Uśmierciliśmy autora, zabiliśmy podmiot i na koniec dokonaliśmy precyzyjnej autopsji formy. Ileż radości mieliśmy z tego mordowania! Jak cieszyliśmy się, gdy odrywaliśmy kolejne fragmenty struktury. Najbardziej radował nas płacz wszelkiej maści redaktorów, tych złych cieci, którzy pilnowali dostępu od najciekawszych treści. Blokowali dostęp do właściwego sensu, a nawet – o zgrozo! – cenzurowali go! Mówili nam, zwykłym odbiorcom, co mamy myśleć! Kształtowali nasz gust! A teraz ich nie ma. Co za ulga…

Czy aby na pewno jest się z czego cieszyć? Redaktor, naczelny lub prowadzący, to faktycznie taki cieć, który pilnuje, żeby pismaki się po podwórku sensu za bardzo nie rozłaziły. Po angielsku, osoby zajmujące się kontrolą jakości treści oraz ich selekcją, nazywa się gatekeeperami – stróżami bram, ale ten polski cieć podoba mi się znacznie bardziej. Oddaje nieprzyjemność tej funkcji oraz to, że te osoby są notorycznie niedoceniane. Gdyby nie ciecie pilnujący porządku na podwórkach, jeżeli wykonują swoje obowiązki sumiennie, to utonęlibyśmy w śmieciach, w brudzie, a zimą zadusilibyśmy się w naniesionym błocie. Z redaktorami jest podobnie. Ten prowadzący bez przerwy dopytuje się kiedy będzie tekst, naczelny wiecznie coś mówi o linii programowej pisma, którą trzeba trzymać. A jeden i drugi ciągle narzekają, że treści dostarczane są po umówionych deadline’ach i mogłby być lepsze, gdyby nie to, że zostały napisane na kolanie. Nie dziwię, że blogerzy odetchnęli z ulgą, gdy wyzwolili się z redaktorskich objęć.

Problem polega na tym, że takie osoby w dalszym ciągu są potrzebne. Mnie lepiej współpracuje się z redakcją, która ma wyraźnie podzielone obowiązki i jest w niej ten nieszczęsny prowadzący i ten znienawidzony naczelny, zwany pogardliwie rednaczem. Pilnują, kontrolują i dbają o jakość. Jeżeli tylko są sumienni i dowalają każdemu po równo, to ich działania przynoszą korzyść. Sprawiają, że teksty zamieszczone na stronie internetowej opowiadają o czymś ciekawym, mają treść, z którą warto się zapoznać. Co najważniejsze dbają także o to, aby felieton był felietonem, a artykuł artykułem – po prostu trzymają pieczę nad formą. Myślę, że niechęć do wszystkich gatekeeperów wynika z niedbałości o strukturę. Przestaliśmy interesować się całością, znacznie bardziej pociągają nas fragmenty, często całkowicie wyrwane z kontekstu, bo przecież do niczego go nie potrzebujemy. Zadaniem redaktorów czuwających nad pracą redakcji jest dbanie o ciągłość, nie tyle jednomyślność, co o stabilność sensów zawartych w treściach.

Petras Gagilas / backyard (CC BY-SA 2.0)

Petras Gagilas / backyard (CC BY-SA 2.0)

Gdy ich nie ma, zaczyna się nieprzyjemny chaos. Obserwuję to w tekstach, która zostały opublikowane w ramach selfpublishingu. To nie jest tak, że jestem wrogiem tej formy wydawania swoich prac, po prostu ma co do niej bardzo dużo wątpliwości. Z doświadczenia wiem jak ważne jest spojrzenie z zewnątrz, często krytyczne rozjechanie tekstu. Uwagi tego typu są szczególnie cenne w przypadku twórczości artystycznej, ponieważ pozwalają autorowi ćwiczyć (czasem nawet odnaleźć) własny styl. Ktoś wydaje tomik poetycki albo książkę, trafia ona do recenzji i człowiek nie wie, co z nią zrobić. Serce chciałoby się ulitować, ale, niczym głaz narzutowy, na plecach siedzi poczucie odpowiedzialności wobec czytelników. Wtedy zaczyna się pisać negatywną recenzję i ma się nadzieję, że ten człowiek zrozumie zawarte w niej uwagi, że nie poczuje się urażony, ale potraktuje wypowiedź krytyczną jako kolejny etap swojej artystycznej wędrówki. Z doświadczenia wiem, że bywa bardzo różnie. Szczególnie w przypadku młodych twórców. Oni są największym problemem. Nigdy nie mieli okazji poczuć redaktorskiego bata, nie trafiło ich ostrze krytyki – wszyscy się nad nimi rozpływali, zapewne w dobrej wierze, aby nie zniechęcać do artystycznej aktywności. Problem polega na tym, że jest w nią wpisana porażka, bo kryzys sprawia, że zaczynamy się zastanawiać nad sposobem tworzenia. Bardzo często polega to na wyhodowaniu w sobie redaktora.

Zadanie to jest trudne. Mnie pomagała w tym moja Promotor, która ciągle obijała (zresztą robi to dalej) głowę różnymi uwagami. Najczęściej nie potrafiłem spojrzeć na swój tekst z zewnątrz, pracuję nad tym cały czas, ale zauważyłem, że taka umiejętność pomaga mi rozwijać swój warsztat. Każda osoba, która siada do blogowania powinna sama dla siebie być redaktorem, być cieciem, który pilnuje własnego tekstowego podwórka. Tylko w ten sposób można zagwarantować sobie wysoką jakość tekstów oraz pewną ciągłość w zawartych w nich sensach. W przeciwnym razie zaczyna się miotania – tematu w temat, z jednego zdania w drugie. Bycie opiniotwórczym nie polega na ciągłych zmiana opinii, tylko na sukcesywnym budowania własnego sposobu postrzegania świata.

Na swoim blogu, sam dla siebie, jestem cieciem. Dbam o porządek. Pracuję nad wyglądem mojego podwórka sensów. Myślę o całości. Mam dość tego paskudnego rozparcelowania na mniejsze części. Pragnę formy i nad jej rozumieniem cały czas pracuję.

//Obrazek wyróżniający: Tim Green / What else could you be? (CC BY 2.0)