Rozmawiając z ludźmi i czytając różne artykuły, coraz częściej trafiam na stwierdzenie, że żyjemy w społeczeństwie wiedzy lub w społeczeństwie informacyjnym. Nieczęsto autorzy tych słów próbują zdefiniować te pojęcia, co oznacza, że stały się one kolejnymi słowami-kluczami. Wystarczy tylko je rzucić i już wszystko wiadomo, nic nie trzeba tłumaczyć. Ja, jak to ja, mam wątpliwości co do słuszności takiego sposobu określania naszego nowoczesnego społeczeństwa.

Szczególnie gdy zaczyna się mówić o wiedzy. Jaką wiedzę mamy na myśli? Czy, aby przypadkiem nie faworyzujemy jednej kosztem drugiej? Modele wiedzy wielokrotnie się zmieniały i dzisiaj żyjemy w momencie, gdy docenia się nie tyle tę praktyczną, ile dającą możliwość uzyskania pieniędzy. W skrajnym przypadku liczy się tylko i wyłącznie ta wiedza, którą można z łatwością sprzedać. Takie ujęcie tego problemu prowadzi do innego traktowania naszego społeczeństwa – bliżej mu do trwającego cały dzień i noc jarmarku, na którym przekrzykują się różnego rodzaju kupcy. Oferują nam najróżniejsze rzeczy; począwszy od znalezienia tej jedynie słusznej drogi do szczęścia po garnki, których uchwyty zrobione zostały z gumy używanej do produkcji wahadłowców. Gdzie tutaj miejsce na wiedzę? Ktoś powie, że przecież docenia się wszystkich naukowców, którzy rozwiązują problemu ludzkości. Badania mają mieć zastosowanie praktyczne, w przeciwnym razie są nieprzydatne, zbędne i – co najważniejsze! – nie dają pieniędzy. Nie poszukujemy dzisiaj wiedzy, ale sposobów jej spieniężenia.

To, co stało się z uniwersytetami, jest dowodem na to, że żyjemy w społeczeństwie wiedzy. Po pierwsze doszło do inflacji dyplomów, której nie zatrzymał podział na studia licencjackie i magisterskie. Był to mocno wbity gwóźdź do trumny kształcenia akademickiego. Wykładowcy konkretnej jednostki inwestują czas i pieniądze w studenta, który może opuścić mury pierwotnej uczelni i udać się do innej. Najważniejsza jest tutaj mobilność, powiedzą osoby, które takie rozwiązanie popierają. Zaraz potem dodadzą, że skraca to czas potrzebny do uzyskania dyplomu. I to niby jest plus? Żadna mobilność! Tylko zwiększenie mocy przerobowej uczelni. Więcej studentów, więcej pieniędzy. Proste i banalne. Dyplom, który otrzymuje się po ukończeniu studiów, jest celem, ale ważniejsza powinna być tutaj droga, czyli zdobywanie wiedzy. Tak się nie dzieje. Liczy się wyłącznie papier, opuszczenie murów wydziału i uczestniczenie w internetowych dyskusjach o zbędności wykształcenia. Biorą w niej udział nie tylko studenci kierunków humanistycznych, ale także ci po ścisłych. Stosunkowo niedawno, od znajomego informatyka, usłyszałem, że na uniwersytecie uczy się o programowaniu, a na politechnice programowania. Wniosek – kształcenie akademickie ma być formą nabywania umiejętności praktycznych i najlepiej, aby przygotowywało do zawodu. Bawią mnie te koncepcje o współpracy nauki z biznes, o zamawianiu kierunków, po których specjaliści na pewno będą potrzebni. Najwyraźniej urodziło się pokolenie jasnowidzów, którzy doskonale wiedzą, jak gospodarka będzie wyglądała za pięć lat. Nawet jeżeli to potrafią, czego im bardzo zazdroszczę, chociaż obawiam się, że taki dar wykorzystałbym do bardziej prozaicznych rzeczy, to dlaczego zlikwidowaliśmy kształcenie zawodowe? Dlaczego obowiązki zawodówki zostały przerzucone na uniwersytety? Do dziś nie potrafię tego pojąć, co ciekawe tym problemem w ogóle nie zajmują się politycy. Umowy śmieciowe, górnicy, rolnicy i emerytury – to najważniejsze tematy. Polski system edukacji leży i kwiczy, a my cieszymy się, że nasi naukowcy odnoszą sukcesy za granicą.

jinterwas / Wisdom is... (CC BY 2.0)

jinterwas / Wisdom is… (CC BY 2.0)

Po drugie ośmiu na dziesięciu studentów nie jest przygotowanych do kontynuowania edukacji na poziomie akademickim. Śmiem twierdzić, że czterech z tych ośmiu nie powinno mieć matury. Zdawalność egzaminu dojrzałości – oto kolejne szaleństwo polskiego systemu edukacji. Nikomu nie wydaje się niebezpieczne to, że media pragną, aby był on jak najwyższy? Najlepiej, aby 100% uczniów zdało maturę, wtedy wszyscy byliby zadowoleni. Wynika to z iluzji, że jakość edukacji można mierzyć za pomocą słupków i statystki. Nie, nie da się tego zrobić. Menadżerowie, o których wejściu na uniwersytety mówi się coraz głośniej, będą produktami edukacji skoncentrowanej wykresach i kluczach. Będą poszukiwać maksymalizacji zysków, co będzie dla nich równoznaczne z poprawą jakości kształcenia. To jest absurd! Przypominam, że należą oni do przedstawicieli społeczeństwa wiedzy. Chociaż mam wrażenie, że ten jarmark, o którym pisałem kilka akapitów wcześniej, jest znacznie bliższy prawdzie. Uniwersytety nie potrzebują zarządzających, tylko naukowców, nauczycieli, pedagogów i studentów z prawdziwego zdarzenia. Aby polska nauka mogła podnieść się z kolan, potrzebna jest reforma systemu edukacji. Kiedyś oszukiwałem się, że znajdzie się ktoś odważny i to ruszy. Nie mam złudzeń. Nikt tego nie tknie, a jeżeli już ktoś sobie przypomni o edukacji, to będzie poszukiwał środków doraźnych. Wtedy rozwiązaniem okaże się tynkowanie ubytków, naprawianie elewacji, aby z zewnątrz wszystko wyglądało dobrze. Trzeba przyznać otwarcie – jest źle, a będzie coraz gorzej.

Polską naukę toczy punktoza, grantoza i źle przygotowanie studenci, którzy szturmują uczelnie w olbrzymich ilości. Wszystko to prowadzi do sytuacji, która opisuje Jan Keller:

Zwiększenie podaży studentów na uczelniach prowadzi do obniżenia poziomu nauczania. Nauczyciele są przeciążeni kształceniem tych, o których z góry zakładają, że ostatecznie i tak nie będą pracowali w studiowanym zawodzie, a tym bardziej nie podejmą działalności naukowej. Czas wolny, pozostały po tak beznadziejnej pracy, wykładowcy muszą przeznaczyć na pracę biurową, której przybywa z każdym kolejnym programem komputerowym mającym ją rzekomo ułatwić. Resztę czasu poświęcają na pozyskiwanie funduszy, czyli pisanie nowych projektów i wniosków o granty. Wciąż muszą więc wybierać pomiędzy tematami, którymi chcieliby się zająć w ramach własnej specjalności i które uznają za użyteczne i budujące, a tematami, które uznają za przydatne przy pozyskiwaniu niezbędnych środków finansowych.

Środowisko akademickie ulega powolnej homogenizacji. Dziwaków, szalonych naukowców i niepoprawnych marzycieli jest coraz mniej. To wcale nie jest dobrze, bo tacy ludzie są interesujący, a ich idee potrafią inspirować. Niezależność na uniwersytecie to iluzja, której utrwalanie jest szkodliwe. Powoli kształcenie akademickie zaczyna przypominać przygotowania do matury. Większe grupy powodują, że trudno jest zrealizować jakikolwiek sensowny program. Dlatego zaczyna się operować skrótami, po to, aby przekazać studentom wiedzę. Problem polega na tym, że oni jej nie chcą. Jak zauważa to Jan Keller – ani o pracy w zawodzie, ani o działalności naukowej nie myślą. Ciśnie się na usta, że to wina uniwersytetów, które stały się fabrykami bezrobotnych. W żadnym wypadku! Jest to efekt dziwnego przekonania, że wyniki badań naukowych można zestandaryzować, niczym narzędzia lub śrubki oraz – co przede wszystkim widać na gruncie polskim – wynik nieprzemyślanych reform.

Za wzór stawia się nam model anglosaski, ze szczególny uwzględnieniem opłat za studia. Problem polega na tym, że kwestia te jest dyskutowana, ponieważ studencie pożyczki nie okazały się dobrym rozwiązaniem. Szczególnie w momencie, w którym tak wiele osób decyduje się na podjęcie edukacji na uniwersytetach. A my? Toczymy dyskusję polegającą na przerzucaniu się słowami-kluczami. Najgorsze jest jednak to, że najwięcej bezmyślności widać u osób, które legitymują się wyższym wykształceniem. Mamy kryzys, ale nawet nie próbujemy z niego wyjść. W Polsce trwa oczekiwanie na spektakularny upadek systemu edukacji. Ciekaw jestem, czyja to będzie wina. Pewnie nauczycieli akademickich, bo politycy nie wezmą odpowiedzialności za nic.

//Obrazek wyróżniający: jprime84 / Wisdom 051-2 (CC BY-ND 2.0)