Jesień to nie tylko czas spadających liści, ale także nowej ramówki. Zaczynają się wszelkiego rodzaju targowiska talentów, znane jako talent show. Obok najbardziej rozpoznawalnego Mam talent są także Top Chef, Masterchef, Aplauz oraz inne Must be the Talent. Przesyt wyjątkowych ludzi, którzy atakują telewidzów. Powtarzalność, bo większość śpiewa, czasem ktoś zatańczy lub zagra. Kuchenny atak w szefach i jury o pokerowych twarzach. Trudno pominąć granie na emocjach, które jest trochę tanie, naiwne i niesmaczne. Szczególnie gdy wszechwiedzący zaczynają komentować. Tacy młodzi, a już genialni.

Polska w telewizji, sprecyzujmy, że w programach rozrywkowych typu talent show, jest rezerwuarem geniuszy. Okazjonalnie prezentuje się jakiegoś kosmitę, ale tylko po to, aby poprawić notowania pozostałych wspaniałych uczestników. Jury siedzi, obserwuje i ocenia. Rozróżniają prawdziwą Sztukę i Rozrywkę, od zwykłych wygłupów. Dlatego, gdy ktoś pięknie zatańczy, to przechodzi dalej, ale już wymiotowanie wodą nie zachwyca. Chociaż reakcje publiczności były zgoła inne, jednak mam nadzieję, że była to wyłącznie przekora, żadna fascynacją czymś tak niesmacznym i głupim. Jeżeli było inaczej, to spuśćmy na to zasłonę milczenia. Pierwszymi krytykami młodego talentu są specjaliści z dziedzin różnych, którzy bacznie obserwują poczynania uczestnika. Potem przychodzi czas na telewidzów i głosowanie. Wygrywa nawet nie tyle najlepszy, co ten, który najbardziej się podobał.

Drogi tych zwycięzców są różne. Okazuje się, że dotarcie do samego finału daje więcej, niż samo zwycięstwo. Jest splendor, są miliony monet z reklam, jakieś piosnek lub bycie twarzą bankietu – przepraszam! – iwentu. Szołbiznes jak się patrzy! A pamiętacie jeszcze Gienka Loskę i to, że miał być nadzieją bluesa, ale potem wypadł płytę, której jedyną wartością była cena na okładce? Podejrzewam, że nie, w końcu wśród prawdziwych talentów nie ma miejsca dla zapomnianych. Jest jeszcze coś! Taki przyjemny frazes mówiący, o którym pisał Karol Irzykowski. Nie zaszkodzi mała wycieczka w przeszłość, do dwudziestolecia międzywojennego, które również musiało się zmierzyć z problemem talentyzmu. Na temat wspomnianego i przemilczanego przeze mnie frazesu, Karol Irzykowski pisze:

Jest to jedna z tych przewieln prawd w estetyce, które są prawdą, ale które są zupełnie obojętne i bezpłodne. “Prawdziwy talent zawsze znajdzie sobie drogę, – talent zawsze się na wierzch wybije” i t. d. Oczywiście-ale po ilu błądzeniach znajdzie tę drogą i ile razy tymczasem po łbie dostanie.

Słowa te zostały opublikowane w „Wiadomościach Literackich” w 1924 roku, czyli 91 (słownie: dziewięćdziesiąt jeden) lat temu. W dalszym ciągu są aktualne. Jakoś nie lubimy słuchać o godzinach treningów, setkach porażek, które sprawiały, że człowiek w siebie wątpił, o doskonaleniu siebie przez pracę nad swoimi umiejętnościami. Wolimy rzewne historie, w których podkreśla się wyjątkowość talentu, to że pojawił się w takim, a nie innym miejscu i że było ciężko, ale teraz – TERAZ! – dzięki programowi będzie już tylko lepiej. A ci próbujący zaprezentować swoje umiejętności, ale nie występujący w programach? Kogo oni obchodzą! Niech sobie zrobią zbiórkę, to może ktoś się nimi zainteresuje. Mam wrażenie, że zaczęliśmy podziwiać wyłącznie te talenty, które są w pewien sposób telewizyjne. Weźmy skrajny przykład – Poetę! Gdzie wierszokleta do Mam talent! Co tam przeczyta? Frazą spróbuje zainteresować? Nie, to bez sensu, zresztą w jury nie siedzą ludzie od literatury, na innych dziedzinach artystycznej aktywności się znają. Poeci i pisarze nich sobie biorą udział w konkursach literackich, bloga niech piszą! Tam ich miejsce.

Chyba że wydadzą jakąś świetną książkę. Wtedy, być może, bo wcale to nie jest takie oczywiste, zainteresuje się człowiekiem i jego twórczością telewizja śniadaniowa.

Angela Vincent / My Hidden Talent (CC BY NC ND 2.0)

Angela Vincent / My Hidden Talent (CC BY NC ND 2.0)

Odwieczny konflikt

Na naszym polskim podwórku spierają się prawdziwi artyści i rzemieślnicy. Pierwsi roszczą sobie wyłączne prawa do uprawiania sztuki, a drudzy czują się urażeni brakiem szacunku – i słusznie. Dlatego nie dziwię się, że tak chętnie szturmują programy telewizyjne. Chcą się pokazać, utrzeć nosa tym wielkim artystom i nie należy ich za to winić. Poza tym całe ten konflikt nie ma najmniejszego sensu, uważam, że w wyniku tej opozycji nasza kultura bardzo dużo traci. Problem ten, w ciekawy sposób, opisał Karol Irzykowski:

Mówi się, np., że pewien dramaturg nie ma talentu, a jest tylko dobrym rzemieślnikiem. Pardon, w takim razie ma talent do rzemiosła, a to jest talent również istotnie twórczy, bo aby wypełnić pewne formy, trzeba mieć żywą ich wizję.[…] Niema człowieka, któryby był pozbawiony talentu, – jak niema człowieka bez śledziony, bez nerek. Ale u nas przypuszcza się, że talent jest udziałem tylko pewnych wybrańców, nazywa się to naiwnie i sentymentalnie “iskrą bożą”.

Miał rację. Wykształcenie w sobie pewnej umiejętności wymaga pracy i sporych nakładów czasu. Dlaczego mamy tego rzemieślnika traktować jako gorszego, jako kogoś, kto nie tworzy sztuki? W naszej kulturze widać wyraźne lekceważenie takich osób, które przejawia się jakąś dziwną niechęcią do kultury popularnej. W wyniku tego mało który polski prawdziwy artysta potrafi opowiadać. Tworzą rzeczy konceptualne, dostępne wyłącznie dla wybranych umiejących odczytywać zawarte w sztuce kody. To nie wzbogaca, dzięki takiej postawie tylko biedniejemy. Na szczęście mamy autorów, którym niestraszna jest narracja! Widać to w fantastyce naukowej, w fantasty oraz w powieściach kryminalnych. Mamy dostęp do ciekawych historii, które są bogate w różną problematykę. Wielu autorów nie zdobywa tytuły prawdziwego artysty, ale trudno im odmówić osiągnięcia mistrzostwa w posługiwaniu się słowem i danym gatunkiem. Czy aż tak potrzebujemy artyzmu, w tej najgorszej, bo ekskluzywnej wersji? Nie sądzę.

Iskra boża to zupełnie inny problem. Niby mamy XXI wiek, smartfony w kieszeniach i konta na Fejbuniu, ale ślepo wierzymy w różne ideały, które aktualne były w dobie romantyzmu. Trzeba je zrewidować, co zresztą próbuje się robić, jednak wtedy podnoszą się głosy mówiące, że atakuje się nasze dziedzictwo narodowe, naszą tożsamość! Składa się na nią tylko i wyłącznie romantyzm? Dwudziestolecie już nie? Okres okupacji też wypada, komunizm podobnie? Bardzo to smutne, że pomimo naszej ponowoczesności (a nawet, tfu, tfu, postmodernizmu) pielęgnujemy takie zaśniedziałe artefakty jak „iskra boża”. Myślę, że najlepiej odstawić ją, tę iskrę, do muzeum i od czasu do czasu podziwiać. Nad talentem trzeba pracować, rozwijać go. Na nic natchnienie, spływające na artystę światło, jeżeli nie opanował podstaw swojego rzemiosła. Chcesz być pisarzem? Siadaj i pisz! Zeszyt w kratkę (lub w linie), ołówek, pióro, długopis i zasuwasz. Fabuły, poezje, recenzje, krytyki – wszystko! Szukaj tego, w czym czujesz się najlepiej. Rozmawiaj o swojej twórczości, nie wstydź się jej. Początku zawsze bywają trudne. Podobnie jest z innymi rodzajami sztuki. Nad swoim talentem trzeba pracować, bardzo żałuję, że rzadko się o tym mówi.

Spełniło się to, co napisał Karol Irzykowski:

Stwarza się najgorszy ze wszystkich izmów: talentyzm. Na pozór jest on przecież czemś jednynem, co się rozumie samo przez się. Ale z talentu samego i Salomon nie naleje, i Norwid słusznie powiedział, że “talent to zasługa”.

Ten talentyzm nas otacza. Sprawę pogarsza przekonanie, że każdy może tańczyć, pisać, malować lub śpiewać. Bo widzimy takich mniej uzdolnionych w telewizji i to sprawia, że pragniemy sławy. Czy dla artysty sława to faktycznie wszystko? Być może rację mają tutaj rzemieślnicy, którzy lubią podziwiać swój majstersztyk, czyli koncentrują się na dziele. Chciałbym wierzyć, że talentyzm uda nam się pokonać, ale jest on karmiony przez telewizję i podsycany przez wybiórcze traktowanie romantyzmu. Nie pozostaje nic innego, jak tylko zostać hipsterem.

//Bibliografia:

  • K. Irzykowski, Talent jako fetysz, “Wiadomości Literackie” nr 24, Warszawa 1924.

//Obrazek wyróżniający: Bright Vibes / You have the talent (CC BY NC ND 2.0)