Tag: fantasy (Page 1 of 2)

Popkulturowy świetlisty

Bright dawno trafiło na moją listę filmów do obejrzenia. Czekałem na premierę, zastanawiałem się, jak zostanie poprowadzony ten interesujący pomysł. Elfy, orkowie, krasnoludy, ludzie, latające nad nowoczesnymi miastami smoki, a obok smartfony, broń automatyczna i różdżki. Magia i technologia, obok siebie. Ciekawe połączenie, ale jak udała się realizacja?

Nie nastawiałem się na artystyczne, wysmakowane kino. Zwiastuny wyraźnie wskazywały na film akcji, w specyficznym świecie, w którym elfy zamieszkują bogate dzielnice, a orkowie tworzą getta. Rasizm nasuwa się sam i w Bright jest go pełno. Oczywiście, zadaniem filmu jest wskazanie, że pochodzenie nie warunkuje tego, czy ktoś jest dobry, czy zły. To założenie zostaje wypełnione – wyraźnie widać to w samej końcówce filmu. Poświęcenie, walka o przetrwanie, przyjaźń. Bright jest do bólu przewidywalne, sztampowe i stworzone według znanej w popkulturze formy. Co nie oznacza, że mamy do czynienia z filmem złym.

Rozumiem stawiane zarzuty, w których pojawia się wtórność oraz brak solidnego wykorzystania pomysłu. Faktycznie, w pewnym momencie Bright staje się klasycznym heroicznym fantasy, które rozgrywa się we współczesnym świecie. Jednak dla mnie nie jest to minus. Warto przypomnieć, że jest to film garściami czerpiący z popkultury i mocno z nią związany. Po co automatycznie zakładać, że Bright będzie pełne oryginalnych rozwiązań? Moim zadaniem zwiastuny wskazywały na to, że autorzy zmienili jedynie założenia świata, a do opowiedzenia fabuły chcą wykorzystać znany schemat heroicznego fantasy. Bright to kino rozrywkowe, oscylujące wokół baśni z morałem. Może się to wydawać męczące i złe, ale na pewno nie jest niepotrzebne.

Ten film postrzegam jako wstęp do nowego uniwersum. Taki prolog, opisanie założeń, wprowadzenie najważniejszych postaci oraz zbudowanie fundamentów do dalszych historii. Jednocześnie nie sądzę, aby kolejne części automatycznie były odkrywcze i oryginalne. Myślę, że autorzy będą garściami sięgali z opowieści fantasy. Jedyną różnicą będzie otoczenie. Zamiast warowni i opuszczonych starożytnych ruin, akcja będzie się rozgrywała w nowoczesnych wieżowcach. Magia oraz technologia będą się przenikały, a dla postaci posiadanie pistoletu i magicznej różdżki będzie codziennością. Kino rozrywkowe rządzi się swoimi prawami, popkultura uwielbia wielokrotnie używać tych samych schematów. Dzięki temu odbiorca szybko odnajduje się w fabule.

Mam wrażenie, że Bright – film dobry, ale nie wybitny – padło ofiarą wygórowanych oczekiwań. W Sieci pojawiło się kilka zwiastunów, odbiorcy zaczęli postrzegać obraz jako oryginalną i odkrywczą reinterpretację fantasy, jednak zapomnieli o jednym. O tym, że popkultura nie przepada za innowacyjnością, woli sięgać po znane schematy i osadzać je w innych dekoracjach. Właśnie takim filmem jest Bright.

To klasyczne bohaterskie fantasy, z wyraźnie zaznaczonym morałem oraz nowoczesnym miastem w tle. Nic więcej. Dobra rozrywka, początek nowego uniwersum, ale na próżno doszukiwać się tutaj wyjątkowej oryginalności.

Drugi sezon dziwnych rzeczy

Poprzedni weekend upłynął mi pod znakiem Stranger Things. Już w pracy nie potrafiłem wysiedzieć do końca dniówki, w domu mną po prostu trzęsło. Bardzo chciałem obejrzeć nowy sezon, a moja Żona postanowiła, że zabierzemy się za niego dopiero po powrocie ze wsi. Pierwszy wolnym termin został wyznaczony na sobotę, po godzinie 20:00. Nie odwołałem wizyty u rodziców, to by znaczyło, że jestem wręcz uzależniony od Stranger Things. Czekałem, niecierpliwie, sublimowałem to oczekiwanie. Czytałem, pisałem, spacerowałem z psem. W końcu nastał moment, w którym włączyłem pierwszy odcinek…

Przepadliśmy. Oboje. W sobotę obejrzeliśmy pierwsze trzy epizody, resztę łyknęliśmy w niedzielę. Od razu sięgnęliśmy po Beyond Stranger Things. Interesujące rozmowy na temat nowego sezony, które warto zobaczyć po obejrzeniu wszystkich odcinków. W przeciwnym razie trafi się na spoilery, co na pewno zepsuje zabawę. W poniedziałek, po niedzielnym maratonie, w trakcie przerw w pracy, zastanawiałem się, czy nowe Stranger Things było tak samo dobre, jak pierwszy sezon. Na pewno było inne, twórcy odmiennie rozłożyli akcenty w fabule, stworzyli zupełnie nową dynamikę. Dla mnie drugi sezon był solidną narracją, porządną historią, do której na pewno wrócę. Z całą pewnością mogę napisać, że bawiłem się doskonale. Tak samo, jak rok temu, gdy po raz pierwszy trafiłem do Hawkins i śledziłem losy Willa oraz jego przyjaciół.

Sięgając po drugi sezon Stranger Things, liczyłem na coś innego i dostałem to, czego oczekiwałem. Odgrzewany kotlet, czyli dokładnie taka sama konstrukcja, jak w poprzedniej odsłonie, byłaby zwykła porażką. Nie po to czekam rok na drugi sezon, ekscytuję się zajawkami, żeby dostać dokładnie taką samą historię, tylko w innym opakowaniu. Dlatego cieszę się, że bracia Dufferowie nie boją się eksperymentować i traktują narrację serialu, jako całość. Dzięki takiemu podejściu historie bohaterów zostały rozbudowane, wyraźnie zaznaczono ewolucje poszczególnych charakterów. Związki pomiędzy postaciami zostały zdynamizowane poprzez wprowadzenie nowych osób. Max wyraźnie rozbija równowagę wśród grupy przyjaciół i zmusza ich do ponownego ustalenia hierarchii. Dominantą drugiego sezonu Stranger Things są właśnie relacje między bohaterami. Być może dla fanów serialu ten zwrot może wydawać się dziwny, jednak jest w pełni uzasadniony. W końcu pierwszy sezon stanowił wyłącznie prezentację postaci, ich motywacji oraz charakterów. Rozwinięcie wręcz wymagało wprowadzenia większej ilości elementów psychologicznych i obyczajowych. Bez tego świat prezentowany w Stranger Things byłby tylko wydmuszką z jakąś tajemnicą w tle.

Drugi sezon jest świetny, ale spodoba się przede wszystkim tym osobom, które chcą ewolucji serialu, a nie odcinania kuponów. W Beyond Stranger Things bracia Dufferowie wspominali, żę chcą rozwijać swoją opowieść, rozbudowywać bohaterów oraz świat. Jednocześnie obawiam się kolejnych sezonów Stranger Things. Dzisiaj mamy okazję obejrzeć dobrze domkniętą całość, z delikatną wskazówką, że coś ciągle czai się w mroku. Kolejne odsłony mogą niepotrzebnie rozciągać fabułę lub nawet doprowadzić do tego, że interesujący serial stanie się nudnym tasiemcem o problemach nastolatków.

Sztampowy romans

Evna to trzeci i zarazem ostatni tom serii Krucze pierścienie. Dotrwałem do końca! Jednak nie podzielam opinii, którą wydawca próbuje sprzedać na skrzydełku książki. Siri Pettersen stworzyła trzy długie tomy, na różnym poziomie. Pierwszy był do bólu nudny, w drugim pojawiła się pewna stabilizacja, co na pewno było zasługą jasnego pomysłu na fabułę. Trzeci, zamykający serię, jest dobry, po prostu dobry. Na próżno szukać tutaj kunsztu znanego z powieści J. R. R. Tolkiena, nie ma sensu zestawiać autorki z Ursulą Le Guin i jej Ziemiomorzem. Krucze pierścienie, do ostatniego zdania, to dobra literatura popularna. Nic więcej. Coś dla osób poszukujących solidnie wykonanego czytadła fantasy.

To nie jest tak, że cały cykl po prostu mnie znużył. Pierwszy tom był średni, w drugim nagle zaczął się rodzić pomysł na opowieść, a trzeci realizuje założenia z poprzedniego. Autorka stawia na rozwijanie i kontynuację wątków, stara się je zamknąć, aby nie pozostawić czytelnika z poczuciem straconego czasu. Domysłów jest niewiele, Evna od samego początku dąży do wielkiego konfliktu, do starcia o panowanie na światami. Spadają maski, postaci dowiadują się, kim właściwie są, a historia magicznej rzeczywistości wykreowanej przez Siri Pettersens, zostaje zamknięta i uzupełniona. W zakończeniu jest mała furtka, która może pozwolić na kontyuację serię, jednak mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Krucze pierścienie są zamknięte. Evna pokazuje, jak długą drogą przebyła autorka. Udało jej się z nudnej struktury, stworzyć coś ciekawego, zajmującego i przynoszącego sporo przyjemności. W dalszym ciągu jest to czytadło zbudowane na połączeniu romansu oraz fantasy. Jednak dzięki rozbudowie świata przedstawionego Krucze pierścienie zaczęły być ciekawe. W Evnie zostają rozwinięte wątki dotyczące konstrukcji społecznej, zależności pomiędzy klasami oraz ucisku wywieranego przez arystokrację na biednych. Nie myślcie, że Siri Pettersen odkryła w sobie krytyka społeczeństwa, po prostu udowadnia, że jest świetną obserwatorką i potrafi portretować niektóre zależności. Bez tych elementów ostatni tom stałby się kopią drugiego, czyli narracją będącą powieścią kryminalną z odrobiną magii.

Evna jest dobrym zamknięciem serii. Na uwagę zasługuje scena oblężenia oraz oszustwo dokonane przez główną bohaterkę. Jednak irytuje ciągłe wtrącanie wątku romansowego, który nie rozwija się od początku książki. Miłość pomiędzy postaciami jest miałka, pozbawiona emocji i trudno ją nazwać interesującą. Od pierwszego zdania widać, że będzie to sztampowa relacja, popkulturowa para, która nie może być ze sobą, ale na końcu będzie. Przewidywalność tego wątku męczy, rozbija niezłą narrację w Evnie. Na pewno związek pomiędzy Hirką i Rimim mógł stanowić interesujące wzbogacenie świata przedstawionego, jednak został spłycony i poprowadzony w takich sposób, że często wydaje się zbędny.

Zakończyłem swoją przygodę z Kruczymi pierścieniami. Nie żałuję, być może sięgnę po kolejne książki Siri Pettersen, jeżeli się takie pojawią. Jednak uczynię to tylko wtedy, gdy nie będą miał żadnej innej pozycji do czytania.

Odrobina świeżości

Otwierając Zgniliznę, nie nastawiałem się na wyjątkowe doznania. Pierwszy tom Kruczych pierścieni, czyli Dziecko Odyna, dostarczył mi przydługawych akapitów oraz mało porywającej akcji. Obawiałem się, że te problemy przeniosą się do kolejnej odsłony cyklu, a najbardziej przerażała mnie możliwości ich dalszego rozwoju. Jeszcze więcej nudny? Jeszcze więcej bzdurnych wątków romansowych? A może przyszedł czas na pojawienie się postaci podobnych do wampirów? W końcu motyw krwi był już wykorzystany w pierwszym tomie, wystarczy tylko pójść jeden krok dalej.

Zgnilizna jest lepsza od Dziecka Odyna. W drugim tomie wyraźnie widać, że autorka powieści zaczyna zastanawiać się nad tym, jakiego gatunku powieści chce pisać. Już nie ma wieloakapitowych prezentacji postaci, zniknęły gdzieś wątłe połączenia wątków. Siri Pettersen postawiła tym razem na rozbudowanie charakterów. W Zgniliźnie postaci zostają rozwinięte, a nie wyłącznie zaprezentowane i opisane. Zostają im dodane skomplikowane motywacje, zdarza się nawet, że przeżywają dylematy moralne! Ku mojemu zaskoczeniu dochodzi do kilku interesujących zwrotów akcji! Jeżeli Dziecko Odyna uznać za próbę skopiowania historii ze Zmierzchu, to Zgniliznę należy potraktować jako powiew samodzielnego myślenia, ciekawą i zakończoną sukcesem próbę oryginalności.

Obawiałem się romansidła w klimacie fantasy. Wszystkie elementy zostały już przygotowane. Młoda dziewczyna, mająca wyraźne cechy człowieka, zakochuje się w istocie pochodzącej z zupełnie innego świata. Miłość ciągle ich do siebie zbliża, ale nie dane jest im bycie razem. Różni ich wszystko, jednak największa barierą jest to, że pochodzą z różnych klas społecznych. On jest arystokratą, a ona osobą z ludu. Te wszystkie elementy mają się doskonale w Dziecku Odyna. Nużące opisy wzdychania i tęsknoty pojawiają się rzadziej w Zgniliźnie. Główna bohaterka pragnie poznać siebie, swoje pochodzenia oraz świat, do którego powinna była należeć. Na drugim planie pojawiają się niebezpieczne istoty, potężne, prastare. W Zgniliźnie istotny jest konflikt światów, walka o władzę i starcie, które może zagrozić skomplikowanej równowadze. Przynajmniej takie wrażenie odnosi się na samym początku. Gdy akcja wystarczająco się rozwinie, czytelnik zaczyna obserwować, jak postaci tracą kolejne maski. Zbawiciel światów może okazać się ślepym z nienawiści szaleńcem.

Gdybym zaczął lekturę Kruczych pierścieni od drugiego tomu, czyli od Zgnilizny, to nie czułbym takie znużenia. W powieści zostało połączonych wiele gatunków. Jest fantasy, odrobina powieści grozy, a nawet szczypta kryminału. Po prostu jest to tekst lepiej przemyślany, z dobrze rozłożonymi akcentami. Być może warto uznać Zgniliznę za bardziej dojrzałą, oczywiście w pisarskim znaczeniu. Z niezdecydowanej debiutantki Siri Pettersen powoli zaczyna ewoluować w autorkę interesującej trylogii fantasy. Nie jest to coś na miarę Władcy Pierścieni, mimo to zaczyna dostarczać dobrej rozrywki, a to można uznać za punkt zaczepienia.

Czytadło z Ym

Kilka tygodni temu na moje półki trafiła trylogia Krucze pierścienie. Literatura popularna, fantasty, czyli gatunek, który zawsze lubiłem i do którego chętnie wracałem. A tu nagle okazuje się, że z trudem przebrnąłem przez pierwszy tom. Dziecko Odyna mnie po prostu wymęczyło, ciągle poszukuję przyczyny tego stanu. Historia całkiem ciekawa, wykreowany świat nie jest najgorszy, bohaterowie nieźli, ale to wszystko z trudem łączy mi się w jedną, porywającą całość. Brakuje mi dobrych spójników, elementów wpływających na wyrównanie rytmu narracji.

Trylogia Siri Pettersen reklamowana bywa jako dzieło mające odmienić literaturę fantasy, Krucze pierścienie mają zatrząść tym gatunkiem, tak jak uczyniły to kryminały skandynawskie z powieściami detektywistycznymi. Nie widzę nawet najmniejszego sensu próbować zestawić wpływ Siri Pettersen z Millenium Stiega Larrsona. Dziecko Odyna napisane jest poprawnie, ale brakuje tam jakichkolwiek odświeżających zwrotów. W powieści pojawia się Hirka, postać, która musi odkryć tajemnicę swojej przeszłości oraz pochodzenia, bo okazuje się, że mocno różni się od mieszkańców krainy Ym. Zaraz obok niej stoi Rime, szlachcic, tak jak pozostali mieszkańcy z ogonem, który porzucił pisane mu życie członka Rady i zostaje zabójcą, który działa w imię zachowania jedynego słusznego porządku. Zagrożeniem są Ślepi, pochodzą spoza świata Ym, sieją zniszczenie i bez litości mordują mieszkańców. Nikt w nich nie wierzy, nawet gdy pojawia się coraz więcej dowodów.

W powieści brakuje rozbudowanych wątki politycznych, do czego niektórych mogła przyzwyczaić Gra o Tron. Trudno doszukać się bohaterów rodem z Władcy Pierścieni. Dziecko Odyna to tekst do bólu poprawny, mieszczący się w granicach gatunku powieści fantasy i daleki jestem od twierdzenia, że zwiastuje silną zmianę, że teraz wszyscy zapomną o Grze o Tron i zaczną tworzyć powieści podobne do Kruczych Pierścieni. Jeżeli ktoś lubi fantasy, to myślę, że może sięgnąć po książki Siri Pettersen, specjalnej krzywdy sobie nie zrobi. Jednak uważam, że zbędne jest traktowanie tych książek jako swoistych wyznaczników nowego kierunku. Dobra, czasem nierówna narracja, odrobina nudy zrównoważona pełnym wydarzeń zakończeniem i trochę romansowania rodem z powieści dla nastolatek. Czy to jest recepta na wyjątkową powieść fantasy?

Dziecko Odyna męczyłem, niektóre fragmenty chętnie bym pominął. Uważam, że gdyby usunąć zbędne dłużyzny, to całą fabułę można by zamknąć w 200 lub 300 stronach. Pierwszy tom Kruczych pierścieni zaliczam do lektur szybkich, do książek, do których wracał nie będą. Dziecko Odyna obudziło we mnie odrobinę irytacji za sprawą strategii marketingowej, która wyraźnie przecenia wagę tekstu. To jest na pewno dobre czytadło, a nie wyjątkowa, odkrywcza i na wskroś oryginalna powieść fantasy. Na półce leżą pozostałe dwa tomy, za które na pewno się zabiorę. Po prostu zastanawiam się, na jak długo wystarczy mi cierpliwości.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén