Tag: crowdfunding (Page 2 of 3)

"Polski Duch"

Bezkompromisowy “Polski Duch”

Polskich komiksów nigdy dość! Szczególnie, jeżeli są przygotowywane z pomysłem i przekorą. A tak właśnie jest z Polskim Duchem. Już raz pisałem o tym komiksie, teraz przyszedł czas na mały wywiad. Moment jest szczególny, ponieważ twórcy Polskiego Ducha zbierają na papierowe wydanie komiksu.

Adrian Jaworek: Skąd wziął się pomysł na stworzenie Polskiego Ducha?

Tomasz Kleszcz: Pomysł na komiks superbohaterski od dawna mi chodził po głowie, bo od tego się zabrałem do rysowania komiksów. Prawdę mówiąc, gdy zobaczyłem, że Biały robi niezłą karierę, to stwierdziłem, że to dobry czas na stworzenie własnego komiksu o superbohaterze.

Wraz ze współscenarzystą Piotrkiem Gaszczyńskim nie chcieliśmy, aby był on podobny. Dlatego sam Polski Duch to postać drugoplanowa, historia jest o czymś zupełnie innym.

A.J: Jaka jest Twoja opinia na temat komiksów zaangażowanych ideologicznie?

T.K: To zależy, jak komiks jest zrobiony. Jeżeli przedstawia ideologię w sposób rozsądny, a nie łopatologiczny, to nie mam nic przeciwko.

Komiks jako medium również służy do przekazywania pewnych prawd, a nie tylko rozrywce. Ideologie też trzeba przedstawiać za pomocą komiksu. Jeżeli jest to zrobione dobrze, to jak najbardziej popieram takie pomysły.

A.J: Czy Polskiemu Duchowi jest blisko do Kapitana Ameryki?

T.K: Nie do końca. Powiedzmy, że jeżeli chodzi o styl kostiumowy i graficzny, to faktycznie wzorowałem się na tym superbohaterze w wykonaniu Bryana Hitcha. W przypadku charakteru postaci jest inaczej.

Polski Duch nie jest takim typowym bohaterem jak Kapitan Ameryka, nie ma swojej drugiej ukrytej tożsamości – przynajmniej do tej pory jej nie ujawniliśmy i raczej się nie ujawni – jest to troszeczkę inaczej skonstruowany komiks.

A.J: To gdzie są te różnice?

T.K: Kapitan Ameryka to postać, która hołubi swój kraj, jest zawsze zapatrzona w amerykańską flagę, nigdy nie łamie pewnych zasad. Polski Duch jest postacią enigmatyczną, nie do końca wiadomo, kim on tak naprawdę jest, jakie są jego zasady postępowania. A przede wszystkim – nie walczy w imię wzniosłych i wyższych patriotycznych celów tak, jak Kapitan Ameryka.

A.J: Gdzie udało się wam przemycić polski kontekst kulturowy?

T.K: W umiejscowieniu komiksu, w jego realiach. Akcja dzieje się na zwykłych ulicach w Krakowie. Jeżeli ktoś tam mieszka, to jest w stanie rozpoznać te lokalizacje, ponieważ są zbliżone do rzeczywistych. Ważne też jest zachowanie Karola.

Często powtarzam, że żyję w kraju, w którym karmi się nas rzeczami, które nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością i to chcieliśmy w tym komiksie pokazać. Nie jest tak różowo, jak się pokazuje w telewizji. Nie wszyscy żyją na kredytach i mają piękne, nowe domy. Karol miał być właśnie taką postacią. Nie oszukujmy się – w Polsce jest mnóstwo ludzi, którzy nie odnieśli sukcesu i przez ten komiks chcieliśmy to pokazać.

Karol próbował postępować dobrze i żyć tak, jak społeczeństwo od niego wymagało i nie do końca to się sprawdziło.

A.J: Właśnie! Karol! Ta postać od początku zwraca moją uwagę, bo przełamuje model komiksu superbohaterskiego. Mam wrażenie, że za jego sprawą Polski Duch zaczyna iść w kierunku komiksu autorskiego.

T.K: Niekoniecznie autorskiego, raczej w stronę obyczajowego. Polski Duch nie jest główną postacią naszego komiksu, mimo że można go nazwać najbardziej reprezentatywną, bo robi największe wizualne wrażenie.

Jest to komiks obyczajowy, w którym próbujemy pokazać żywot zwykłego polskiego obywatela. Wydaje mi się, że takich komiksów jest niewiele. A już na pewno nie ma takich komiksów o Polsce. Bo są komiksy obyczajowe, biograficzne zagranicznych autorów, ale takich typowo polskich, to nie kojarzę na pierwszy rzut. A jakieś pojęcie o tym rynku mam…

A.J: Był Likwidator, Wilq…

T.K: Likwidatora ciężko nazwać komiksem obyczajowym. Jest to komiks groteskowy, oparty na pastiszu polskiego społeczeństwa, bardzo miejscami dosadny.

My nie tworzymy dowcipu. Polski Duch jest zbliżony do rzeczywistości, nie naśmiewa się z niej.

A.J: Staracie się przełożyć polskie bagienko na rzeczywistość komiksową. Świetnie wam to wychodzi. Świat przedstawiony w Polskim Duchu jest żywy, nie nuży odbiorcy, cały czas coś się dzieje. Ciekawe są te odniesienia do polityki i krytyka społeczeństwa.

Nie boisz się posądzeń o zbytnie zideologizowanie Polskiego Ducha?

T.K: Ja się nie boję i uważam, że współcześnie rozmyły się zasady w społeczeństwie… Planujemy to poruszyć w komiksie, więc za dużo nie chcę zdradzać. Karol będzie taką postacią, która nie będzie się bała powiedzieć, że coś mu się nie podoba, coś mu nie pasuje. Karol widzi, że pewne rzeczy są w tym kraju złe i powie to na głos.

Nie będę ukrywał, że troszeczkę ma ze mną wspólnego, bo gdy rysuje się taki komiks, to się czerpie z własnego doświadczenia. Dzisiaj wiele osób boi się odezwać, bo jeżeli powiedzą coś innego, niż wypada, to automatycznie uznawane jest to za złe, za marudzenie, za psioczenie, itd. Ludzie boją się wypowiadać swoje myśli, bo zaraz ktoś powie „marudzisz, zapeszasz, jesteś nietolerancyjny”, czy coś w tym stylu.

Nie wszystko musi się nam podobać i nie wszystko musimy tolerować, nawet jeśli nie mamy na to wpływu.

A skoro tworzymy komiks dla własnej satysfakcji, to nie będziemy go robić pod publiczkę i pilnować tego, żeby był poprawny politycznie.

"Polski Duch"

“Polski Duch”

A.J: Lubię takich artystów! Właśnie takiej bezkompromisowości brakuje mi w polskiej popkulturze. W Polskim Duchu czuję taki potencjał sprzeciwu – przywalić i roznieść to wszystko na małe kawałeczki.

T.K: Byłoby fajnie, gdyby nasz komiks dotarł do szerszych mas. Ale to jest ryzyko… Jeżeli podejmujesz się tematu, który sprzeciwia się pewnym zasadom, to jest duża szansa, że ten temat zostanie zduszony. Ludzie nie chcą pewnych rzeczy słuchać, czy oglądać, bo czują, że mają tego dość. Wolą włączyć telewizję i pooglądać Taniec z gwiazdami.

Komiks jest niszowym medium. Robienie komiksu, który ma nie tylko służyć rozrywce, nie jest cukierkowy, jest jeszcze trudniejsze, ale nie wszyscy muszą robić rzeczy, które się innym podobają. Czasami trzeba zrobić coś dla siebie, coś, co się uważa za słuszne.

A.J: Dlaczego powiedziałeś, że komiks jest niszowym medium? To gatunek związany z kulturą masową, wręcz do bólu popularny.

T.K: Zależy gdzie. Odnoszę wrażenie, że w Polsce jest inaczej. Co prawda zwiększa się sprzedaż, wydawcy sobie chwalą nakłady, zwłaszcza w mijającym roku 2015, to jednak jest to w dalszym ciągu bardzo niszowe medium. Trudno znaleźć ludzi, którzy mieliby o tym jakiekolwiek pojęcie. W autobusach i w pociągach ludzie rozmawiają głównie o telewizji, meczach i plotkach, ale nie o komiksach, o nich nic nie usłyszysz.

O komiksach mówi się na konwentach lub specjalistycznych blogach czy serwisach. Dlatego dla mnie to jest niszowe medium. Pokutuje mimo wielu świetnych publikacji – przynajmniej w moim odczuciu – takie zaściankowe myślenie, że komiks to Kaczor Donald i Czarodziejka z Księżyca. Od dwudziestu lat, to nie  uległo zmianie, niestety! Mimo, że wychodzą nowe komiksy, działają wydawnictwa, są w tym coraz większe pieniądze, to – nie oszukujmy się! – w umyśle polskiego obywatela komiks to bzdury.

A.J: U nas pokutuje myślenie, że komiks to tylko zabawa.

T.K: Zgadza się. Problem polega na tym, że biznes nie angażuje się w komiksy. Nie ma ludzi, którzy zarabiają na komiksach potężne pieniądze, komiksy nie pojawiają się w głównych mediach, to automatycznie są traktowane jako taka niszowa sprawa.

Czasami niewielkie wydarzenie, które pojawi się w telewizji, zrobi więcej szumu, niż światowej klasy komiksy pojawiające się w Polsce. Za nimi nie idą żadne akcje reklamowe! To jest takie zamknięte środowisko, które się utrzymuje, może ostatnio delikatnie rozwija, ale to jest nisza.

A.J: Rozmawiamy przy okazji zbiórki na Wspieram.to. To już druga próba sfinansowania Polskiego Ducha, prawda?

T.K: Tak. Druga i – najprawdopodobniej – ostatnia. Chcielibyśmy zobaczyć ten komiks na papierze, uważamy, że warto go wydać. Doszliśmy do wniosku, że nasi czytelnicy (mamy sporo odwiedzin) będą zainteresowani i wesprą ten projekt.

Za pierwszym razem było mniej materiału. Komiks był krótszy, może nie do końca określiliśmy jego przesłanie.

Prawda jest taka, że też nie dajemy rady go cały czas rysować w dotychczasowym tempie. Chcieliśmy zakończyć pewien etap. Pojawił się pomysł na drugą zbiórkę i zobaczymy, co będzie. A jak się zbiórka nie uda… To będziemy myśleć, co dalej.

A.J: Do tworzenia Polskiego Ducha wróciliście po przerwie. Coś się zmieniło?

T.K: Ja, jako rysownik, przestałem rysować. Dlatego, że nie daję rady. Nawiązaliśmy współpracę z kilkoma osobami, które być może by się podjęły kontynuowania pracy. Wszystko zależy od tego, czy projekt będzie działał dalej.

Scenariusz mamy napisany do końca, plansze są rozpisane, nic nie przybywa, nic nie ubywa. Historia jest gotowa, trzeba ją tylko narysować.

Jeżeli komiks nie spotka się z wystarczająco przychylnym przyjęciem, to czasami trzeba sobie powiedzieć dość.

A.J: To, co mówisz, jest trochę smutne. Liczyłem na to, że Polski Duch będzie gdzieś kontynuowany.

T.K: Nie mówię, że basta! Ale gdyby ta akcja toczyła się 5 lub 6 lat temu, gdy miałem więcej wolnego czasu, to pewnie bym komiks skończył. Ale latka lecą.

Ciężko rysować tylko hobbistyczne, zwłaszcza że Polski Duch jest robiony w stylistyce realistycznej. Narysowanie planszy wymaga trochę czasu. Już nie wspomnę o aktualizowaniu mediów społecznościowych. Na to, niektórzy koledzy z branży, poświęcają mnóstwo czasu. Ja ich, szczerze mówiąc, podziwiam. Bo aby uaktualniać bez przerwy Facebooka, strony internetowe, blogi i jeździć jeszcze na konwenty, potrzeba dużo zaangażowania.

A.J: Czy Polski Duch próbuje promować nowy polski patriotyzm?

T.K: Myślę, że nie. O ile znam zawartość scenariusza. Nie propagujemy żadnego nowego patriotyzmu. Chociaż poruszamy sprawy obyczajowe, to nie bawimy się w politykę.

W Polskim Duchu nie ma przekonań PiSowskich, POwskich lub innych partii. Polityka to jest coś, czego ja się nie tykam i moi koledzy biorący udział w tym projekcie również, przynajmniej w tym komiksie.

A.J: Mam wrażenie, że będzie Ci ciężko wyważyć ten komiks, gdy zbiórka się uda. Bohater jest ubrany w narodowe barwy, więc skojarzenie jest automatyczne.

T.K: Tak i to wszystko znajdzie swoje wyjaśnienie. Temat historii jest zamknięty, wszystkie zagadki znajdą swoje rozwiązanie. Opiszemy, dlaczego jest taki kostium, dlaczego postać jest w taki, a nie inny sposób skonstruowana, ale aby do tego dojść, należy wykonać przynajmniej ze sto plansz. A te czekają, aż ktoś się za nie zabierze.

A.J: Wspomniałeś, że akcja dzieje się w Krakowie. Akcja Blera Rafała Szłapy również została osadzona w Krakowie. Dlaczego po raz kolejny spotykam się z komiksem w Krakowie?

T.K: Rafał Szłapa w Krakowie mieszka, a ja całkiem nieopodal. Jedyne największe miasto w mojej okolicy, to Kraków, więc taki wybór był po prostu najłatwiejszy..

(śmiech)

To jedna sprawa. A po drugie, polskie miasta, poza tym, że mają zabytki w stylu Zamku na Wawelu, czy Pałacu Kultury w Warszawie, to nie bardzo mają swoją charakterystykę, podobną do tej znanej ze Stanów Zjednoczonych. Tam wystarczy narysować centrum z wieżowcami, które robią wrażenie. Rysowanie kamienic jest koszmarne.

Lepiej osadzić akcję komiksu gdzieś blisko. Wtedy można pojechać, zobaczyć jak to wszystko wygląda.

A.J: A po udanej zbiórce planujecie wydać jakiś przewodnik po Krakowie? Spacer tropami Karola i Polskiego Ducha?

T.K: Chyba nie. Przynajmniej ja nie planuję. Nasz komiks nie jest, aż tak mocno osadzony w Krakowie. Owszem umieściliśmy tam jego akcję, bo Karol tam mieszka, ale nie chcemy jakoś promować tego miasta.

Zresztą Kraków jakoś bardzo nie promuje komiksów. Poza kilkoma inicjatywami prowadzonymi przez pasjonatów, to miasto – w moim odczuciu – niewiele w tej sprawie robi w zestawieniu z Łodzią, Warszawą czy Poznaniem.

A.J: Czego wam życzyć w związku z Polskim Duchem?

T.K: Żeby spoty z Polskim Duchem pojawiły się na Wykopie, Pudelku, Demotywatorach i na wszystkich innych witrynach, które młodzież ogląda. Potrzebujemy fanów spoza środowiska komiksowego, dopiero wtedy Polski Duch zdobędzie pewną rozpoznawalność.

A.J: To mam nadzieję, że wkrótce się tak stanie. Dziękuję za rozmowę. Do usłyszenia.

T.K: Dzięki.

Autor: Rafał Szłapa

Nasi superbohaterowie

Z tego wywiadu miał być podcast, ale coś się zbiesiło i zmuszony zostałem przepisać całą rozmowę. Zwykła złośliwość rzeczy martwych. Miałem przyjemność porozmawiać z Rafałem Szłapą – człowiekiem odpowiedzialnym za jednego z najciekawszych polskich superbohaterów, czyli Blera. Możecie jeszcze wesprzeć wydanie kolejnego numeru. Zbiórka na wspieram.to wciąż trwa.

Adrian Jaworek: W rozmowie chciałbym poruszyć problem polskiego superbohatera, ale nie w kontekście komiksów nowoczesnych, które powstały po przełomie związanym z komiksem autorskim. Mnie interesowałoby superbohaterstwo takie, jakim dysponuje Kapitan Ameryka. Czy Polska potrzebuje takiego superbohatera?

(cisza)

Rafał Szłapa: Aha. Czekaj… Już nagrywasz?

(śmiech)

A.J: Cały czas!

R.S: Dobra. Jeszcze raz to pytanie. Przepraszam Cię. (śmiech) To było długie pytanie. Czy potrzebujemy takiego bohatera, tak?

A.J: Tak. Jak Kapitan Ameryka.

R.S: W amerykańskim stylu?

A.J.: Tak. W amerykańskim stylu.

R.S: Dobra. Jak nagrywasz, to jedziemy. Nie potrzebujemy.

A.J: Dlaczego?

R.S: Nie potrzebujemy, zasadniczo. W ogóle u nas przez całe lata komiksu superbohaterskiego nie było, takiego polskiego. Był TM-Semic, który wydawał rzeczy Marvela i DC. I to było super, na początku lat 90. wylądował TM-Semic z tymi rzeczami. Ludzie byli zachwyceni, bo przyszła do nas ta pożądana obca kultura.

Natomiast nie zmienia to faktu, że tego typu twory są nam obce. Obce mentalnościowo.

A.J: A taki Thorgal Rosińskiego? To superbohater? Można go tak klasyfikować?

R.S: Nie. Nie, to jest postać fantasy.

A.J: Z taką klasyfikacją spotkałem się na zajęciach o polskich superbohaterach. Jeden ze studentów zaproponował, aby do superherosów zaliczyć Thorgala. Przyznam szczerze, że zamilkłem. Po pierwsze dlatego, że ginie wśród studentów kulturoznawstwa i nauk pochodnych świadomość istnienia czegoś takiego jak komiks polski, w ogóle zanika zainteresowanie komiksem. Dlatego Thorgalowi przyszywa się łatkę superbohatera. Ja spotkałem się jeszcze z Polskim Duchem. Słyszałeś o takiej postaci?

R.S: Tak, tak, tak. Śledzę.

A.J: Ta postać jest dla mnie próbą przełożenia Kapitana Ameryki na grunt polski. Jak, Twoim zadaniem, to wyszło?

R.S: To są moi kumple. Powiem tak – ja bym wiele zmienił w tym komiksie. Kibicuje mu, bo to moi koledzy. Kibicuje, żeby wyszło i szło to jak najlepiej. Mam wrażenie, że formuła komiksu internetowego publikowanego w takich odcinkach, jak jedna plansza na tydzień, jest za ciasna dla tej konkretnej idei. Sam mam doświadczenie z publikowaniem historii w odcinkach; to się wszystko rządzi specyficznymi zasadami. Nie chodzi nawet o sam komiks superbohaterski, co o przyjęcie pewnej konwencji i dostosowanie do niej fabuły. Tutaj pewnie parę rzeczy bym zmienił.

Ja mam z tą historią cały czas problem, ona się zapowiada fajnie. Jest fajny design postaci, jest fajne rozpoczęcie fabuły i mam wrażenie, że ta historia ciągle się rozpoczyna. Wciąż nie doszło do tego pierdolnięcia, które ma mnie zaintrygować i wciągnąć dalej.

Rafał Szłapa

Rafał Szłapa

A.J: Masz na myśli konflikt charakterystyczny dla komiksu superbohaterskiego?

R.S: Coś ciągle „ma” się dopiero zdarzyć, mam takie wrażenie, jeżeli mogę sobie pozwolić na małą recenzję tego, co chłopaki dotychczas robili. I na ich miejscu bym to przyspieszył. Ja wiem, że tam już biją głównego bohatera i coś rzeczywiście się dzieje. Natomiast wciąż nie wskoczyliśmy w tę historię na tyle, aby w napięciu oczekiwać na kolejne odcinki.

A.J: Absolutnie nie przeszkadza Ci to przedstawienie idei narodowościowej w konwencji superbohaterskiej?

R.S: Nawet nie wiemy, jak ona zagra, bo ta postać [Polski Duch – dopisek A.J.] się nie pojawia w tym komiksie. Ona jest w logotypach tego komiksu, ona gdzieś przemknęła ulicą obok głównego bohatera, ale jej de facto nie ma.

Nie wiemy co myśli, co ma nam do powiedzenia, jakie relacje tworzy z innymi postaciami. Na pewno jest wrogiem tych złych. Tego się domyślam! Nie znalazłem tego w opublikowanym materiale. Autorzy opowiadają o jakimś bohaterze, ale jego nie ma.

Jasne, takie eksperymenty funkcjonują. Była seria o Gotham, gdzie Batman pojawiał się czasem w tle. Te komiksy były o Gordonie, o policjantach, którzy tam pracują na tym posterunku i tak dalej. Sam takie rzeczy próbowałem robić przy drugim Blerze, gdzie postać była opowiadana przez innych. Główny bohater był na drugim planie, mówili o nim, ci, którzy się z nim zetknęli. Ale oni ją definiowali. W tamtym Batmanie chodziło o coś innego, był to spin off czegoś, co już funkcjonuje i można sobie pozwolić na takie zabawy.

Natomiast nie można zacząć opowieści o bohaterze od tego, że się go nie pokazuje przez większość czasu. Dla mnie nie jest to dobry kierunek. Może chłopaki patrzą na to inaczej, więc z ciekawością zasiadam do lektury kolejnego odcinka. Zastanawiam się, co oni z tym zrobią. Pewne rzeczy bym tutaj zmienił, ale to jest moje zdanie.

A.J: Tworząc Blera, inspirowałeś się jakimiś bohaterami?

R.S: Supermanem.

A.J: Supermenem? Takim klasycznym?

R.S: Takim TM-Semicowskim, bo takiego znam najlepiej. Postać Supermana zawsze mnie fascynowała. Może to mieć związek z tym, że Superman III był jednym z pierwszych filmów, na których byłem w kinie. Taki okropny film. Richard Lester, tak chyba nazywał się reżyser. To były takie popłuczyny po pierwszym i drugim Supermanie z Christopherem Reevem, zrobili trzeci… Jak go obejrzałem po latach, to łapałem się za głowę! Jakie to było strasznie słabe!

Mam sentyment do tej postaci. Później, kiedy Semiki wydawali Supermana, to śledziłem go na bieżąco – do pewnego momentu. Natomiast sama geneza tej postaci, to jak było to opowiadane – bo to był jakiś restart tej postaci – to wszystko było fajne i składne. Uważam, że ta postać ma ogromny potencjał, do dziś niewykorzystany. Aczkolwiek coś się z tym zaczyna dziać. Nie śledzę tego ruchu wokół Supermana, ale widzę, że szuka się jakichś rys.

Bardzo ciekawe spojrzenie, w zasadzie oczywiste, ale nigdy tak na to nie patrzyliśmy, pojawiło się w drugim Kill Billu Tarantino. Przed decydującym starciem Kill Billa z bohaterką on jej opowiada o Supermanie. On różni się od większości postaci superbohaterskich, ponieważ Batman i Spiderman muszą się przebierać. Natomiast Superman musi przebierać się za człowieka, jego kostiumem jest człowieczeństwo.

Rafał Szłapa

Rafał Szłapa

A.J: Tak! Świetne spostrzeżenie! Interesujące jest także to, że Ty, jako twórca komiksów, wskazujesz na jedną z najbardziej ikonicznych postaci. Zawsze mam wrażenie, że osoby tworzące opowieści obrazkowe raczej będą wskazywały na Franka Millera i to, co zrobił z Batmanem, na komiks autorski lub na powieści graficzne. A tu nagle okazuje się, że są tacy, którzy wolą tradycyjne podejście, czyli Supermana.

R.S: Ja nie mówię, że te zeszytówki są, aż tak fascynujące. Zbierałem te Semicowskie na początku lat 90., a później to już tak z doskoku. One są śmieszne, czasami tam są takie głupie przygody. Natomiast fascynuje mnie sam potencjał, który Superman ze sobą niesie. To człowiek, który może wszystko, ale mimo wszystko to człowieczeństwo gdzieś w nim jest. Ta postać jest coraz bardziej uczłowieczana.

Dla mnie najbardziej interesujące jest to, jak człowieczeństwo koliduje z jego nadludzkimi możliwościami.

A.J: Nie masz wrażenia, że nie wszyscy ci klasyczni superbohaterowie mają taki sam potencjał do uczłowieczania. Mam na myśli takie postacie jak Superman, Spiderman, Batman czy Iron Man… Wiem, że niepotrzebnie ich wrzucam do jednego worka, ale o nich się myśli jako o ikonach superbohaterskich.

Jest różnica pomiędzy tym, jak został uczłowieczony Batman przez Nolana i jak próbuje się uczłowieczyć Supermana lub Spidermana. Wychodzi to dramatycznie różnie.

R.S: Tak wychodzi. DC w ogóle nie ma szczęścia do adaptacji. Zdarzył im się Nolan, a wcześniej Burton, ale to wszystko dotyczy jednej postaci – Batmana, który jest fajny. Po złapaniu tej mrocznej konwencji można iść w różnych kierunkach. Bardziej groteskowym jak Burton lub realistycznym jak Nolan, ale zawsze się to trzyma kupy. Są problemy przy opowiadaniu o innych.

Ja próbowałem oglądać tego nowego Supermana…

A.J: Człowieka ze stali…

R.S: Tak, Człowieka ze stali. I kurczę, no… On miał fajne trailery i w nich było więcej o tym człowieku, który ma supermoce i jest równy bogom. Jest bogiem na Ziemi, a jednocześnie ma swoje rysy w środku, ma swoje wewnętrzne dylematy. Trailer zapowiadał właśnie takie rozegranie sytuacji, natomiast w samym filmie było więcej nawalnki. Od pewnego momentu przewijałem .

(śmiech)

Chyba nie wyszło, tak jak miało albo jak niektórzy by chcieli. Produkcja wielkiego dzieła jest zawsze sumą jakiś kompromisów. Wielkie pieniądze są na to wyłożone, więc wygrała „opcja słuchajcie, to jest Superman, on ma się napierdalać w powietrzu, a nie łazić. Co on będzie robił, snuł się?”

A.J: Ma nie rozważać kwestii egzystencji, tak jak Bruce Wayne, który się snuje po swojej posiadłości. Taki Superman by się nie sprzedał.

A jak się odnosisz do filmów takich jak Avengers?

R.S: Marvel poszedł w inną stronę, Marvel zawsze był zabawny. Mam wrażenie, że jak im wychodzi coś ambitnego, to mimochodem. Tak jak X-Men: Pierwsza klasa. Gdy seria o X-Menach była pogrążona przez tą koszmarną trójkę i wydawało się, że już nic się nie da z tym zrobić, przyszedł jakiś facet – to nie był ten Singer, który robił tamtych X-Menów, nie pamiętam nazwiska [był to Matthew Vaughn – A.J]– i zrobił świetny film. Z nowymi aktorami, oderwany od tamtych rzeczy i dało się.

Zawsze śmieszy mnie scenografia w tych filmach. Oni sobie piszą w zeszycie: miasteczko na pustyni, duże miasto i coś tam. Tła, w których toczą się te filmy – jeszcze nie widziałem najnowszych Avengers – zawsze są wysterylizowane. Jest miasto, drapacze chmur i tak dalej, samochody w dole; miasteczko na pustyni i tak dalej. Może to w jakiś sposób podkreśla komiksowość historii. Natomiast takie Gotham Nolana może istnieć i ono istnieje, zwłaszcza to z drugiego Batmana.

Scenografie Marvela są sterylne, jest w nich jakiś rodzaj sztuczności, takiej umowności. Mnie to nie razi, nie przeszkadza mi to w oglądaniu, ale wiem, że jest to historia wymyślona, nie próbuję jej odnosić do czegokolwiek. W Marvelach chodzi o zabawę.

A.J: Faktycznie, jest to wyraz takiej komiksowości. Jak sobie przypominam plansze z Supermana, to tam tło wcale nie było takie istotne. Twórcy operowali uproszczeniami bardzo mocno nawiązującymi do kultury amerykańskiej – wspomniane przez Ciebie miasteczko na pustyni lub metropolia.

R.S: Miałem taki moment, że nadrabiałem i obejrzałem parę takich filmów o superbohaterach i zauważyłem, że tła – laboratoria, miasteczka na pustyni – są bardzo sterylne i bardzo sztuczne. Mam się wrażenie, że jeżeli się odejdzie o dwie uliczki od miejsca, w którym toczy się walka, to staniemy za taką kartonową makietą, tam dalej nic nie ma.

A.J: Albo życie toczy się normalnie, ludzie siedzą w restauracjach, samochody jeżdżą…

R.S: Tak. Powołam się znowu na te stare Supermany z Christopherem Reevem. Nikt dzisiaj nie zrobiłby tak walk superbohatera z wrogiem, tak jak było to w drugim Supermanie, gdzie główny bohater walczył z przestępcami, którzy lądują na Ziemi, zresztą tam jest generał Zod wyglądający inaczej, niż w Człowieku ze stali. Oni walczą, a obok stoją ludzie i jedzą lody, i patrzą na nich. Jak Superman dmucha, to im spadają te gałki lodów na ziemię. (śmiech) Albo ktoś inny gada w budce telefonicznej, nie zwracają na nich uwagi. (śmiech) To są głupie szczegóły, ale dodają dużo życia tamtej historii.

A.J: Zastanawiasz się nad adaptacją Blera?

R.S: Jaką?

A.J: Nad filmem, animacją, sztuką teatralną…

R.S: Może gra komputerowa. Pojawiły się takie propozycje, ale jesteśmy na etapie rozmów i gdybania. Trudno tu cokolwiek mówić. Mam to szczęście, że ta historia się podoba, pewnie to w jakiejś mierze moja zasługa. (śmiech) Jest dosyć pozytywne nastawienie do mojego komiksu, więc czasem przychodzą różni ludzie z różnymi propozycjami.

A.J: Jakie pułapki czyhają na tych potencjalnych adaptatorów Blera?

(śmiech)

R.S: Jeżeli chodzi o filmowych, to nawet nie muszę mówić. Wystarczy Wiedźmina obejrzeć…

A.J: Latające pluszaki…

R.S: Powiem Ci, Adrianie, że nie do końca. Bler jest dosyć realistyczny, mało jest trzaskania piorunami z ręki, myślę, że to stosunkowo niskim kosztem zrealizować. Tam naprawdę nie ma jakiś mega fajerwków.

To jest też pewien rodzaj podejścia filmowego, które Amerykanie mają. Oni są świetnymi rzemiechami, a u nas, mam wrażenie, jest więcej artystów, niż rzemieślników. Dlatego to tak czasem wychodzi, jak wychodzi.

A.J: W Blerze jest bardzo istotna postać, jej rozwój. Wspomniałeś o grze komputerowej i zastanawiam się w jaki sposób można by uchwycić ten element.

R.S: Pewnie trzeba byłoby zaprezentować wycinek albo nie przenosić niczego bezpośrednio z tej historii. Nie chcę robić rzeczy typu „robimy platformówkę i Bler przechodzi wszystkie te przygody, skacząc po platformach” (śmiech) Nienawidzę platformówek, tak swoją drogą.

Myślę, że jeżeli jakaś gra komputerowa powstanie, to opowiemy więcej o świecie Blera, niż przełożymy jego przygody.

A.J: I to jest ciekawe. Budowanie uniwersum widzimy przy innych superbohaterach i to się sprawdza. Jak jeszcze chciałbyś rozszerzyć Blera?

R.S: Jedną z możliwości, która się nadarzyła i pojawiła… Nie mogę na razie konkretów mówić…

A.J: Rozumiem, a ja tak ciągnę, jak jakiś dziennikarzyna…

(śmiech)

R.S: Ale ja zaraz opowiem wszystko jak na spowiedzi, ale się na razie tak asekuruje. (śmiech) W każdym razie jest możliwość częstszego wydawania Blera w formie cyfrowej. To będzie nowy czytelnik, będzie to na innych zasadach działać, to być może wtedy opowiem tę historię od nowa, tylko szerzej, z trochę innej perspektywy. Wydane komiksy budowały nie tylko teraźniejszość bohatera, ale również opowiadały dużo o jego przeszłości – opadały kolejne zasłony. Teraz można to opowiedzieć, na przykład po kolei.

A.J: Nie boisz się zmiany odbiorcy? Ten cyfrowy jest zupełnie inaczej nastawiony do medium niż ten odbiorca papierowy.

R.S: Zatoczyliśmy pewne koło, bo to wiąże się z tym, co mówiłem o Polskim Duchu. Tak, jasne, obawiam się, ale nie mogę wiele mówić o przedsięwzięciu. Troszkę inaczej to będzie wyglądało i w dużo większym tempie. Jak powiem, że będzie jeden zeszyt miesięcznie… To jest sporo, dwadzieścia cztery strony co miesiąc.

A.J: Jak oceniasz zbiórkę na Blera…

R.S: Właśnie nie mogłem się z Tobą dzisiaj połączyć, bo przez tę zbiórkę ciągle coś się dzieje. Zebrałem kwotę właśnie dzisiaj [wywiad został przeprowadzony 11 września – A.J] i ciągle mi ktoś gratuluje. Nie nadążam. Nie mam tylu fanów, żebym nie mógł każdemu odpowiedzieć. Staram się każdemu coś powiedzieć, każdemu podziękować, powoli dochodzę do tego stadium, że już nie wyrabiam. (śmiech)

Autor: Rafał Szłapa

Autor: Rafał Szłapa

A.J: Crowdfunding był formą szansy dla Blera, a może jego ostatnią nadzieją?

R.S: Powiem tak – oni [portal wspieram.to – A.J] dołożyli taką rubryczkę pod tytułem ryzyko i tam zazwyczaj każdy zakładający projekt piszę, że jak nie zapłacicie, to nie wyjdzie. Albo nie zapłacicie, to wyjdzie w mniejszym nakładzie i bardzo drogie.

W moim wypadku jest tak, że i tak chciałbym to wydać. Ja przez crowdfunding widzę nie tylko możliwość zebrania pieniędzy – za co, oczywiście bardzo wszystkim dziękuję, bo to jest nieprawdopodobne – ale także możliwość wyprodukowania dodatkowych gadżetów, którymi mogę ucieszyć osoby przyczyniające się do publikacji komiksu. Jest też dla mnie narzędziem promocji komiksu i docierania do ludzi.

Zajmuję się wszystkim sam, nie jestem specem od dystrybucji, nie mam na to czasu; może od promocji jestem trochę większym specem, ale z kolei nie mam na to środków, żeby sobie wziąć i palnąć w „Nowej Fantastyce” ogłoszenie na całą stronę, że jest Bler. Do czytelników docieram tymi kanałami, które dostarcza Internet – crowdfunding jest jedną z nich.

A.J: Ja tak dotarłem do Blera, przeglądając informacje na temat różnych zbiórek. Bardzo dziękuję za rozmowę.

R.S: Bardzo mi miło. Również dziękuję.

//Wszystkie grafiki zostały wykorzystane za zgodą Autora i nie podlegają licencji CC.

Zbiorowe zbiórki

Cały czas zastanawiam się, czy na polskim crowdfundingu odbija się sprawa związana ze zbiórką na wskrzeszenie pisma „Secret Service”. Internauci i inni zainteresowani doskonale wiedzą czym skończyła się ta akcja – porażką. W niektórych wypowiedziach użyto znacznie cięższych słów, może słusznie, może zbyt pochopnie. Najważniejsze jest to, że sprawa została rozwiązana i do ludzi mają wrócić pieniądze. Niestety, niesmak pozostał.

Dla mnie crowdfunding jest olbrzymią szansą dla kultury, szczególnie dla tej niszowej. Mniejsi twórcy mogą znaleźć tam fundusze na realizację swojego projektu i tym samym wzbogacić naszą przestrzeń o interesujące treści i sensy. W przeciwnym razie ich twórczość nie wylazłaby z szuflady, a być może i z piwnicy. Nagle trafia się sprawa związana z „Secret Service”. Na pewno trochę uroku straciła nostalgia – nie wszystko trzeba wskrzeszać. Uważam, że twórców proponujących nowe rzeczy trzeba w dalszym ciągu wspierać.

W zeszłym roku szczególnie spodobały mi się trzy akcje: planszówka „Pan Lodowego Ogrodu”, podkast „Diabelskie Ustrojstwa oraz powieść graficzna „Strange Years”. W każdych z tych przypadków autorzy proponowali nową jakość, a także interesujące formy promocji. Szczególnie spodobały mi się obrazki tworzone przez MacKozera, które pojawiały się w formie tweetów. Żadnego nachalnego spamowania, tylko gra obrazami oraz postaciami istniejącymi w popkulturowej świadomości.

O sprawie „Secret PIXEL Service” trzeba pisać. Ale mam wrażenie, że zbyt mało miejsca poświęcono udanym projektom, które coś wniosły, coś dały odbiorcom.

Jeden z obrazków promujących zbiórkę na Diabelskie Ustrojstwa

Jeden z obrazków promujących zbiórkę na Diabelskie Ustrojstwa

Jak żyć w dziwnych czasach?

Z wielką radością sięgnąłem po Strange Years: Autumn, powieść graficzną stworzoną przez Artura Kurasińskiego oraz Michała Śledzińskiego. Przyciągnęło mnie drugie nazwisko, ponieważ Śledzia kojarzyłem z fenomenalnego Osiedla Swoboda. Natomiast Artura Kurasińskiego znany był mi głównie z Chomiksu oraz bloga AK74. Stąd brała się moja rezerwa w stosunku do Strange Years. Nie wiedziałem czego w zasadzie spodziewać się po tekście stworzonym przez ten duet. I już na początku muszę zaznaczyć, że moje obawy były całkowicie niepotrzebne.

Strange Years pojawiło mi się na półce w cdp.pl, ale tę powieść graficzną można pobrać – całkowicie za darmo – ze strony internetowej strangeyears.com. Nie trzeba nic płacić, ale, jeżeli komuś spodobała się treść i rysunki, to może przelać odrobinę gotówki twórcom. Wystarczy zalogować się na Wspieram.to, a następnie odszukać projekt Strange Years: Autumn. Twórcy postanowili wydać wersję papierową oraz zebrać środki potrzebne do narysowania kolejnej części. Wpłata minimalna wynosi 30 złotych, za co można otrzymać: komiks w wersji papierowej (wysyłka wliczona w cenę) oraz zestaw tapet. Warto przeczytać i wesprzeć, ponieważ sam tekst jest po prostu wybitny. Ilość problemów poruszonych w pierwszym tomie oraz interesujące zastosowanie konwencji postapokaliptycznej, wskazują na to, że autorzy mają ciekawe i oryginalne pomysły. Najważniejsze jest jednak to, że potrafią je przekazać z klasą i nie robią z odbiorców idiotów. Wprost przeciwnie – zmusząją do szukania różnych śladów oraz tropów wskazujących na współczesną kulturę popularną i masową. Jednak ja chciałbym zaprezentować  interpretację tekstu, której osią będą pojęcia izolacji, samotności oraz społeczności.

Jednak zanim przejdę do właściwej analizy, wypada przybliżyć fabułę Strange Years. Akcja rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości – atak na WTC 11 września był tylko początkiem większej terrorystycznej akcji. W wielkich miastach wybuchały brudne bomby, a potem zniknęły pszczoły. Głód i chaos przyczyniły się do powolnego upadku wszelkich ludzkich społeczności. Bardzo dobrze wydaje się tutaj metafora kota zamkniętego w piekarniku (główni bohaterowie, w ramach zabawy, „robią” z niego obiad), który po uwolnieniu atakuje wszystkich wokół. Skażenie radioaktywne, choroby dopełniły poczucia ogólnej beznadziejności i przyczyniły się do dalszego wzrostu agresji. Świat, ten znany sprzed ataku na WTC, upadł, a na jego gruzach zaczął powstawać nowy i właśnie w tym miejscu zaczyna się akcja Strange Years.

Konflikt

Pierwszą społecznością jaką poznaje czytelnik jest miasteczko Hope. Posiada ono wyraźną hierarchię, która wypływa na podział obowiązków oraz kształtuje tożsamości poszczególnych mieszkańców. Wyraźnie zostaje zaznaczona postać przywódcy – pana Brandona. Przypomina mi on dyktatora, którego słuchają absolutnie wszyscy, a jego decyzje są niepodważalne. Taka konstrukcja społeczności ma uzasadnienie w postaci niebezpieczeństw otaczających miasteczko Hope. Trzeba pamiętać o tym, że akcja Strange Years rozgrywa się na zniszczonej przez atomowe skażenie Ziemi. Ludzie musieli odnaleźć się w świecie, w którym o pożywienie i przeżycie należy walczyć. Hope to sprawnie działający mechanizm, chroniący wszystkich mieszkańców. W momencie zagrożenia elementy takie jak demokracja oraz wolność słowa stają się niewiele ważne.

Jednak poddanie się dyktatorowi prowadzi także do formy izolacji. Hope to społeczność pozornie otwarta. Głowni bohaterowie – Elvis i Reuben – udają się na rajd, którego celem jest dotarcie do złomowiska, wysłanie szybowca i zebranie informacji. Jednak nie ma ani słowa o przyjmowaniu uchodźców. Pan Brandon, przywódca miasteczka Hope, mówi wyłącznie o nomadach, których prowadzi Prorok. Nie zostają oni przedstawieni w sposób pozytywny. Pan Brandon opisuje ich jako pasożyty, karaluchy, szkodniki, które pragną części plonów. Słabe społeczności złamały się i przyłączyły do grupy Proroka. Wskazuje to na potrzebę religijnej organizacji – społeczność Proroka to koczownicy. Są przeciwieństwem tych, którzy mieszkają w Hope i preferują osiadły tryb życia. Ale czy to oznacza, że są w jakiś sposób gorsi?

Nie sądzę, aby tak było. Zarówno grupa Proroka, jak i Hope wskazują na podobną formę organizacji – prowadzi ich jeden człowiek, który w swoich rękach i słowach skupia władzę. Różnica polega na kontekście. Hope to grupa świecka, w pierwszym tomie nie ma ani słowa o jakiejkolwiek grupie ludzi zajmujących się religią. Element te zostaje wyparty, dlatego pojawia się Prorok. Staje się on uzupełnieniem świata przedstawionego o wartości metafizyczne. W pierwszym tomie Strange Years niewiele o nim wiadomo, zostaje zaprezentowany wyłącznie za pomocą słów przywódcy miasteczka Hope. Ta aura tajemniczości powoduje, że Prorok staje się jeszcze bardziej fascynujący. Jakie prawo głosi? Jakich poświęceń wymaga od swoich wyznawców? Ten element Stragne Years jest ciekawy, ponieważ obie znane nam religie monoteistyczne rozwinęły się w społeczeństwach koczowników. A potem fanatyzm wyznawców doprowadził do zagłady. Czy tym razem będzie podobnie?

Porządek postapokaliptyczny

Wrażenie samotności wynika z pozbawienia świata wszelkiego rodzaju, znanych nam aktualnie, nowoczesnych technologii. Jednocześnie postacie są bliższe sobie. Zamiast obserwować ekran telefonu, muszą rozglądać się po, otaczającym je, pustkowiu. A ta przestrzeń pełna jest różnych osobliwości. Bohaterowie spotykają człowieka ubranego w melonik (przypominał mi on pewną postać z reklamy banku) oraz osobę siedzącą pod drzewem, na którym rośnie jabłko. Pierwszy z nich sprzedaje nikomu niepotrzebne wirtualne aktywa. Postapokaliptyczny świat w Strange Years pozbawiony jest pieniędzy oraz giełdy, dlatego działania Melonika – bo tak nazywają go główni bohaterowie – nosi znamiona bezcelowości. Jednak mówi on o jednej interesującej rzeczy – o Kodeksie.

Upadek zasad „starego” świata doprowadził do powstania reguł w „nowym” świecie. Rzeczywistość w Strange Years nie jest chaotyczna i przypadkowa – została ona całkowicie uporządkowana i zorganizowania. W ten sposób niwelowane jest poczucie osamotnienia, ale nie wypływa to na odczucie osaczenia. Szczególne, gdy zostają zaprezentowani zmutowani kanibale plądrujący pustkowia. Oni są usposobieniem śmiertelnego zagrożenia, zaraz obok radioaktywności. Z tym, że przed skutkami wybuchów „brudnych” bomb można schronić się w skafandrze i spokojnie przemierzać skażone terytoria. Kanibale są w ciągłym ruchu, polują i niweczą plany społeczności (np. przerywając rajd), ale jednocześnie są elementem porządku. Kodeks oraz inne prawa powstają pod wpływem zagrożenia. W Strange Years wyraźnie widać, że mają one chronić człowieka przed określonymi niebezpieczeństwami oraz samotnością.

Przełamanie struktury

Dlatego bohaterowie czują się zagubieni, gdy spotykają człowieka siedzącego pod drzewem. Postać ta opowiada o cyklu życia, rysuje na ziemi koło i stwierdza, że wszystko zostało już spisane. Osoba ta staje się wysłannikiem fatum, przednią strażą przeznaczenia i nie mieści się w porządku świata przedstawionego. Zostaje on rozwalony, a gest jednego z bohaterów – Elvis zrywa jabłko rosnące na drzewie – wyraźnie wskazuje na metafizyczny charakter spotkania. Potem, po ataku kanibali, trafiają na Pana Iluzję. A o tej postaci nic nie można powiedzieć, ponieważ w tym momencie kończy się historia pierwszego tomu Strange Years.

Z niecierpliwością czekam na kolejny. Czy bohaterowie dostąpią oświecenia i zostanie im zaprezentowana prawda o świecie, w którym żyją? W końcu jeden z nich zerwał jabłko, a – jak doskonale wszyscy wiemy – akt ten doprowadził do wygnania pierwszych ludzi z raju. Ale dał im też świadomość. Elvis i Reuben są na dobrej drodze do poznania podstaw ich świata. W takim razie czy zostaną wygnani z Raju, którym jest dla nich miasteczko Hope?

//Plansze zostały wykorzystane za zgodą Autorów.

Po co pisarzowi pieniądze?

Już raz temat ten przewinął się przez wszelkiego rodzaju media i pojawiły się – mniej lub bardziej – mądre wypowiedzi. Z wyrażonymi w nich poglądami można się zgadzać lub nie, każdy ma do tego prawo. Aledyskusji nie podlega jedna rzecz: pisarzowi potrzebne są pieniądze na codzienne opłaty. Jednak aktualny stan rynku literackiego pokazuje, że poza opłaceniem sobie rachunków twórca wykuwający swoje dzieła w słowie musi jeszcze sfinansować debiut.

Jak to zrobić? Można samemu zgromadzić fundusze odkładając z pensji (jeżeli takową się ma) lub postawić na crowdfunding. Przykład Joanny Dziwak pokazuje, że można w ten sposób zdobyć pieniądze na wydanie własnej książki. Mam nadzieję, że wkrótce zapoznam się z tym tekstem i ocenię, czy odbiorcy słusznie zaufali autorce. Jednak tym razem chciałbym pochylić się nad czymś zupełnie innym – nad sytuacją twórcy przed debiutem i jego możliwościami. Współczesność każe nam wierzyć, że są one nieograniczone. Samowydanie się (takie spolszczenie podoba mi się bardziej, niż self publishing) kwitnie, ludzie robią na tym niezłe interesy, a autorzy się cieszą, bo w końcu są po debiucie. Tylko, że sytuacja wcale nie jest taka kolorowa.

Twarzą w twarz z Twórcą

W zeszłym roku akademickim zaprosiłem na swoje zajęcia Adriana Witczaka, sosnowickiego poetę przed debiutem. Zadaniem moich studentów było zorganizowanie poecie spotkania autorskiego. Oczywiście (i trochę na szczęście) w teorii. Pomysłów było wiele, na niektóre Adrian Witczak reagował ze zdziwieniem (szok wywołała propozycja urządzenia pokazu kuchni molekularnej przed właściwym spotkaniem z autorem), ale częściej przytakiwał i prowokował do dyskusji. Trzeba przyznać, że jest to poeta, który wie czego chce. Ale nie mogę tego powiedzieć – niestety – o studentach. Przeraziła mnie jedna rzecz – niewiele osób w grupie było na jakimkolwiek spotkaniu autorskim. Dodam tylko, że zajęcia z organizacji i animacji kultury prowadzę na specjalizacji, która nazywa się kultura literacka.

Wniosek z tego jest jeden: ginie potrzeba bezpośredniego kontaktu z twórcą. Jak debiutant może zareklamować swoją książkę czytelnikom? Pierwszym odruchem jest spotkanie autorskie, na którym będzie prowadzona sprzedaż. Ale może okazać się, że niewiele osób się na nim pojawi. Tym bardziej trudna jest sytuacja poety. Kilka miesięcy temu pewna osoba powiedziała mi, że poezja jest niepotrzebna, bo doświadczenie liryczne zastąpił hip hop. Dość kontrowersyjny pogląd i na pewno zajmę się nim innym razem. Wrócimy do debiutanta. Co mu pozostaje? Facebook i innego rodzaju media społecznościowe? Być może.

W lipcu serwis booklips.pl podał informacje na temat nowej usługi, którą planuje wprowadzić Facebook. Dzięki niej czytelnicy będą mogli nabywać książki na fanpage’ach twórców oraz wydawnictw. W tekście znajdziemy następującą informację:

Jak donosi serwis „GoodeReader”, nowa funkcja może przynieść niemałe korzyści pisarzom i wydawcom, którzy korzystają z Facebooka do promocji książek, budując bazę stałych czytelników. Zamiast kierować ich do księgarń internetowych będą mogli niebawem sprzedawać książki bez pośredników. (źródło: booklips.pl).

Pośrednikiem w tym przypadku będzie Facebook. Powiedzmy sobie szczerze – prowadzenie darmowego, pozbawionego opłat za reklamy, fanpage’a niekoniecznie musi się opłacać. Aby zdobyć sensowny zasięg trzeba przelać trochę pieniędzy Markowi Zuckerbergowi. W przeciwnym razie o nowej książce dowie się tylko niewielka liczba fanów. Sytuacja wcale nie będzie tak dobra, jak ta zaprezentowana w informacji. Twórca najpierw będzie musiał zapłacić za książkę, a potem jeszcze za reklamę na Facebooku. Jeżeli ta usługa przejdzie testy, to pisarze będą musieli dobrze przeliczyć, co opłaca im się bardziej. Być może tradycyjna forma dystrybucji, czyli księgarnia, przyniesie więcej zysku. Jak się okazuje nie da się całkowicie wyeliminować pośredników. Można ich tylko zamienić.

Żeby samowydanie się było skuteczne trzeba dysponować zasobami gotówki. W grę wchodzi nie tylko skład oraz korekta książki, ale także jej promocja. A o tym ostatnim elemencie młodzi twórcy bardzo często zapominają.

Wypromuj się lub giń!

Inaczej podchodzi się do promocji książki analogowej (papierowej), a inaczej do cyfrowej (ebooka). Odbiorcy niby ci sami, ale jednak różni (taki mały paradoks). Celem są ludzie, którzy czytają i w zasadzie na tym kończą się podobieństwa. Książkę elektroniczną można sprzedać osobom, które posiadają tablet (mała wygoda w czytaniu) lub czytnik ebooków (niezwykle wygodne rozwiązanie). Reszta będzie obojętna. Dlatego wydawnictwa w dalszym ciągu proponują egzemplarze papierowe oraz elektroniczne. Co ma zrobić debiutant?

Oczywiście, że wydanie książki tradycyjnej jest o wiele bardziej kosztowane. Druk, dystrybucja, magazynowanie – nic nie jest za darmo. Logicznym wyborem jest ebook. Coraz więcej osób posiada czytniki, o czym świadczy – na przykład – popularność kolejnych edycji BookRage. Na dodatek Amazon  nosi się z wprowadzaniem nielimitowanego dostępu do ebooków za jedyne 9,99 $ (około 30 złotych) miesięczne (interesujący tekst na ten temat pojawił się na Techcrunch). Nasze polskie Legimi proponuje podobną usługę. Wersja pozbawiona limitów kosztuje 32,99 złotych miesięcznie. Jedyną różnicą jest ilość dostępnych książek elektronicznych (ale niekoniecznie tych po polsku!). Na Amazonie można wydać własnego ebooka (zainteresowanych odsyłam na swiatczynikow.pl lub ekundelek.pl), ale wymaga to cierpliwości i sprytu.

Ale czy debiutant musi od razu poszukiwać międzynarodowej sławy i uznania lub – po prostu – ogólnoświatowego systemu dystrybucji? Myślę, że nie. Warto skoncentrować się najpierw na polskim, dość trudnym, rynku książki, a potem wydać przekład swojego tekstu w innym języku. Ale ta ostatnia rzecz wymaga dodatkowej gotówki. Chyba, że ktoś faktycznie biegle zna inny język i jest w stanie przetłumaczyć swoje dzieło.

Polska, Polska!

Można zdecydować się na publikacją w ramach wydaje.pl. Rozsądna rzecz, ale promocja dalej pozostaje w rękach autora. Jeżeli nie będzie miał na nią sensownego pomysłu, to nikt (za darmo) nie przyjdzie mu z pomocą. Na wydaje.pl można znaleźć garść wskazówek jak promować swoje dzieła. Po stronie portalu najcenniejsza wydaje się płatna recenzja. Ale znając współczesną sytuację krytyków (mało kto ich słucha) może okazać się ona mało opłacalną inwestycją. Dwie z nich można znaleźć na blogu bookjob.pl prowadzonym przez wydaje.pl. Przeczytałem je i nie jestem do nich przekonany.

Są dobrze napisane, ale zakrawają na szkice krytycznoliterackie. I tu jest ich problem. Recenzja faktycznie jest gatunkiem ściśle związanym z krytyką literacką, ale nie powinna przerażać skomplikowaniem. Z mojego recenzenckiego doświadczenia wynika, że nie powinna być ona ani za trudna, ani za długa. Powód jest prosty – w przeciwnym razie mało osób ją przeczyta. Musi zawierać również element wartościowania. Te dwa teksty, które znalazłem na bookjob.pl są nasycone specjalistycznym językiem oraz odwołaniami. Cieszę się, że taki model krytyki wciąż istnieje, że są ludzie, którzy tak piszą o tekstach, ale nie widzę dla nich dużego zastosowania przy promocji książki. Niekoniecznie mogą przekonać nieprzekonanych, a najbardziej obawiam się tego, że bardzo dużo osób takich tekstów nie przeczyta.

Wracamy do punktu wyjścia: promocja leży po stronie autora. Zupełnie odmiennym przypadkiem są Gry losowe Joanny Dziwak. Pieniądze na jej debiut zbierano na portalu wspieramkulture.pl. Dlaczego piszę “zbierano”? Bo w imieniu autorki działał Ha!Art. Korporację Ha!Art znają wszystkie osoby, które interesują się literaturą. A już na pewno ci z kierunkowym wykształceniem. Gry losowe to przykład crowdfundingu, społecznościowej zbiórki pieniędzy na daną rzeczy, w tym przypadku na książkę. Ale nie jest to samowydanie się. Osoby, które faktycznie zbierają na swoje książki i nie korzystają z pomocy wydawnictw z ustaloną na rynku pozycją mają znacznie trudniej. Na pewno nie jest to niemożliwe, ale bardziej skomplikowane.

Co z tymi pieniędzmi?

Pisarz potrzebuje pieniędzy na swoją pierwszą książkę – na jej wydanie i promocję. Debiut to inwestycja, której ryzyko można rozłożyć za pomocą crowdfundingu. A ten stanowi przykład ubicia trzech zwierzy jednym strzałem. Zapewnia pewną formę promocji, pierwszych czytelników oraz pozwala na wydanie książki.

Być może możliwości debiutantów są nieograniczone, ale tak nie jest z zasobnością portfeli.

Page 2 of 3

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén