Tag: co warto obejrzeć na netflixie (Page 1 of 2)

Oślepiające pragnienie władzy

Piąty sezon Peaky Blinders już za mną. W dalszym ciągu lubię ten serial, chociaż miewał słabsze momenty. Szczególnie w momentach, w których twórcy chcieli zmienić rytm narracji, spowolnić ją. Wtedy bywało nudo, często zadawałem sobie pytanie o konieczność wprowadzenia tej lub innej linii fabularnej. W piątym sezonie od pierwszego odcinka jest intensywnie. Najnowsza seria cała jest napakowana akcją, intrygami oraz szaleństwem. W tym ostatnim przypadku pierwsze skrzypce przeszły w ręce Thomasa Shelby’ego.

Dla mnie ten serial cały czas dotyczy problemu władzy. Z tym, że próbuje ugryźć ten temat od innej strony, niż – na przykład – House of Cards. W tym przypadku ważne było znacznie urzędu prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki oraz tego, że ta osoba często wpływa na układ sił na świecie. Stąd intrygi przypominały dworskie knowania. Pełne trucizn, łapówek oraz oszukiwania wspólników. Frank Uderwood miał konkretny cel i robił wszystko, aby go osiągnąć. Był na nim całkowicie skupiony, podporządkował całe swoje życie pragnieniu absolutnie władzy. Czy był szalony? Nie sądzę, na pewno metodyczny w swoich działaniach. Racjonalny i pragmatyczny do ostatniego kroku. Zawsze gotów wyprowadzić kontratak.

Odnoszę wrażenie, że właśnie taka struktura bohatera sprawiła, że od trzeciego sezonu jakość narracji w House of Cards zaczęła konsekwentnie spadać. Bywały dobre moment, jednak traciły znaczenie ze względu na przytłaczających liczbę średnich wątków. Twórcy Peaky Blinders cały czas grają motywem szaleństwa. Thomas Shelby, żołnierz doświadczony przez brutalne starcia I Wojny Światej, nigdy z niej nie wrócił. Cały czas walczy w okopach. Potrzebuje przeciwników, namiętnie ich szuka, żyje tylko wtedy, gdy może się z kim skonfrontować. Jednocześnie cały czas powiększa swój majątek i wpływy. Jakby szukał równowagi, ale nie potrafił jej utrzymać. Widać to szczególnie w piątym sezonie, który najmocniej koncentruje się na postępującej degradacji umysłu Thomasa Shelby’ego. Jednocześnie, co warto zaznaczyć, nie staje się przez to mniej skuteczny.

Narracja, moim zdaniem, zmierza w kierunku motywu szalonego króla. Władcy, którego ktoś musi odsunąć i zasiąść na jego tronie. Podejrzewam, że rozłamów w klanie będzie coraz więcej. Pojawią się stronnictwa, a jedyną szansą na rozpoczęcie wspólnych działań, będzie pojawienie się zagrożenia z zewnątrz. Czy Thomas Shelby, zaangażowany w politykę i porządkowanie brytyjskiego społeczeństwa okresy międzywojennego, w porę je zauważy? A może ulegnie swoim demonom i rozpocznie się jego powolny upadek?

Z takimi pytaniami pozostawił mnie piąty sezon Peaky Blinders. Był jednym z lepszych w całej serii. Porządnie zbudowana narracja, mocne zwroty akcji, a także zmiany w charakterach poszczególnych bohaterów. Potężna porcja nieźle przyrządzonej rozrywki. Moim zadaniem ten sezon jest pozycją obowiązkową dla miłośników thrillerów trzymających w napięciu do samego końca.

Dom pełen strachu

Dobry serial można poznać po tym, że niemiłosiernie wciąga. Wsysa jak bagno. Taką przykuwającą do ekranu produkcją jest Nawiedzony dom na wzgórzu. Horror, ale taki nieoczywisty, z kilkoma zmienionymi elementami. Momentami straszny, chwilami smutny. Te zmiany rytmu w narracji sprawiają, że trudno zrezygnować z kolejnego odcinka. Na dodatek pierwszy sezon stanowi zamkniętą całość. Dzięki czemu odbiorca unika bolesnego rozczarowania związanego ze zbędnym przedłużaniem fabuły.

Włączając pierwszy odcinek Nawiedzonego domu na wzgórzu, należy liczyć się z tym, że pojawi się konieczność obejrzenia kolejnych. Dlatego oglądanie tego obrazu warto zaplanować na spokojny weekend, aby móc, bez zbędnych wyrzutów sumienia, całkowicie poświęcić swoją uwagę Netfliksowi. Nawiedzony dom zostaje ukazany w interesujący sposób – z perspektywy każdej, zaangażowanej w historię, postaci. Widz stopniowo dowiaduje się, jakie tajemnice kryje ta niebezpieczna przestrzeń. Historię napędza zbliżająca się wraz z każdym odcinkiem nieunikniona konfrontacja. Właśnie ten element został w interesujący sposób zrealizowany.

Na pewno wszyscy znacie horrory, w których głównym zajęciem bohaterów jest umieranie. Komuś zawsze uda się przetrwać do ostatniej sceny i rozwikłać tajemnicę, ale pozostałe postacie pojawiają się głównie po to, aby oddać życie w imię rozwijającej się fabuły. Nawiedzony dom na wzgórzu inaczej rozwiązuje tę kwestię. Nie ma co oczekiwać piętrzącego się stosu trupów. To nie slasher, raczej film grozy z doskonale opowiedzianą tajemnicą. Szczególnie ważne są postacie opowiadające swoje historie. W Nawiedzonym domu na wzgórzu odbiorca ma do czynienia z rodziną, której członkowie zostali złamani przez złą energię panoszącą się w tytułowym domu. Duch i potwory przekształcają się w skomplikowane traumy. W całą rodzinę szczególnie uderzyła śmierć matki. Przedstawiona jako samobójstwo, ale ta tragedia związana była z opętaniem. Nie wszyscy bohaterowie zgadzają się z taką interpretacją, racjonalizują całe wydarzenie i wolą mówić o chorobie psychicznej.

Widz widzi obie warstwy. Racjonalną, oparta na próbie ułożenia świat ze stałych elementów oraz nadnaturalną widoczną w wizjach i snach postaci. Dom, a także czające się w nim niebezpieczeństwo jest ciągle wypierane. Czai się na drugim planie, okazjonalnie dając o sobie znać. Zła siła stopniowo staje się coraz potężniejsza, zmusza rodzeństwo do ponownego wejścia do nawiedzonego domu. Konfrontacja zostaje świetnie przedstawiona. W ostatnich trzech odcinkach zostają rozwiązane tajemnice, z jakimi borykała się rodzina bohaterów. Zniszczenie wizji oraz ujawnienie szerokiego wpływu złej siły pokazuje, jak wiele problemów wynikało z ignorowania prawdziwej natury domu. Element przezwyciężenia jest również nietypowy. W tym horrorze nie ma spektakularnego pokonania ducha lub innego demona. Finałowi bliżej do pogodzenia się ze skomplikowaną historią rodziny i z zaakceptowaniem innego wymiaru życia.

Nawiedzony dom na wzgórzu to świetny serial. Wciągający, nietuzinkowy oraz ciekawie zrealizowany.

Miłosna intymność

Miłość. Trudny temat. Nie tylko dla nas, ludzi, ale także dla twórców. Kultura jest pełna grafomańskich uniesień. W każdej dziedzinie sztuki, chociaż może się wydawać, że prym wiedzie poezja. Teksty stworzone pod wpływem nagłego uderzenia Amora rzadko posiadają wartość artystyczną. Na pewno są cenne dla osób zaangażowanych w związek, dla reszty świata, już niekoniecznie. A dodajmy do tego jeszcze rozstanie! Dopiero wtedy rozpoczyna się artystyczne piekło!

W przypadku uczuć artyści lubią wpadać w różnego rodzaju schematy. Podobnie jak odbiorcy. Wielu miłośników popkultury, wątki miłosne, kłują w oczy. Nic dziwnego. Realizuje się je po łebkach, bez porządnego przygotowania. Bywa, że artyści sami wpadają w trudne do zniesienia sentymentalne tony lub – co jest jeszcze gorsze! – sprowadzają miłość do kilku nieudolnych scen łóżkowych. To nastawienie, że uczucie są ludzką sprawą i z łatwością można je przedstawić, staje się niebezpieczną pułapką. Myślę, że każdy może wymienić przynajmniej jeden tekst popkultury, w którym pojawiła się Wielka Miłość, ale zamiast uniesień, obecne było wyłącznie zażenowanie. Gdy już, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, przypomnicie sobie tytuł oraz towarzyszące mu wrażenia, wygrzebcie z odmętów Netfliksa film Blue Jay.

Aby go obejrzeć, wystarczy mieć około 80 minut wolnego czasu. A warto go wygospodarować. W Blue Jay historia wydaje się do bólu oklepana. W niewielkim miasteczko wpadają na siebie dwie osoby. On niedawno pochował matkę, sprząta swój rodzinny dom. Ona przyjechała do swojej siostry, która jest w ciąży. Wpadają na siebie w supermarkecie. Kiedyś sądzili, że spędzą ze sobą całe życie, ale rzeczywistość zweryfikowała te oczekiwania. Kawa prowadzi do dłuższej rozmowy, do wyrzucenia sobie wszystkich nagromadzonych cierpień. Od ich ostatniego spotkania minęło w końcu ponad 20 lat. Ładunek sentymentalizmu powinien zabijać w pierwszej minucie filmu. A jednak tak nie jest. Blue Jay zrealizowany jest mądrze, z głową, z odpowiednią atmosferą. Bez zbędnego patosu, niepotrzebnych uniesień. Intymność relacji zostaje doskonale oddana, a wszystko to, dzięki zamknięciu akcji w jednej, niewielkiej przestrzeni.

Najważniejsze elementy fabuły, rozgrywają się w rodzinnym domu bohatera. Wspomnienia, przeszłość wyłaniająca się z każdego kąta. Godziny spędzone razem, wspólne nagrania oraz niewysłane listy. Jeszcze ciekawsze, okazuje się to, co nie zostało wypowiedziane. Trzeba przyznać, że pomiędzy bohaterami istnieje napięcie, jednak trudno je nazwać erotycznym. W Blue Jay coś cały czas czai się w tle, tyka ukryta bomba, w szafie, poza flanelowymi koszulami, spokojnie zalega trup, którego bohaterowie starają się uniknąć. Aż dochodzi do konfrontacji, wybuchu, krzyku i wyjaśnienia. Miejscem rozwiązania fabuły jest tam sam dom. To tam dochodzi do finalnego oczyszczenia relacji i wyjaśnienia rozstania. Wszystko rozgrywa się pomiędzy dwójką bohaterów, świat jest obok, w niektórych momentach wręcz zdaje się nie istnieć. Za to dom, przeszłość i wspomnienia są do bólu realne i obecne.

Blue Jay to interesujące wejście w intymny świat dwójki ludzi. Zrealizowane z klasą, wzruszające i pozbawione mdłego sentymentalizmu.

Księżniczka, elf i demon

Dzisiaj skończyłem Rozczarowanych. Wystarczył jeden weekend, abym dotarł do ostatniego odcinka nowej animowanej produkcji Netfliksa. Zasiadłem przed telewizorem bez żadnych oczekiwań. Futurama była klasą samą w sobie, taki klimat trudno powtórzyć. Dlatego Rozczarowanych potraktowałem jako coś zupełnie innego. Materiał stworzony z myślą o współczesnych odbiorcy. Tytuł mniej pokręcony od przygód Ricka i Morty’ego.

Jeżeli zmęczyli Was obcy, a także pijackie żarty genialnego naukowca, to Rozczarowani mogą okazać się interesującą alternatywą. Tylko trzeba pamiętać o jednym – od pierwszego odcinka serial zmierza w kierunku nieuchronnej dekonstrukcji. Wyśmiewane i rozwalane są wszystkie znane z kultury schematy. A najmocniej dostaje po głowie – baśń. Wszyscy kojarzymy narracje o Czerwonym Kapturku lub Jasiu i Małgosi. Rozczarowani powstają z myślą o rozmontowaniu tej struktury. To opowiedzenie historii antybohaterki współpracującej z dwójką miernych pomocników. Nawet sam demon nie jest, aż tak demoniczny, jak mógłby być. A elf? Niewiele w nim magii, pochodzenie również szybko zostaje podane w wątpliwość. W Rozczarowanych wszystko jest niepewne, każdy wątek balansuje na granicy absurdu. Prawdziwą sztuką jest ciągle na niej balansować i nigdy nie spaść w bezsens. To się udało.

Obserwując poszczególne zwroty akcji, wielokrotnie rozkładałem ręce w kulturalnym geście „ALE CO TUTAJ SIĘ DZIEJE?!”. A potem okazywało się, że motywacje bohaterów są spójne z wizją świata przedstawionego. Upychanie fragmentów ciał w kominku? Myślicie, że to niemożliwe? Obejrzyjcie Rozczarowanych. A chwytanie demonów do butelek i wrzucanie ich do wulkanu? Znowu – Rozczarowani. Brawurowa zabawa z wrzucaniem przedmiotów do gorących miejsc oraz naigrywanie się z motywu egzorcyzmów, tak mocno zajechanego przez popkulturę. Wybrałem tylko dwie rodzynki z tego przepysznego ciasta. W trakcie oglądania zachęcam do poszukiwania właśnie takich odniesień. Wtedy zabawa staje się jeszcze ciekawsza, a serial nabiera dodatkowych barw. Nie bójcie się absurdu, surrealizmu niektórych prezentacji! Rozczarowani to koherentna wizja, porządnie zrealizowany serial.

Poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko i liczę na to, że kolejny sezon nie będzie odbiegał poziomem od pierwszego. W Rozczarowanych sprytnie została ukryta krytyka współczesnej kultury. Nie ma tutaj niczego nachalnego, delikatne wskazówki pojawiają się na drugim planie. Stanowią wypadkową gestów, słów oraz inspiracji pojawiających się w serialu. Być może właśnie dlatego Rozczarowani sprawili mi tak dużo przyjemności. Dopiero po obejrzeniu danego odcinka, zdawałem sobie sprawę, jakie schematy zostały zdekonstruowane. Nie pozostaje mi nic innego, jak włączyć sezon ponownie i dowiedzieć się, czego nie dostrzegłem za pierwszym razem.

Konfrontacje ze schematem

Wiecie, że na Nefliksie wylądowała piąta część Rekinado? Okropna, zła, pełna dziwnych ujęć, z kompletnie rozwalonym montażem. Narracja w strzępkach, film jest w zasadzie zlepkiem przypadkowych wydarzeń z motywem przewodnim, czyli z rekinado. To takie tornado z rekinami, rzecz trudna do opisania, to trzeba zobaczyć. Obejrzałem. Tak samo, jak poprzednie części. Nie żałuję poświęconego czasu.

Konfrontowanie się z takimi miernymi produkcjami daje mi sporo przyjemności. Nie ma nic gorszego, niż kiepski film zrobiony na poważnie. Taki, w którym reżyser, aktorzy, operatorzy, kaskaderzy, katering i inne osoby zaangażowane w produkcję, nie zdają sobie sprawy z mierności swoich poczynań. Może niepotrzebnie wrzuciłem katering, może kanapki były dobre, jednak o scenariuszu lub grze aktorskiej, już nie można tego powiedzieć. Człowieka chwyta dysonans – na ekranie fabuła się sypie, postacie są do bólu sztuczne, a dialogi drętwe, jednocześnie wszyscy próbują zachować poważna minę. Tak powstają najgorsze gnioty. Rekinado do nich nie należy. Tutaj od początku wiadomo, że celem filmu jest łączenie głupoty z nawiązani do popkultury. Wszystko jest doprawione zupełnym brakiem powagi. Autorzy nawet przez chwilę nie próbują przekonać odbiorcy, że jakikolwiek element filmu jest traktowany poważnie.

Jednocześnie trudno nazwać ten film dobry. To kino klasy Z, dla osób lubiących analizować złe połączenia w tekstach kultury. Strzępy fabuły zszyte najgorszej jakości dratwą. Wymuszone dialogi, przypominające najgorsze spotkania rodzinne w trakcie świąt. Właśnie dla takich atrakcji oglądam Rekinado. Później sięgam po kino gatunkowe, najlepiej, jeżeli dana realizacja doskonale wpisuje się w określoną formułę. Taki filmem okazał się Rytuał, również dostępny na Netfliksie. Opowieść o grupie mężczyzn, którzy schodzą ze szlaku, trafiają do lasu, w którym znajdują opuszczoną chatę. Nocują w niej, zaczynają się dziać dziwne rzeczy, ludzie giną, między drzewami grasuje potwór. Sztampa, prawda? Znana wszystkim forma, zero zaskoczeń, łatwe do rozszyfrowania zwroty akcji.

Rytuału nie można nazwać filmem złym. Wyraźnie widać zrozumienie konwencji, jej zręczne wykorzystanie oraz świadome poruszanie się w obrębie gatunku. Nie jest to żaden majstersztyk, żadne arcydzieło, ale po prostu dobrze wykonana robota. Rytuał przypomina, że w kulturze potrzebujemy także zdolnych rzemieślników, a nie tylko wybitnych artystów. Właśnie po to, aby bawili nas zręcznie wykonanymi formami, aby utrwalali gatunki, które potem stają się punktami odniesienia. Kultura popularna ma swoje wyjątkowe teksty, ale zdarzają się one rzadko. Zdecydowanie częściej odbiorca zderza się z odlewem wykonanym na podstawie gotowej formy. Od umiejętności twórcy będzie zależał efekt, wrażenie, jakie zrobi na odbiorcy.

W końcu wszyscy lubimy zręcznie wykonane przedmioty. Nie inaczej jest z tekstami kultury. Nawet te stworzone na podstawie schematów, jeżeli są wykonane porządnie, mogą dostarczyć wielu wrażeń.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén