rzecz, która nie daje mi spokoju. Tym czymś była budowa daczy obok domu. Tak, daczy, bo altanka to za małe słowo.

Potem to trzeba wszystko opić, więc zaczynają się imprezy. Taki stan utrzymywał się przez cztery tygodnie. Grill, wrzaski, techniczna muzyka, szczekanie psów i stukot butelek. Prowincja jest w stanie znieść bardzo dużo. Widać było, że przyjeżdżają znajomi, że właściciel chwali się swoją konstrukcją, która upiększa jego niezwykła posiadłość na prowincji. Koniecznie trzeba się pokazać! Ci co nie umieją budować, co działek nie mają, to w blokach siedzą! I smutno patrzą! Tak, ja byłem jednym z tych smutnych. Z czwartego piętra obserwowałem tę farsę i nie mogłem uwierzyć w to, co widzę.

Do tej pory Żona zawsze mówiła, że mieszka w mieście. Po postawieniu daczy i kilku ostrych imprezach, przekonała się, że raczej zacumowaliśmy na prowincji. Taka przestrzeń pomiędzy, ludzie niby chcą być takimi prawdziwymi mieszczuchami, ale nie mogą pozbyć się słomy z butów. Dlatego to tak śmiesznie wychodzi. Sam pochodzę ze wsi (moi rodzice wolą określenie „tereny podmiejskie”, ale bądźmy poważni…) i tam jakoś nikt nie udawał. Chyba, że przyjezdni. Przeprowadzali się z miasta i nie potrafili poradzić sobie z tą swoją rozbuchaną miejskością. Różne się z tego rodziły historie. Mniej i bardziej zabawne.

Wróćmy do daczy na prowincji obok domu jednorodzinnego. Już nikt się nią nie interesuje. Ogień w grillu zgasł, wódka się skończyła, a właściciel przestał się pokazywać. Być może jest to pokłosie wieczoru panieńskiego, o którym prowincja szybko nie zapomni? Ciężko się żyje w przestrzeni pomiędzy przestrzeniami. Człowiek nie zawsze wie jak się zachować.