Tag: christopher nolan

Trudne związki z nauką

Kip Thorne / Interstellar i nauka / Prószyński i S-Ka

Kip Thorne / Interstellar i nauka / Prószyński i S-Ka

Interstellar to jeden z najciekawszych filmów science fiction ostatnich lat. Tekst ten krytykowano za zbyt duże naginanie faktów naukowych, przez co miał stać się zwykłą, dla niektórych nawet mdłą, bajką. Sprawa ma się trochę inaczej. Odnoszę wrażenie, że krytykujący zapomnieli o jednej, niezwykle istotnej, sprawie – dobra fantastyka naukowa potrzebuje oddechu w postaci odrobiny tajemnicy, nawet jeżeli jest on na granicy mistycyzmu. Najlepsze dzieła Stanisława Lema są właśnie takie. Aby przybliżyć koncepcje naukowe Kip Throne, konsultant filmu Interstellar, napisał książkę.

Nosi ona łatwy do zapamiętania tytuł – Interstellar i nauka. Sposób, w jaki została napisana świadczy o tym, że Kip Thorne jest naukowcem z prawdziwego zdarzenia. Jego umiejętności potwierdza to, że nawet laikowi potrafi wytłumaczyć najbardziej zawiłe koncepcje fizyki teoretycznej. Książkę tę polecam wszystkim, którzy twierdzili, że Christopher Nolan ciągle się mylił i nakręcił film nie mając nawet bladego pojęcia o zasadach rządzących wszechświatem. Kip Thorne, opisując poszczególne elementy dzieła Christophera Nolana, pokazuje, że reżyser był bardzo dobrze przygotowany do stworzenia takiego, a nie innego obrazu. Zresztą, po lekturze książki, uderzyło mnie to, że my niewiele wiemy o Wszechświecie. Dużo w tym wszystkim domysłów oraz koncepcji, których pozazdrościłby niejeden szalony artysta.

Książka Interstellar i nauka podkreśla także, to o czym bardzo często zapominamy. Science fiction, to gatunek, który jest ściśle związany z obowiązującym modelem nauki. Widać to, gdy przetłumaczy się jego nazwę dosłownie – fikcja naukowa. W literaturoznawstwie mówi się o fantastyce naukowej i tutaj także pojawia się element fikcjonalny. Z uwagi na to, że teksty fantastycznonaukowe powstają już od dłuższego czasu, widać jak bardzo zmieniało się rozumienie tego, co jest niezwykłe lub fantastyczne (aby być bliżej nazwy gatunku). Czy ezoteryzm jest współcześnie uznawany za naukę? Prosta odpowiedź – nie, opowieści o duchach mamy sobie włożyć między bajki. Jednak nie zapominajmy o tym, że na początku XX wieku, gdy powieści swoje tworzył Herbert Wells, było inaczej. Dlatego w tekstach autorów tamtego okresu pojawiają się wątki ezoteryczne. W takim razie, czy to oznacza, że należy je inaczej klasyfikować?

Nie. To w dalszym ciągu jest fantastyka naukowa, ponieważ posługuje się modelem nauki charakterystycznym dla konkretnej epoki. Lektura książki Kip Thorne’a pozwala zrozumieć, że sposób rozumienia naukowości cały czas się zmienia. Nie jest on dany raz na zawsze, jak chcieliby to widzieć niektórzy. Za 20 lat, taki Interstellar, może trącić myszką tak samo jako powieści niektórych polskich autorów fantastyki naukowej z dwudziestolecia międzywojennego. Dlatego nie można jednoznacznie powiedzieć, że Christopher Nolan się pomylił. On wykorzystał swoją wyobraźnię, aby rozwinąć niektóre elementy teorii zaproponowanych przez Kipa Thorne’a. Być może temu reżyserowi udało się nawet coś przewidzieć?

Na to pytanie odpowie nam historia.

Rooners Toy Photography / Evolution (CC BY-NC-ND 2.0)

Fantastycznie!

Pojęcie fantastyczności zmienia się z czasem, a szczególnie z rozwojem gatunku. Inaczej postrzegamy to, co fantastyczne w fantasy, inaczej w science fiction. Ten drogi rodzaj popkultury jest nawet jeszcze ciekawszy. Przede wszystkim dlatego, że w fantastyce naukowej – jak sama nazwa wskazuje – dochodzi do starcia pomiędzy lotną wyobraźnią autora, a twardymi faktami naukowymi.

Świetnym przykładem może być proza Wellsa, autora uważanego za jedno z twórców gatunku. Jeżeli zestawimy ją ze współczesnym pisarstwem science fiction, to zaczyna ona trącić myszką. Wszystko to wynika z jednej rzeczy – z modelu nauki, którym posługiwał się Wells. Przykład: dla nas, oświeconych współczesnych, wszelki ezoteryzm to mrzonki źle ukształtowanego umysłu. Zapominamy o tym, że nie zawsze tak było i badana nad zjawiskami paranormalnymi były uznawane za w pełni naukowe. Taki Dracula Brama Stokera, dziś tekst z gatunku literatury grozy, ale w momencie jego publikacji, czytelnicy mogli zwracać uwagę na zupełnie inne elementy.

Rozumienie tego, co fantastyczne się zmienia. Na pewno ma to związek z ciągle postępującą nauką. Wystarczy spojrzeć na dyskusję wokół Interstellar. Pomijam jeden fakt – polscy internauci nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, stali się wybitnymi znawcami fizyki kwantowej i wszystkie błędy Christopherowi Nolanowi wytknęli. Znacznie ciekawsza jest książka Kipa Thorne’a Interstellar i nauka, która może posłuż za interesujące studium związków nauki ze sztuką. Autor tej pozycji świetnie odczarowuje niektóre elementy filmu, tłumaczy poszczególne elementy koncepcji. Po przeczytaniu tej książki warto ponownie obejrzeć dzieło Christophera Nolana.

To pozycja zmienia optykę odbioru – Interstellar staje się odrobinę bardziej naukowe, niż fantastyczne.

//Obrazek wyróżniający: Rooners Toy Photography / Evolution (CC BY-NC-ND 2.0)

 

 

Esparta Palma / It's not easy to be a superhero (CC BY 2.0)

Nasi superherosi

Superherosi dzisiaj mają lekko. Od kilku lat, przynajmniej dwa razy w roku, mamy okazję oglądać ich w akcji. Jedni zachwycają się przygodami współczesnych herosów w kinie, a inni na ekranach telewizorów lub laptopów. Nie zmienia to faktu, że superbohaterowie znowu przebili się do świadomości odbiorców popkultury. A już mówiło się o ich kryzysie, o tym, że zostaną na długi czas bez zajęcia. Wszystko zmieniło się, gdy na ekrany kin zawitała pierwsza część Avengers.

Co uważniejsi fani komiksowych superherosów zauważą, że wcześniej pojawiła się pierwsza część trylogii o Mrocznym Rycerzu w reżyserii Christophera Nolana. Dla mnie, cała ta seria, nie jest przykładem na to, że superbohaterowie triumfalnie wrócili na szczyt popkultury, raczej stanowi potwierdzenie kryzysu tych postaci. Batman zostaje uczłowieczony. Christopher Nolan zmierza w kierunku koncepcji Mrocznego Rycerza, która znana jest z komiksów Franka Millera. Istotne stają się problemy moralne, z którymi musi poradzić sobie Bruce Wayne. Najważniejsze jest jednak to, że Batman zostaje pokazany, jako bohater trudny do zaakceptowania i działający na granicy prawa. Czy w takim co odróżnia go od Jokera, Bane’a lub Crane’a? Okazuje się, że bardzo niewiele, ponieważ Christopher Nolan w genialny sposób rozmył granicę między dobrem i złem. Wprowadziło to szarości do świata przedstawionego superherosów, ale nie wszyscy byli w stanie wytrzymać taką zmianę. Batman pod tym względem był wyjątkowy. Dodanie skomplikowanej moralności, która nie jest oparta na archetypowym konflikcie Dobra ze Złem, ale wymaga ciągłego balansowania na krawędzi, sprawiło, że Bruce Wayne ponownie stał się bohaterem popkultury.

Na prawdziwy powrót motywu superbohatera trzeba było poczekać, aż do pojawienia się pierwszej części Avengers. Oczywiście grunt pod ten powrót został odpowiednio użyźniony. Były, moim zdaniem, trochę nieudolne próby przeniesienia na ekrany Hulka. Adaptacje te są średnie, łatwiej przypiąć im łatkę kryzysowych, niż faktycznie superbohaterskich. Ale to wahanie najbardziej widać na przykładzie Człowieka Pająka, X-Menów oraz Fantastycznej Czwórki. We wszystkich tych przypadkach autorzy nie do końca wiedzieli jak ugryźć problem superbohatera. Dlatego wychodziło im to w sposób kiczowaty. Sięgali po konwencję, która sprawdzała się w Złotej Epoce Komiksu, gdy Superman ratował ludzkość i nikt nie próbował kwestionować jego nadprzyrodzonych umiejętności. Po drodze pojawiły się komiksy autorskie, które, w bardzo ostry sposób, zrywały z konwencją superbohaterską, byli także antybohaterowie i tu za przykład może posłużyć brutalny Lobo. Nie było miejsca na trykoty i patos. Podświadomie wyczuwano, że superherosi się zużyli, że wymagają jakiegoś odświeżenia. I tak się stało.

Zapowiedzią powrotu byli Iron Man oraz Kapitan Ameryka, ten ostatni w szczególności. W Thorze tego nie widać, ale wynika to z konstrukcji tego bohatera. Jest on podwójnie mityczny, osadzony w dwóch mitologiach – historycznej, czyli nordyckiej oraz współczesnej, czyli popkulturowej. Inaczej jest w przypadku Iron Mana oraz Kapitana Ameryki. Trudno jednoznacznie wskazać, który z nich stał się Supermanem naszych czasów. Tony Stark na pewno stanowi uosobienie współczesnych pragnień – geniusz, arogancki bogacz, playboy, na dodatek otoczony nowoczesną technologią. Brakuje mu funkcji integrującej, która jest kluczowa dla Kapitana Ameryki. A ten stanowi relikt przeszłości, nowoczesność wydaje mu się dziwna, dlatego w Avengers pojawia się mały konflikt między nim, a Iron Manem. Kapitan Ameryka staje się spoiwem łączących superbohaterów ze zwykłymi śmiertelnikami i to wyzwala w Tonym Starku potrzebę pomocy oraz umiejętność poświęcenia siebie dla innych.

Te dwa elementy były bardzo ważne dla tradycyjnej koncepcji superbohatera. Miał on – przede wszystkim – walczyć ze Złem, które było bardzo precyzyjnie określone, najczęściej dochodzi do jego personifikacji. W Avengers tak się dzieje, z tym, że uosobienie Zła jest podwójne – mamy Lokiego oraz najeźdźców z kosmosu. Intencje są oczywiste, zagrożenie dla Ziemian również, co prowadzi do pojawienia się superbohaterów oraz uratowania sytuacji i przywrócenia porządku. Ten ostatni element jest bardzo wyraźny, ponieważ świat staje się ponownie bezpieczny oraz zyskuje obrońców. Co prawda w zakończeniu filmu pojawiają się słowa krytyki skierowane do działającej grupy superbohaterów, ale nie mają one na celu ich zdyskwalifikowania! Zadaniem wyrażonych obaw jest podkreślenie, jak wielkie znaczenie miała ta interwencja. Zestawia się zniszczenia dokonane w Nowym Jorku z ogólnoświatowym zagrożeniem. Kilka budynków i ulic można poświęcić, ważne, że Ziemia jest bezpieczna i ma swoich zdeklarowanych obrońców.

Nowa superbohaterskość?

Film Avengers odbudowuje funkcje superbohatera we współczesnej popkulturze. Mało istotne stają się wady poszczególnych postaci, nikt nie próbuje ich na siłę uczłowieczać. Są zestawem cnót: wybaczają, kierują się wyłącznie istotnymi wartościami, są w stanie poświęcić się dla ich i – co najważniejsze! – w obliczy kryzysu zapominają o tym, co ich dzieli i się jednoczą. Avengers to tekst kultury opowiadający o pracy w grupie, której celem jest wyrwanie świata z chaosu. W dalszym ciągu jest to realizacja superbohaterskiej konwencji, ale zostaje ona dostosowana do potrzeb współczesnego widza. Ważne jest unikanie patosu, a jest to coś, co łatwo wychwycić w starych komiksach. W Avengers podniosłe kwestie pojawiają się rzadko, autorzy umiejętnie grają dowcipem i jednocześnie dają do zrozumienia odbiorcy, że zagrożenie wcale nie jest zabawne i tylko współpraca może ocalić Ziemię. Znamienne jest, że nośnikiem patetycznych treści jest Kapitan Ameryka.

Tylko ta postać jest pozbawiona znamion nowoczesności. Stanowi reprezentację tradycyjnych i pozytywnych wartości. Jego przywrócenie do życia można zinterpretować jako powrót do zapominanych przez współczesne społeczeństwa elementów. Avengers ma opowiadać o budowaniu bezpieczeństwa poprzez współpracę pomiędzy superbohaterami, mają oni nieść pomoc innym i całkowicie zapomnieć o wszystkich animozjach. Kapitan Ameryka, być może chwilami bardzo staroświecki, występuje jako postać ułatwiająca to zjednoczenie. W ten sposób autorzy nawiązują do jego komiksowego rodowodu – przecież to on, z kolorowych plansz, pokonał nazistów, a potem bezlitośnie tłukł komunistów. Liczyło się dla niego bezpieczeństwo narodu, jednocześnie nigdy nie zapomniał o swoim najlepszym przyjacielu. Zahartowany został w ogniu wojny i jako jedyny był w stanie dostrzec, że nowoczesne społeczeństwo nie przetrwa jako grupa indywidualistów. Z takimi osobami przyszło mu współpracować. W Avengers superbohaterowie, na początku, kierują się tylko i wyłącznie własnymi interesami, co najmocniej widać na przykładzie Iron Mana. Dopiero działania oraz słowa Kapitana Ameryki zaczynają budować zręby współpracy. Ktoś musi jednoczyć i rola ta przypadła tej postaci.

Zastanawiam się jak długo potrwa ten renesans superbohaterów i czy jest zapowiedzią poważniejszych zmian w popkulturze. Kto jeszcze zostanie odświeżony? A może powstaną nowi superherosi? Na pewno kolejne filmy wykorzystujące naszych ulubieńców będą nawiązywały do modelu, który pojawił się w Avengers. Ile czasu zajmie popkulturze przetrawienie nowej superbohaterskości?

// Obrazek wyróżniający: Esparta Palma / It’s not easy to be a superhero (CC BY 2.0)

//Skany kary: Mark Anderson.

Witamy w Gotham

Jak większość – bo ostatnio dowiedziałem się, że jednak nie wszyscy – oglądam seriale. Fascynowałem się Detektywem, z niecierpliwością wyczekiwałem na kolejne odcinki Banshee, w kolejce mam Fargo i Watahę. Najpierw muszę skończyć te rozgrzebane, czyli Wirusa i Gotham. Pierwszego nie polecam. Wampiry kiczowate, postaci mało charakterystyczne – jeżeli nie ma się nic lepszego do roboty albo ma się ochotę na obejrzenie kiepskiego serialu, to wtedy jest idealny. W przeciwnym wypadku lepiej poszukać czegoś ciekawszego.

Chciałbym powiedzieć, że taką propozycją jest Gotham, ale serial ten jest bardzo nierówny. Zdarzają się smutne chwile fabularnej miałkości, które okazjonalnie przeplatane są interesującym interpretacjami postaci z uniwersum Batmana. Bo, jak sama nazwa wskazuje, akcja rozgrywa się w Gotham, mieście Mrocznego Rycerza, ale głównym bohaterem jest Jim Gordon. I ta modyfikacja jest ciekawa, ponieważ autorzy serialu zadali pytanie o początki przestępczości w mieście, a nie o samego Batmana. Zmiana dominanty się udała, ale niekoniecznie doprowadziła do stworzenia nowej jakości.

Tikkakoski, Gotham City /  Jaro Larnos (CC BY 2.0)

Tikkakoski, Gotham City / Jaro Larnos (CC BY 2.0)

Tęsknota za miastem

Od zawsze brakowało mi miasta w filmowych lub animowanych adaptacjach Batmana. Z uwagi na zawód głównego bohatera, czyli bycie łowcą przestępców działającym w nocy, nieczęsto miałem okazję przyjrzeć się Gotham w dzień. Na ulice wychodziło się wraz z Batmanem, rzadko wcześniej. A nawet jeżeli akurat świeciło słońce, to akcja rozgrywała się w posiadłości lub apartamencie. Interesującym przełamaniem tego schematu są filmy Christophera Nolana. Najpierw w Mrocznym rycerzu mieliśmy okazję przyjrzeć się kradzieży pieniędzy i wysadzeniu szpitala. Oba wydarzenia są wynikiem działalności Jokera. Na wycieczkę po Gotham zabrał nas także Bane. Kilka ujęć z lotu ptaka i gonienie ciężarówek. Mroczny rycerz powstaje to film, w którym faktycznie można przyjrzeć się samemu Gotham, ale w dalszym ciągu odgrywa ono drugoplanową rolę.

Bardzo chciałem zobaczyć Gotham podobne do tego, którego doświadczyłem w trakcie lektury komiksu. Tam miasto jest takim samym bohaterem jak sam Batman. Jego istnienie jest bardzo mocno związane z miejscem pochodzenia i zamieszkania. To przywiązanie pojawia się w Powrocie Mrocznego Rycerza, ale to tylko echo emocji, które pojawiają się w komiksach. Takim „Gotham w pigułce” jest seria gier komputerowych o Batmanie. Można liznąć charakterystycznej dla komiksów architektury, zanurzyć się w ciemne uliczki i tłuc bandytów zagrażających mieszkańcom miasta. Bo właśnie o to chodzi w komiksach o Batmanie – o zapewnienie bezpieczeństwa Gotham, cena nie gra tutaj roli. I znowu warto wrócić do filmu Christophera Nolana. Szczególnie ważny jest moment, w którym Batman wynosi bombę atomową poza granice miasta. Dochodzi do złożenia ofiary, której zadaniem jest zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańcom miasta. Gdzieś pojawiają się przebłyski wskazujące na to, że Gotham jest ważne, ale w dalszym ciągu nie jest to, co dostrzegam w komiksie.

Gotham City Police Car on set of The Dark Knight Rises /  Scott Beale (CC BY-NC-ND 2.0)

Gotham City Police Car on set of The Dark Knight Rises / Scott Beale (CC BY-NC-ND 2.0)

Moja tęsknota za miastem w Batmanie wynika ze ścisłych związków tego superbohatera z powieścią kryminalną. Bruce Wayne rozpoczął swoją karierę mściciela w 1939 roku, w 27 numerze Detective Comics. Główny bohater bywa nazywany Mrocznym rycerzem (przydomek ten został jeszcze mocniej utrwalony w popkulturze dzięki filmom Christophera Nolan), ale można powiedzieć, że jest najlepszym na świecie detektywem (The World’s Greatest Detective). Jak widać związki z powieścią kryminalną znajdują swoje odbicie w postaci, ale w kryminałach ważne jest także miasto. Detektyw nie może bez niego istnieć, a za przykład mogą posłużyć bardzo ścisłe związki Eberharda Mocka z Breslau oraz relacje Philipa Marlowe’a z Los Angeles. Dlatego Batman ma swoje Gotham. Trzeba jednak zaznaczyć, że pojawiają się tutaj inne zależności, niż w przypadku Supermana i Metropolis. Dla tego drugiego będzie to zawsze „ziemski dom”, zupełnie odmienny od miejsca, z którego pochodzi. Bruce Wayne jest mieszkańcem Gotham, dlatego jego los jest o wiele bardziej związany z miastem. Obcy, czyli Superman, będzie bronił Metropolis, ale nie można zapominać o jego pozaziemskim pochodzeniu, które zawsze będzie powodowało, że postać ta będzie traktowana jako inny.

Komiksowe Gotham

Gotham ma swoją historię, ale zacznijmy od inspiracji. Miasto Batmana stanowi interesujące połączenie Chicago i Nowego Yorku. Krytycy podzielili się na dwie grupy walczące o przewagę konkretnego fundamentu realności Gotham, jednak ja uważam, że znacznie cenniejsze jest potraktowanie tego miasto jako formy zespolenia dwóch, bardzo ważnych w amerykańskiej kulturze, metropolii. Popkulturowe skojarzenia nasuwają się same. Chicago to dom gangsterów, a Nowy York to dom inwestorów. Doskonale wiadomo, że oba te elementy są bardzo ważne dla Gotham. Jeżeli chodzi o architekturę, to stanowi ona wypadkową różnych stylów, często bywa inspirowana istniejącymi budynkami. Gotham jest sztucznym tworem opartym na różnych i łatwo rozpoznawalnych budowlach. Dzięki temu wydaje się odbiorcy znane. Korzystając z różnych klisz, bardzo szybko staje się nią staje.

Mnie najbardziej podoba się to, że autorzy komiksów o Batmanie postanowili stworzyć fikcyjną historię dla tego sztucznego miasta. W tym przypadku na szczególną wzmiankę zasługują Alan Moore, Peter Milligan oraz Frank Tieri. Trójka ta stworzyła fundamenty wokół, których konstruowana jest historia Gotham i mieszkańców.

Gotham Through Clouds and Smog (New York) /  Jeremy (CC BY-NC-ND 2.0)

Gotham Through Clouds and Smog (New York) / Jeremy (CC BY-NC-ND 2.0)

Miasto miało powstać w 1635 roku za sprawą norweskiego najemnika kapitana Jona Logerquista. Potem losy Gotham układały się różnie. Zostało zajęte przez Brytyjczyków, w trakcie rewolucji amerykańskiej stało się miejscem ważnej bitwy, gdzie szczególną odwagą wykazał się Nathan Cobblepot, czyli przodek Pingwina. Oczywiście są to elementy zapożyczone z historii Nowego Yorku, co jednoznacznie wskazywałoby na źródło inspiracji. Jednak zostaje to rozbite poprzez wprowadzenie wątków kryminalnych, do których można zaliczyć wojny gangów. Do takowej miało dojść w XIX wieku. Gotham było wtedy rządzone przez pięć różnych zorganizowanych grup przestępczych.

Trudno pominąć wątki nadprzyrodzone, które są związane z Gotham. W jednej z serii dotyczących Batmana pojawiły się informacje mówiące o tym, że amerykańscy Ojcowie Założyciele zajmowali się przyzywaniem demonów, które akurat upodobały sobie Gotham. Była także wzmianka o złej istocie, śpiącej w miejscu założenia miasta i oddziałującej na mieszkańców.

Zdarzały się zagłady. Miasto przeżyło zarazę oraz trzęsienie ziemi. Jak widać Gotham ma całkiem interesującą historię i jest konstrukcją trudną do zniszczenia. Zawsze podnosi się z gruzów. I właśnie tego elementu, aspektu bycia miejscem niezniszczalnym, a jednocześnie groźnym brakuje mi w ekranizacjach Batmana. Historia miasta wpływa także na mieszkańców. Temu jak radzą sobie w tym mrocznym mieście możemy przyjrzeć się w serialu Gotham.

Gotham w serialu

Na pewno na pierwszy plan wysuwa się destrukcyjny charakter miasta. Negatywnie wpływa ono na wszystkich mieszkańców, wplątuje ich w różnego rodzaju dziwne relacje. Żaden z bohaterów nie jest kryształowy, nawet Jim Gordon wydaje się być powoli konsumowany przez Gotham. Bo w serialu miasto to przypomina potwora, który żywi się niegodziwością. Wszyscy są świadkami zbrodni, wymuszeń, morderstw oraz wszelkiego rodzaju innych negatywnych ludzkich działań. Ten stan zagrożenia mam uzasadnienie – jest to Gotham przez Batmanem, ta postać się dopiero rodzi. Dlatego tak ważne są relacje młodego Bruce’a Wayne’a z Jimem Gordonem.

Warto spojrzeć na serial z perspektywy tekstu inspirowanego uniwersum Batmana, a nie w pełni realizującego jego założenia. Wtedy Gotham staje się interesujące. Szczególnie dla fanów Mrocznego Rycerza. Obawiam się, że pozostałych może zrazić. Szczególnie w chwilach, w których zaczyna flirtować z konwencją komiksu superbohaterskiego.

Przestrzeń mityczna w Interstellar

Plakat "Interstellar" / Warner Bros

Plakat “Interstellar” / Warner Bros

W pozornie bezpiecznym statku kosmicznym doznają poczucia osamotnienia. Zamknięci w „blaszanej puszce” zdani są na nagrane odgłosy przyrody. Nie brakuje im niczego poza widokiem otwartej przestrzeni. I tutaj pojawia się ciekawy paradoks – z łatwością mogą wydostać się ze statku, jednak mają świadomość, że poza nim nie przeżyją ani chwili. Ograniczają ich także zasoby, które zabrali ze sobą. Mają do dyspozycji tylko określoną ilość paliwa i jedzenia, potem czeka ich śmierć. Trwają w zawieszeniu pomiędzy życiem, a śmiercią – przestrzeń statku kosmicznego nie daje jednoznaczniej odpowiedzi na pytanie o przeżycie. Gwarantuje tylko tymczasowe podtrzymanie życia. Jednak ze statkiem kosmicznym związany jest pewien bardzo ważny i często pomijany element.

//Fragment artykułu opublikowanego na stronie Klubu Miłośników Filmu.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén