Tag: filmy (Page 1 of 2)

Dość czasu!

Ja wiem, że Tenent już nikogo. Ja wiem, że się spóźniłem z recenzowaniem tego filmu o kilkanaście dni. A mimo to o nim napiszę. Bo mogę, bo ten blog i tak zawsze poruszał się własnym rytmem. Czasem dlatego, że chcę się zastanowić nad danym tematem, a innym razem tak mam ułożoną kolejkę tekstów. W przypadku Tenet potrzebowałem chwili, aby ułożyć sobie ten film w głowie. Nie wyszedłem zachwycony z seansu. Mało tego! Gdy moja Żona zapytała mnie, gdy na jakim miejscu w moim osobistym rankingu Nolana umieściłbym Tenet, to ten film nie był wysoko. Raczej wrzuciłem go do dołu stawki.

Na pewno dlatego, że nie był to specjalnie dobry filmy. Zbudowany na znanym i lubianym schemacie fabularnym. Jest agent, agent uwodzi żonę miliardera, miliarder chce zniszczyć świat, nagle pojawia się wyjątkowe uczucie, więc agent ratuje żonę i udaje mu się pokrzyżować plany niecnego miliardera. Nic tutaj odkrywczego nie ma i nawet być nie musi. Po prostu miałem nadzieję, ze Nolan wypełni tę formę czymś ciekawym. A tu zaproponował traktat na temat czasu i przestrzeni. O ile w Interstellar to się udało, dalej uważam, że jest to rewelacyjna interpretacja mitu założycielskiego, to w Tenet dostałem trudną do strawienia papkę o upływie czasu. Ani to było zajmujące, ani wyjątkowo ciekawe. Jeśli chodzi o samą akcję, to były dobre momenty. Na przykład pości. Tylko, czy na filmy Nolana chodzi się tylko i wyłącznie dla efektów specjalnych i kadrów przesyconych akcją? Ja od tego reżysera oczekuję czegoś innego. Tenet moich wymagań nie spełnił.

Być może do negatywnej oceny tego filmu przyczyniło się moje zmęczenie tematem czasu? W ostatnich miesiącach dokończyłem rewelacyjny Dark. Tam kwestie czasoprzestrzeni stanowiły dominantę i były poprowadzone w sposób zajmujący i zmuszający do myślenia. Po drodze do Tenet trafił się kolejny sezon Umbrella Academy. Nie ta waga co Dark, ale dalej jednym z tematów był czas. A to tylko dwa przykłady! Jestem pewien, że gdyby przejrzał listę tekstów i notatki, to znalazłbym więcej obrazów, które dotyczyłyby kwestii czasoprzestrzeni. Ja rozumiem, że Tenet był planowany wcześniej, po prostu źle się złożyło. Może gdybym nie czuł się przemęczony ciągłym cofaniem, przyspieszaniem, spowalnianiem i odwracaniem czasu, to inaczej spojrzałbym na ten film. Niestety, obawiam się, że ten temat wkrótce podzieli los zombiaków. Zostanie wyeksploatowany do tego stopnia, że nie zostanie po nim nawet żywy trup. Tylko jakieś skrawki.

Pozostaje mi podzielić się swoim rozczarowaniem i wrzucić sobie Interstellar. Albo trylogię Mrocznego Rycerza. Tenet na pewno nie zagrzeje miejsca na mojej liście filmów, do których czasem wracam. Gdy pojawi się na DVD lub w jakimś serwisie streamingowym, to na pewno się skuszę. Chociażby po to, aby porównać odbiór. Może po czasoprzestrzennym detoksie zauważę, coś to w trakcie seansu mi umknęło?

Nie ma mocy

Ilekroć siadam do filmu science fiction wyprodukowanego przez Netfliksa, tylekroć zastanawiam się, z czym tym razem przyjdzie mi się zmierzyć. Nie da się ukryć, że są to często filmy przeciętne. Okazjonalnie zdarzają się odsłony irytujące, mające widzów za idiotów, którzy ledwo potrafią czytać. Bywają także produkcje z niezłym pomysłem, ale z całkowicie spartoloną realizacją. Zastanawiam się do której kategorii zaklasyfikować Power? W zasadzie był to film akcji z fantastyką naukową w tle. Nic więcej.

Czytam opinie, że Power może stać się cyklem filmów utrzymanym w tym świecie. To dokładnie tak samo miało być z Bright. Chociaż w tym przypadku przekonał mnie pomysł. Dość nietypowe połączenie magii i współczesnego, postnowoczesnego świata. Power to tylko wariacja na temat komiksowych superbohaterów i nie sądzę, aby seria mogła zaproponować coś więcej. Brakuje w filmie jakiegoś haka, który sprawi, że człowiek z wielką chęcią będzie oglądał kolejne odsłony. Mogłyby to być nawet przygody nowego zestawu bohaterów. Nie trzeba ciągle wałkować wątku złej korporacji, która robi testy na ludziach i przekupuje kolejne miasta, aby móc bezproblemowo działać. Świat Power jest na tyle niedookreślony, że bez najmniejszego problemu dałoby się stworzyć dowolną fabułę.

Może to jest specyficzna cecha filmów fantastycznonaukowych od Netfliksa? Niedookreślenie. We wszystkich aspektach. Począwszy od świata, przez kontekst, a na bohaterach skończywszy. Często przypominam, że science fiction do wymagający gatunek. Nawet sprowadzony do zwykłej scenografii wymaga czegoś więcej, niż naszkicowania konfliktu pomiędzy postaciami. Potrzebne jest odpowiednie zbudowanie silnego kontekstu. Opartego na technologii, doświadczeniach, nauce, która nie próbuje udawać magii. Nie twierdzę, że w ofercie Netfliksa od razu powinny się pojawiać materiały realizujące fantastykę naukową w dość skrajny sposób. Hardboiled science fiction ma swoich fanów, ale sądzę, że jest to grupa dość wąska i charakterystyczna. Nie uważam, że skok w tę skrajność automatycznie spowodowałby poprawienie jakości fantastyki naukowej produkowanej przez Netlifksa.

Wracając do Power. Do tego akcyjniaka ze scenografią. Kilka pościgów, trochę strzelanin, niewiele zwrotów akcji. Realizacja średnia, do obejrzenia przy precelkach i piwie. Ma momenty, w których wyraźnie się rozpędza, ale najwyraźniej znalazł się ktoś, kto postanowił mocniej zaciągnąć hamulec. W takich chwilach tempo zaczyna pikować, a wraz z nim poziom. Wyraźniejsza staje się papierowość postaci to, że nie mają w sobie ani grama charakterów. Realizują swoje role, często wręcz wymęczone przez popkulturę. Power niczego nie odkrywa, tylko sukcesywnie realizuje wybraną przez twórców formę. Tylko że tutaj pojawia się brak zdecydowania, co do dominujących cech. Raz akcja, potem szczypta fantastyki naukowej, następnie odrobina dramatu.

Pomieszanie form. Miks gatunków z nijakimi postaciami.

Week #1: Composition - The Rule of Thirds / Enric Martinez (CC BY 2.0)

Igraszki ze Złem

Zło. Fascynujący temat. Niebywale pociągający. Na pewno każdy odbiorca popkultury, wielokrotnie poczuł sympatię do postaci, która wyraźnie łamała zasady i wprowadzała chaos. Takim sztandarowym przykładem jest dla mnie Joker, z Batmana z filmów Christophera Nolana. Antagonista doskonały, a jednocześnie obiekt fascynacji. Inni przeciwnicy superbohaterów nie zdobyli tak dużej sympatii.

A taki Bane? Skomplikowana historia, maska, chęć rozwalenia struktury społecznej w Gotham. Anarchista z jasno określonym celem. Scena na stadionie z trzeciego nolanowskiego Batmana zapiera dech w piersiach. Jednak antagonista już nie. Podobny los, przynajmniej w mojej wewnętrznej klasyfikacji superłotrów, spotyka wiele złych postaci z filmów związanych z uniwersum Marvela. Oczywiście, że można wskazać na Lokiego, który również rozpala serca miłośników filmów superbohaterskich, jednak w tym przypadku mam wrażenie, że ludzi bardziej pociąga kreacja aktorska, a nie sam antagonista. Bo gdzie mu tam do Jokera…

Filmy superbohaterskie opierają się na fantastyczności świata przedstawionego. Mocno wpływa to na relacje pomiędzy postaciami, a także równowagę moralną pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Zawsze jest Porządek i czający się w mroku Chaos. Oba elementy zostają jasno upersonifikowane, nie ma miejsca na wątpliwości. Po jeden stronie stoją superbohaterowie, a po drugiej superłotry. Prosty podział, zero kombinowana, banalna segregacja. Nie ma się co obrażać, MCU to rozrywka z niewielkim buforem na ewentualne kwestie moralne. Superbohaterowie już tak mają. Ścierają się ze swoimi przeciwnikami, aż w końcu ich pokonują, a potem przywracają porządek. Tak jakby zło mogło wyparować ze świata.

Dlatego warto sięgać po takie seriale jak Detektyw lub Ostre przedmioty. Zupełnie inny rodzaj zła. W tych obrazach jest ono duszne, powoli oplata każda z postaci w świecie przedstawionym. Co najważniejsze stanowi jego niezbywalny atrybut. Wyrugowanie zła jest niemożliwe! Powraca, istnieje na drugim planie, a jego manifestacje nie są tak spektakularne, jak w przypadku filmów superbohaterskich. W Detektywie zło ma przytłaczać, ma przybierać formy zorganiznowane i zdehumanizowane. Natomiast w Ostrych przedmiotach wyraźnie widać odmienne podejście. Zło czai się w cieniu. Bohaterowie doskonale go unikają, jakby bojąc się konfrontacji. Jednocześnie wszyscy o nim wiedzą, wręcz wyczuwają wpływ zła na poszczególne osoby. A jednak decydują się milczeć, ignorować nieuchronnie nadchodzącą katastrofę.

Zło wspaniale się przeobraża, jest plastyczne, dostosowuje się do danego świata przedstawionego. Dobrze stworzony antagonista potrzebuje przeciwnika, którym wcale nie musi być jakiś chodzący po ścianach superbohater. Cechą niezbędną jest chęć przywrócenia Porządku, ponowne ustanawianie Kosmosu, powstrzymanie entropii. Wydaje się, że to niewiele, ale wystarczy obejrzeć Detektywa, aby zrozumieć, że taka potrzeba może być równie niszcząca, jak najbardziej niemoralny potwór przebrany za człowieka.

Miłosna intymność

Miłość. Trudny temat. Nie tylko dla nas, ludzi, ale także dla twórców. Kultura jest pełna grafomańskich uniesień. W każdej dziedzinie sztuki, chociaż może się wydawać, że prym wiedzie poezja. Teksty stworzone pod wpływem nagłego uderzenia Amora rzadko posiadają wartość artystyczną. Na pewno są cenne dla osób zaangażowanych w związek, dla reszty świata, już niekoniecznie. A dodajmy do tego jeszcze rozstanie! Dopiero wtedy rozpoczyna się artystyczne piekło!

W przypadku uczuć artyści lubią wpadać w różnego rodzaju schematy. Podobnie jak odbiorcy. Wielu miłośników popkultury, wątki miłosne, kłują w oczy. Nic dziwnego. Realizuje się je po łebkach, bez porządnego przygotowania. Bywa, że artyści sami wpadają w trudne do zniesienia sentymentalne tony lub – co jest jeszcze gorsze! – sprowadzają miłość do kilku nieudolnych scen łóżkowych. To nastawienie, że uczucie są ludzką sprawą i z łatwością można je przedstawić, staje się niebezpieczną pułapką. Myślę, że każdy może wymienić przynajmniej jeden tekst popkultury, w którym pojawiła się Wielka Miłość, ale zamiast uniesień, obecne było wyłącznie zażenowanie. Gdy już, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, przypomnicie sobie tytuł oraz towarzyszące mu wrażenia, wygrzebcie z odmętów Netfliksa film Blue Jay.

Aby go obejrzeć, wystarczy mieć około 80 minut wolnego czasu. A warto go wygospodarować. W Blue Jay historia wydaje się do bólu oklepana. W niewielkim miasteczko wpadają na siebie dwie osoby. On niedawno pochował matkę, sprząta swój rodzinny dom. Ona przyjechała do swojej siostry, która jest w ciąży. Wpadają na siebie w supermarkecie. Kiedyś sądzili, że spędzą ze sobą całe życie, ale rzeczywistość zweryfikowała te oczekiwania. Kawa prowadzi do dłuższej rozmowy, do wyrzucenia sobie wszystkich nagromadzonych cierpień. Od ich ostatniego spotkania minęło w końcu ponad 20 lat. Ładunek sentymentalizmu powinien zabijać w pierwszej minucie filmu. A jednak tak nie jest. Blue Jay zrealizowany jest mądrze, z głową, z odpowiednią atmosferą. Bez zbędnego patosu, niepotrzebnych uniesień. Intymność relacji zostaje doskonale oddana, a wszystko to, dzięki zamknięciu akcji w jednej, niewielkiej przestrzeni.

Najważniejsze elementy fabuły, rozgrywają się w rodzinnym domu bohatera. Wspomnienia, przeszłość wyłaniająca się z każdego kąta. Godziny spędzone razem, wspólne nagrania oraz niewysłane listy. Jeszcze ciekawsze, okazuje się to, co nie zostało wypowiedziane. Trzeba przyznać, że pomiędzy bohaterami istnieje napięcie, jednak trudno je nazwać erotycznym. W Blue Jay coś cały czas czai się w tle, tyka ukryta bomba, w szafie, poza flanelowymi koszulami, spokojnie zalega trup, którego bohaterowie starają się uniknąć. Aż dochodzi do konfrontacji, wybuchu, krzyku i wyjaśnienia. Miejscem rozwiązania fabuły jest tam sam dom. To tam dochodzi do finalnego oczyszczenia relacji i wyjaśnienia rozstania. Wszystko rozgrywa się pomiędzy dwójką bohaterów, świat jest obok, w niektórych momentach wręcz zdaje się nie istnieć. Za to dom, przeszłość i wspomnienia są do bólu realne i obecne.

Blue Jay to interesujące wejście w intymny świat dwójki ludzi. Zrealizowane z klasą, wzruszające i pozbawione mdłego sentymentalizmu.

Urok złych tekstów

Filmy z kategorii Z ciągle mnie fascynują. Podobnie jest z książkami i grami komputerowymi. Powinienem szanować swój czasy, wybierać wyłącznie produkcje dobre lub wyróżniające się czymś interesujących. Problem polega na tym, że najbardziej fascynują mnie te złe rzeczy, kiepskie gry, filmy oraz książki. Sięgam po nie w określonym celu, dlatego nie traktuję ich jako straty czasu. Wprost przeciwnie! Mam wrażenie, że często dają mi więcej, niż teksty o wyjątkowej jakości.

Zrobienie czegoś złego, czegoś kiepskiego, ale tak, aż do bólu oczu i mózgu, również jest formą sztuki. Nie mam tutaj na myśli filmów, gier i książek udających grafomanię, przebierających się za coś niskiej jakości. Wolę takie filmy jak Szpon, Tureckie gwiezdne wojny oraz Plazma. Wszystkie trzy zostały nakręcone ze śmiertelną powagą i dlatego ich wpadki są śmieszne. Polecam szczególnie Tureckie gwiezdne wojny, które idealnie wpisują się w aktualne kosmiczne szaleństwo. Ten film jest tak zły, że aż fascynujący.

Te kiepskie teksty również trzeba poznawać. Jest to jedyna metoda wypracowania sobie sensownego systemu odniesień. Bo w jaki sposób docenić wspaniałą formę, jeżeli w rękach nie miało się czegoś, co okazało się poważnym rozczarowaniem? Moim zdaniem jest to po prostu niemożliwe. Złe filmy, książki i gry komputerowe dużo mówią mi o mnie samym. Właśnie wtedy przyglądam się temu, w jaki sposób patrzę i czytam, jak buduję sensy i jak często daję się poprowadzić autorowi. Czuję to w potknięciach, bo przewracam się razem z twórcą i wtedy zaczynam się zastanawiać, dlaczego tak się stało?

Złe rzeczy opowiadają o aktualnie uznawanych strukturach treści. One wręcz je obnażają! Przyczyna tego stanu jest banalna – najczęściej próbują naśladować, coś, co w danym momencie historycznym jest popularne. Szał na wampiry wyprodukował wiele kiepskich rzeczy, podobnie było z zombie. Dzięki temu mogliśmy obserwować, jak dany temat się wypala i śmiać się z nieudolnych połączeń, które miały go odświeżyć. Mody za wszelką cenę próbują się utrzymać na powierzchni i to pragnienie sprawia, że twórcy zaczynają grzebać przy danym schemacie. Często wiedzą za mało, a innym razem za dużo – wtedy otrzymujemy ciekawą klęskę.

Dlatego nie powinniśmy się obrażać na kiepskie rzeczy. Po co od razu traktować je jako stratę czasu? Jaką mamy gwarancję, że mogliśmy zająć się czymś innym, co na pewno będzie lepsze? Powroty również mogą okazać się poważną pomyłką. Ja mam tak z Gwiezdnymi Wojnami. Z racji pojawienia się najnowszej części postanowiłem odświeżyć sobie te stare. I dotarło do mnie, że kiedyś znacznie bardziej mnie fascynowały. Dzisiaj – zarówno stara, jak i nowa trylogia – trochę mnie rozczarowują. Zmienił się mój sposób odbioru, obejrzałem więcej dobry oraz złych filmów i teraz inaczej postrzegam legendarną sagę.

Różnorodność pozwoliła mi zrozumieć, to jak myślę o tekstach kultury. Dlatego powinniśmy nieustannie szukać i sprawdzać swój sposób myślenia. A! Muzykę przemilczałem celowo, bo to temat na zupełnie inne rozważania.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén