Tag: facebook (Page 1 of 2)

Literat przegląda Internet #130

Minął tydzień pełen wrażeń. Czas na spokój, odpoczynek, sadzenie i siedzenie na dworze. Przynajmniej przez następne dwa dni, bo potem czas na kolejne rozdanie, kolejne zadania. Coraz bliżej początku maja, bliżej dłuższego odpoczynku i spokoju.

Jak pogodzić matematykę z doświadczeniem gracza?

Komputer w wersji zrób to sam.

Jeżeli oglądacie Dolinę Krzemową, to zachęcam do przyjrzenia się czołówce.

Steve Wozniak porzuca Facebooka.

Twórcy gier komputerowych próbują wpływać na polityków.

Literat przegląda Internet #122

Tydzień pod znakiem książek! Jeżeli jeszcze nie nabyliście najnowszego pakietu ArtRage, to zróbcie to jak najszybciej! Jest tam najnowsza książka Łukasza Orbitowskiego! Exodus zapowiada się świetnie, być może nawet lepiej, niż Szczęśliwa ziemia.

Świt robotów?

Kryptowaluty, miłość, podryw i współczesność.

Młodzi Amerykanie nie uprawiają seksu! Co z tego wyniknie? I skąd ta niechęć?

Dwa trudne lata w Facebooku.

Skąd tyle goliznyAltered Carbon?

Literat przegląda Internet #74

Ten tydzień minął mi pod znakiem eksploracji świata Torment: Tides of Numenera. Wyjątkowe doświadczenie, a sama gra to pozycja obowiązkowa dla fanów cyfrowych RPGów. Interaktywna rozrywka to nie wszystko! Tym bardziej, że w Internecie pojawiło się sporo ciekawych treści.

Najpierw trafiłem na wywiad z Markiem Oramusem, polskim pisarzem science fiction. Sam tekst ukryty jest za paywallem, ale myślę, że warto.

Okazuje się, że PiS zawiódł nawet konserwatystów. Ciekawa opinia.

Facebook pomoże samobójcom. Już kiedyś o tym czytałem, ale uważam, że o takich zastosowaniach mediów społecznościowych warto przypominać.

Jeszcze raz Facebook! Jednak tym razem o cenzurze nagości.

Julia Kiran ambasadorką produktów HP!

Les Chatfield / Reading for bad weather (CC BY 2.0)

Czego ten Pan chce od tej książki?

Nigdy nie wiem, co jest pierwsze. Najpierw są upały, a potem ludzie zaczynają się denerwować? A może Słońce zbyt mocno przygrzewa, co zdecydowanie nie sprzyja trzymaniu nerwów na wodzy? Rzecz, którą dostrzegłem w tym tygodniu ma zupełnie inne podłoże. Upału wtedy nie było, zabrakło czegoś innego, po obu stronach – zarówno w przypadku autora, jak i komentujących jego tekst. Łatwo dać się ponieść wrogiemu nastrojowi, ale warto czasem spojrzeć na sprawę zupełnie pod innym kontem. Będzie to jedna z tych spraw, w których prawda leży pośrodku, ale jakoś nikt nie chce do niej podejść, bo to bliższej konfrontacji pomiędzy stronami.

Najpierw kontekst. Włączam komputer, aby sprawdzić, co tam słychać w mediach społecznościowych. Czynię to nie dla zabicia czasu, ale w poszukiwaniu inspiracji. Nie zawsze się udaje, jednak tym razem trafiłem na coś interesującego. Adam Folek napisał tekst Książka w wersji instant, w którym krytykuje rynkowe podejście po książki. Przedmiot ten został pozbawiony ważności, sprowadzony do zwykłej rzeczy, którą można trzymać na półce, a tak nie powinno być! Rolą intelektualisty jest wychowywać, wskazywać jedyną słuszną drogę! Adam Folek poczuł potrzebę wytłumaczenia ludziom, czym książka powinna być. Za przykład negatywnego postrzegania fundamentu literatury wybrał Zniszcz ten dziennik Keri Smith. Jak sam tytuł wskazuje, zadaniem odbiorcy, jest dokonanie aktu destrukcji na fizycznej strukturze tekstu. Poszczególne kartki opisują, co należy z nimi zrobić (pomiąć, poplamić, porysować itd.). Dla Adama Folka jest to przykład na upadek kultury czytelnictwa, a sam Zniszcz ten dziennik służy autorowi za punkt wyjścia do krytyki nowoczesności. Bo w dużej mierze, właśnie tym zajmuje się Adam Folek. Dlatego, w świetle jego programu krytyki współczesnej kultury, nie można oburzać się za sposób przedstawienia sytuacji książki w tekście Książka w wersji instant. Na Fejsbuku przeczytałem, że Adam Folek zachowuje się jak nadęty humanista, że nie ma o niczym pojęcia, wytknięto mu kilka – poniekąd słusznie – niedociągnięć. Nie przyłączę się do tej grupy działającej po sztandarem Świętego Oburzenia Wiedzących – Adam Folek ma pewien program, który stara się realizować i dzięki temu pojawia się możliwość dyskusji.

Uważam, że Zniszcz ten dziennik to ciekawa inicjatywa, a jestem literaturoznawcą, który okupuję się w książkach, uwielbia je i dba o swoją, stale się powiększającą, kolekcję. Dzięki Keri Smith można poprowadzić interesujące zajęcia na temat granic „książkowości”. Ćwiczenia mogą polegać na przedstawieniu różnych definicji książki – zmieniają się one na przestrzeni lat, książka nie zawsze jest książką we współczesnym rozumieniu – i zastanowienia się nad modelem czytelnictwa. Czego dziś wymaga się od odbiorcy? Jak mam on być przygotowany? W jakim stopniu wartościowe są wszystkie kampanie społeczne? Z tym że trwamy w permanentnym kryzysie czytelnictwa, pisałem ostatnio, dlatego nie będę się powtarzał. Tekst Książka w wersji instant Adama Folka pokazuje tylko jedną możliwość interpretacji Zniszcz ten dziennik. Jak słusznie zauważono na Fejsbuku, tę książkę można potraktować zupełnie inaczej i pokazać jej pozytywne aspekty. Na przykład zastanowić się nad tym, czy można ją zaliczyć do liberatury? Miałem na ten temat całkiem ciekawą pracę od studenta. Niestety, w wyniku natężenia Świętego Oburzenia, możliwość dyskusji umarła. Ja nie chcę być krzyżowcem, pragnę jedynie przedstawić odmienny punkt widzenia, skoncentrować się na kilku elementach, które w tekście Adama Folka wydały mi się niepokojące.

Bunches and Bits {Karina} / Reading (CC BY-NC-ND 2.0)

Bunches and Bits {Karina} / Reading (CC BY-NC-ND 2.0)

Przede wszystkim autor zdaje się zapominać o tym, że nie posługujemy się już XIX wiecznym modelem lektury. Współcześnie książka została pozbawiona swojej aury, musi walczyć o zainteresowanie odbiorców. Na zmianę jej pozycji zwrócił już uwagę Karol Irzykowski, (krytyk literacki piszący w okresie dwudziestolecie międzywojennego) w takim razie, dlaczego my, współcześni intelektualiści, zdajemy się tego nie widzieć? Mam wrażenie, że wielu z nas – do tej grupy zaliczam także Adama Folka – pozostaje ślepa z wyboru. Zdarza się, że próbują zawrócić kijem Wisłę i przypomnieć społeczeństwu, że kiedyś to książka była najważniejsza i było super, w takim razie teraz powinna wrócić na piedestał i nigdy już z niego nie schodzić. Ja zupełnie inaczej widzę rolę intelektualisty we współczesnej kulturze. Zadaniem tej części społeczeństwa nie jest świecenie ludziom po oczach kagankiem oświaty, ale tłumaczenie przemian, zwracanie uwagi na interesujące procesy we współczesnej kulturze. Pytanie o homogenizację, o degradację sensu, o upadek rytuałów – wszystko to wymaga zejścia z wieży i zmieszania się z tłumem. Pogarda motłochem (będąca zamaskowanym strachem przez masowym odbiorcą?) prowadzi do odklejenia się i palenia mostów. Dużo mówi się o tym, że elita polityczna żyje w alternatywnej rzeczywistości i nie rozumie potrzeb swoich wyborców. Przykład Adama Folka pokazuje, że intelektualiści żyją w przeszłości, że krytykują współczesność porównując ją do czasów zamierzchłych, w których kultura wysoka niepodzielnie rządziła ludem. Tę stereotypową niechęć do popkultury widać, gdy Adam Folek pisze:

Mamy w Polsce taki rynek książkowy, na którym zdecydowanie ważniejszy jest rynek niż książka. Łatwiej znaleźć reedycję kryminałów Camilli Lackberg niż powieści Tomasza Manna. Słowo, będące kamieniem węgielnym naszej kultury, postanowiliśmy utowarowić i ładnie zapakować, by z zyskiem sprzedawać je w klimatyzowanych galeriach handlowych, gdzieś między pracą a domem, między McDonaldsem a H&M.

Urynkowienie kultury, a co za tym idzie mówienie o jej produktach, jest trudnym do odwrócenia procesem. Mam wrażenie, że wręcz niemożliwym. Sam wolę mówić o tekstach kultury, niż o jej produktach, ale nie wynika to z mojej niechęci do popkultury, tylko z racji potrzeby oderwania swoich badań od aspektu ekonomicznego. Wolę tworzenie od produkowania kultury – tutaj zgadzam się z Adamem Folkiem. Ale stanowczo sprzeciwiam się zgniataniu popkultury! Aż dziw berze, że autor zestawił Lackberg „jednie” z Mannem i nie wytoczył cięższych dział, takiego na przykład Prousta. Powtórzę to, co zawsze mówię swoim studentom – nie wstydźcie się tego, że aktywnie uczestniczycie w popkulturze, że oglądacie seriale, że bawią was memy, a popołudnia lubicie spędzać przy powieściach kryminalnych. Daleki jestem od obrony ignorancji, która objawia się niskimi kompetencjami kulturowymi, ale nie możemy zakładać, że lektura Manna i powrót do wysokiej literatury nas zbawi. Bycie aktywnym odbiorcą popkultury wymaga znajomości fundamentów kultury europejskich, nagle okaże się, że znajomości filozofii może być przydatna (patrz: serial Detektyw). Nie można się obrazić, zamknąć w pokoju z wielkimi twórcami i udawać, że świat umarł. Tak zachowują się rozwydrzone dzieci, a nie osoby należące – lub aspirujące – do elity intelektualnej.

Niepokojące jest rozdarcie sądów Adama Folka, szczególnie widoczne w poniższym fragmencie:

… nie mamy już czasu na książki. I naprawdę mogę to zrozumieć. Kulturą są teraz dla przeciętnego człowieka seriale i filmy, łatwiej przyswajalne i dostępne na różnych nośnikach elektronicznych.

Autor dostrzega to, że książka jest otoczona innymi mediami – i to się w chwali. Fakt ten interpretuje w sposób – niestety – potwierdzający Fejsbukową tezę o poczuciu wyższości i nadęciu intelektualistów. Skąd założenie, że seriale i filmy są łatwiej przyswajalne? Taką Odyseję kosmiczna człowiek połyka bez problemu, nawet przez chwilę mu nie staje w gardle. Zresztą podobnie jak Białą wstążkę lub Melancholię. A seriale? Wspominałem wcześniej o Detektywie – pierwszy sezon wymagał od widza zorientowania w filozofii, w przeciwnym razie wiele interesujących kwestii umykało uwadze odbiorcy. Dobrym przykładem jest także Dom grozy, którego autorzy ciekawie grają różnymi, znanymi z europejskiej kultury, potworami. Jest wilkołak, wampir, są wiedźmy. Wszystko to jest odpowiednio zmodyfikowane, a znajomość książek oraz filmów, których fabuła była oparta na walce z monstrami, nie zakłóca odbioru serialu, ale wręcz go poprawia. Dopiero wtedy można mówić o pełnym doświadczeniu sensów Domu grozy. Uproszczenie Adama Folka jest krzywdzące. Nie można wszystkiego wrzucać do jednego wora i oznaczać go jako „przyjemnie i łatwe w odbiorze”. Poza tym nawet w Miłości na bogato można znaleźć ciekawe wątki mówiące o współczesnej kulturze. Przeprowadziłem taki eksperyment ze studentami. Przez całe zajęcia omawialiśmy modele oraz stereotypy, jakie pojawiły się w tym serialu. Oczywiście, że kultura jest pełna dzieł niewartych uwagi, ale ich ocenianiem powinni zajmować się ludzie należący do elity intelektualnej. Na pewno nie można tego robić poprzez zwykłe uproszczenia, ponieważ gubi się wtedy możliwość wartościowania poszczególnych tekstów. Sprowadzenie wszystkiego do konfliktu pomiędzy kulturą wysoką a niską jest po prostu nudne.

Najgorsze jest wprowadzenie kategorii przeciętnego człowieka. Kto to jest? Jak wygląda? Wszyscy czujemy się nieprzeciętni, to w takim razie, gdzie znajdziemy kogoś reprezentującego średnią? Przy całym moim szacunku do poglądów autora oraz jego formy krytyki kultury – wydała mi się ona trochę wątpliwa, co wyartykułowałem w tym tekście – uważam, że sięgnięcie po przeciętnego człowieka jest błędem, którym niszczy cała treść zawartą w tekście. To zwykły wytrych, który ma otworzyć drzwi do serc tych, będących ponad przeciętnością, pogardzających masą. Tani chwyt zasługujący na napiętnowanie. Posługiwanie się jakimś stereotypowym konglomeratem poglądów – bo chyba tak należałoby zdefiniować tego przeciętnego człowieka – świadczy o tym, że autor sam nie wie, o czym pisze. Bo skoro, krytykowana przez Adama Folka, popkultura właśnie dla tego średniactwa jest, on sam do niego nie należy, bo czyta książki, to nie może on nic na ten temat powiedzieć, bez wcześniejszego pozbycia się uprzedzeń i niechęci. Chyba że Książka w wersji instant miała być skierowana do intelektualistów zamkniętych w wieżach i wysłana gołębiem. Tylko przypadek sprawił, że tekst został opublikowany w Internecie, w pulsujących źródle popkultury.

//Obrazek wyróżniający: Les Chatfield / Reading for bad weather (CC BY 2.0)

Dziennik nowoczesnego człowieka

Radek Teklak Piórkiem i mięsemW ramach pakietu Legendy miejskie  pojawił się debiut Radka Teklaka. Książka Piórkiem i mięsem zawiera wpisy zebrane z Facebooka oraz bloga, stanowi przykład uporządkowania współczesnego chaosu zapisków. Jest to rzecz zupełnie inna od Postu Karoliny Pochwatki, o którym pisałem dwa tygodnie temu. Wobec Radka Teklaka trzeba stosować odmienne kategorie opisu. Pamiętając przy tym, że ma się do czynienia z tekstem niebanalnym, ale miejscami nierównym.

Autor przemieszcza się po Warszawie, dlatego też wiele jego tekstów koncentruje się na problemach komunikacji miejskiej. Śmierdzi (zarówno z pojazdów jak i od ludzi), wszystko jest odrapane i stare, ale na szczęście wciąż można zobaczyć interesujące jednostki. Właśnie opisy napotykanych indywiduów są najciekawsze, bo wielu z nas jeździ autobusami, tramwajami, pociągami, a nawet metrem, ale rzadko zwraca uwagę na współtowarzyszy podróży. Inaczej do tej kwestii podchodzi Radek Tetlak. On obserwuje, zapamiętuje, zapisuje i publikuje swoje uwagi na temat napotkanych osobistość. Stworzony przez niego zestaw potrafi przyprawić człowieka o ból głowy, spowodowany nagłymi napadami śmiechu. Są to obserwacje celne i jednocześnie pełne ironii.

To w zasadzie wszystko na temat książki Radka Teklaka. Po dodaniu, że Piórkiem i mięsem mi się podoba, ale nie wrócę do niej mógłbym zakończyć recenzję. Jednak na warsztatach krytyki artystycznej nauczono mnie, że swoje poglądy literackie należy obudować odpowiednimi argumentami. W takim razie zaczynam.

Nihil novi

Piórkiem i mięsem to nic nowego pod kątem struktury tekstu. Odbiorca ma do czynienia z dziennikiem nowoczesnego człowieka, osoby która żyje w świecie przesyconym nowymi mediami i za ich pomocą kontaktuje się ze znajomymi. Teksty Radka Teklaka są bardzo uporządkowane, przemyślane i wyszlifowane. To piękne diamenty, których blask w pewnym momencie zaczyna nudzić. Nie mam na myśli, że zaczyna męczyć doskonałość albo powtarzalność struktury. Problemem jest język będący wypadkową odmiany literackiej i codziennej. Bardzo często z przewagą tej pierwszej.

Wszystkie teksty są solidnie napisane i skomponowane. Autor pisze w sposób ciekawy – po prostu. Nic więcej nie można na ten temat powiedzieć. Jego konstrukcje językowe nie wyróżniają się niczym szczególnym. Wyraźne uporządkowanie, estetyczne połączenie wulgarności i wyniosłości na początku bardzo mi się podobało, ale potem stało się całkowicie przeźroczyste. Odniosłem wrażenie, że warstwa językowa w tych tekstach uległa całkowitemu rozproszeniu. Ważniejsza stała się tematyka.

Dla Radka Teklaka ważne jest jak mówi oraz o czym mówi. Bywa, że ten drugi element dominuje i właśnie wtedy zaczyna robić się nudno. Niektóre teksty w zbiorze Piórkiem i mięsem mają wymiar terapeutyczny. Autor przelewa swoją nienawiść, niechęć i pogardę do współczesności na papier, zamiast chodzić po ulicach i mordować. Radek Teklak mieszka w Polsce, więc powodów do irytacji ma wiele. Tylko czy koniecznie musimy o tym czytać? Z jednej strony tak: bo to ciekawa konfrontacja z poglądami innego człowieka, ale z drugiej strony przecież każdy z nas jest ostrzeliwany polskim absurdem z każdej strony – po co więc szukać nowych źródeł?

Myślę, że właśnie dla samej konfrontacji, dla poznania odmiennego spojrzenia na świat. Piórkiem i mięsem to dobry debiut. Nie żałuję czasu spędzonego na lekturze tej książki, po prostu nie przepadam za dziennikami.

Mój kochany Pamiętniczku…

Piórkiem i mięsem to dziennik. Kropka. Na pierwszym miejscu jest autor, jego poglądy, przeżycia oraz wspomnienia. Dopiero potem mamy miasto, przestrzenie oraz ludzi. Staram się unikać tej formy literackiej, ponieważ rzadko zdarza się, aby jakiś dziennik mnie zainteresował. Tym razem również nie było inaczej. Piórkiem i mięsem przeczytałem całe, ale na pewno już nie wrócę do tego tekstu. Nie czuję takiej potrzeby.

Na tę książkę składają się notki z bloga oraz Facebooka i właśnie na tym polega jej słabość. Poszczególne teksty, ułożone w zbiór, tracą swoją wyjątkowość. Gdybym poznawał je raz, może dwa razy w tygodniu na pewno uznałbym je za znacznie ciekawsze. Forma książki zmusiła mnie do ciągłej lektury, co zaowocowało przeczytaniem tekstów Radka Teklaka w ciągu dwóch dni. Moje znużenie wynika z nadmiaru. Wydaje mi się, że tekstom służyła ich odrębność i chwilowość – co coś wpływa na odbiór bloga. Właśnie w takiej formie mógłbym przyjmować je przez dłuższy czas i – być może – po pewnym okresie o nich zapomnieć.

Przynajmniej to ostatnie się zgadza. Z książki Piórkiem i mięsem niewiele mi zostało w głowie. Trochę wrażeń, niewiele obrazów i szczypta poglądów. Lekturę tekstów składających się na ten zbiór warto sobie rozłożyć. Czytać jeden, może dwa wpisy dziennie, przeplatać je z innymi źródłami treści. Myślę, że wtedy będą znacznie lepsze.

Radek Tetlak, Piórkiem i mięsem

Code Red Tomasz Stachewicz, Warszawa 2014

ebook

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén