W ostatnim tygodniu moją uwagę przykuła premiera najnowszej odsłony FIFY. Nie dlatego, że jestem jakimś wyjątkowym fanem gier sportowych. Wprost przeciwnie! Jeśli chodzi o ten gatunek, to jestem wybitnym ignorantem. FIFA 2021 przyciągnęła moją uwagę głównie za sprawą procesu produkcyjnego. Innowacyjnego. Sprawiającego, że Electronic Arts jest w stanie utrzymać się na powierzchni gamedevu. Tak, śmieszkuję. Kolejne wersji serii cechuje to, że mają poprawioną fizykę piłki oraz nowy numerek w tytule.

Dyskutowaliśmy o tym w Firmie. W ramach chwilowych spotkań przy robieniu sobie kawy. Naśmiewanie się z procesu produkcyjnego FIFY dało nam dużo radości. Padały różne egzotyczne pomyły. Od klonowania repozytorium, dodawania nowej wersji, ogłaszania fajrantu i pory na CSa, po tunele aerodynamiczne, w których testowane są oficjalne piłki rekomendowane przez FIFĘ. Niestety, obawiam się, że prawda jest zdecydowanie bardziej brutalna. Za kolejnymi iteracjami FIFY nie stoi żadna teoria spiskowa. To tylko sposób na doroczne żyłowanie klienta, który za każdym razem będzie musiał zbierać nową kolekcję cyfrowych kart, aby brać udział w trybie FIFA Ultimate Teams. Od dawna przeczuwałem, że fani gier sportowych mogą czuć się jak dojne krowy. Co jest dość smutne.

Dlatego nie dziwi mnie reakcja dziennikarza z IGN Simona Cardy’ego. Najwyraźniej przypadło mu w udziale napisanie recenzji FIFA 2021 Legacy Edition (Switch). Podstąpił dokładnie tak samo, jak twórcy tej gry. Skopiował swoją zeszłoroczny tekst i zmienił tytuł. Fajrant, pora na CSa. Jesteście zdziwieni? Sądzicie, że nie wywiązał się ze swoich obowiązków? Ja tak nie uważam. Po co pisać recenzję, czegoś, co jest takie samo jak rok temu? Co mogło się zmienić? A, no tak! Fizyka piłki! W końcu kolejna spędziła ostatni rok w tunelu aerodynamicznym, a specjalnie powołany zespół pracował nad tym, aby przenieść jej zachowanie do wirtualnego świata. Za coś takiego faktycznie warto zapłacić. A potem zacząć kupować paczki cyfrowych kart, które w przyszłym roku będą już niepotrzebne. Obawiam się, że nie mają nawet wartości kolekcjonerskiej.

Jeśli pierwszy raz spotykacie się z praktykami Electornic Arts, to musicie wiedzieć, że jest to firma, którą stać na więcej. Zawsze wydaje mi się, że osiągnęli już szczyt chciwości, a potem pojawia się coś, co pokazuje, że koniecznie chcą wspiąć się na wyżyny korporacyjnego skurwysyństwa. Tym razem reklama waluty premium, która można wykorzystać do kupowania paczek (i tym samym drenowania portfela) trafiła do magazynu dla dzieci. Oczywiście Electronic Arts, po tym jak wybuchła afera, stwierdziło, że przyjrzy się temu, gdzie pojawiają się takie treści. W jakim kontekście. Przeprosili, więc nie ma sprawy, prawda? Nie. Nie wierzę, że to był przypadek. Electornic Arts to korporacja, która w ostatnich latach pokazała, że doskonale radzi sobie z jednym – z generowaniem zysków z mikrotransakcji. Najbardziej bolesne jest ignorowanie sukcesów takich produkcji jak Star Wars: Fallen Order oraz Star Wars: Squadrons. Gdyby, jako wydawca, skupili się tworzeniu takich tytułów, a nie na dorocznym drenowaniu fanów gier sportowych, to gracze mieliby zdecydowanie więcej ciekawych wirtualnych światów do zwiedzenia.