Tag: filozofia (Page 1 of 2)

Chaos naukowy

Wkradł nam się mały chaos do modelu podziału nauk. Wysysamy go z mlekiem matki, od razu wiemy, że są humaniści i ścisłowcy. Ci pierwsi powinni zniknąć, bo nie przystają do nowej rzeczywistości, w której potrzebni się tylko programiści, robotycy, matematycy i tak dalej, i tak dalej. Jest, oczywiście, stereotypowe, a więc mocno upraszczające, przedstawienie problemu, jednak w taki sposób jest on prezentowany w mediach. Przesiąkamy nim i osoby o mniejszym nastawieniu krytycznym zaczynają go powtarzać.

Na szczęście są takie teksty jak Humanistyka ścisła Ewy Lalik. W tym felietonie jest wiele nieścisłości, ale spostrzeżenia autorki są cenne, podobnie jak dyskusja w komentarzach. Ciekawe jest to, że wciąż są ludzie, którzy bronią się przed medialną nagonką dzielącą świat na dwa przeciwstawne sobie i zwalczające się obozy. Spostrzeżenie, że potrzebujemy zarówno humanistów, jak i ścisłowców jest, po prostu, słuszne. Te nauki się uzupełniają, czasem stanowią dla siebie inspirację. Bo czym byłaby fantastyka naukowa bez odkryć? Pewnie w ogóle by jej nie było, a dzięki temu, że jest, to mam się czym zajmować jako literaturoznawca. Trzeba szukać połączeń, budować mosty, a nie obrażać się na siebie i traktować jak wrogów. Nikt na tym nie skorzysta. Dzięki różnicom w postrzeganiu świata interdyscyplinarna współpraca na pewno będzie owocna. Trzeba tylko chcieć.

Warto również zadać sobie pytanie, skąd w ogóle wziął się taki podział. Czy faktycznie jest sztuczny, a może prawdziwy, odpowiadający na realne potrzeby oraz cechy danych nauk? Stworzyliśmy tę opozycję – bo tak widzą to media – w wyniku racjonalnego przebłysku w szaleństwie katalogowania? Przyzwyczajenie każe nam myśleć, że skoro tak jest, to są ku temu powody, że zawsze tak było, że ten podział na pewno jest naturalny. Dla dobrze wykształconego kulturoznawcy nie ma nic naturalnego, dlatego na wykładach zajmowaliśmy się również tym problemem. Wniosek jest jeden – usystematyzowania naszych pól zainteresowań potrzebowaliśmy zawsze i zawsze zastanawialiśmy się, jak nasze myślenie opisuje świat.

Arystoteles wprowadził trójpodział nauk. Twierdził, że są one teoretyczne, praktyczne i pojetyczne, a za najcenniejsze uważał tylko te pierwsze. Zaliczał do nich metafizykę (była najważniejsza!), matematykę oraz fizykę, ich wyjątkową cechą miało być to, że tworzyły wiedzę, dla samej wiedzy. Stąd umiłowanie do metafizyki, która miała prowadzić do głębokiego poznania rzeczywistości. Nauki praktyczne miały na celu doskonalenie moralne, a pojetyczne wykorzystywały wiedzę, do opisu świata. To może wrócimy do arystotelesowskiego podziału? Myślę, że nie sprawdziłby się w naszej rzeczywistości, ze względu na model nauki, które współcześnie stosujemy. Bardzo dobrym przykładem jest tutaj okres średniowiecza, w którym funkcjonowało siedem sztuk wyzwolonych, znane nam z lekcji historii jako artes liberales. Podzielone były na Trivium (gramatyka, retoryka, dialektyka) oraz Quadrivium (arytmetyka, geometria, astronomia i muzyka). Nie przez przypadek brakuje teologii – nauka artes liberales, nauk wyraźnie świeckich, stanowiła wstęp do teologii. Taki był obowiązujący model nauki w średniowieczu i chociaż dzisiaj wydaje nam się on kompletnie pozbawiony sensu, to wtedy był traktowany ze śmiertelną powagą.

Postrzeganie dziedzin umożliwiających nam poznanie zmienia się cały czas. Warto wspomnieć o pozytywizmie oraz o bardzo ważnym dla tego ruchu intelektualnego naukowcu. Auguste Comte stworzył jego fundament, który nazwał filozofią pozytywistyczną. Trzeba zapytać o różnice, czym różniła się ona od filozofii niepozytywistycznej? Auguste Comte kładł duży nacisk na praktyczność badań, to aby można było je do czegoś konkretnego wykorzystać. Trzeba było być pewnym tego, czym się człowiek zajmuje, filozofia pozytywistyczna wykluczała krytyka dla samej krytyki i zakładała konieczność poszukiwania skutecznych rozwiązań. Jak widać potrzeba praktyczność, nie jest wyłącznie cechą XXI wieku, jeszcze mocniej upominał się o nią wiek XIX, bo w tym okresie działał Auguste Comte.

Zamiast kłótni potrzebujemy świadomości. Warto zacząć od przeanalizowania modelu nauki jakim współcześnie się posługujemy. To pierwszy krok, konieczny, ponieważ pozwoli na zbudowanie fundamentu dyskusji. Zadanie dla odważnych i mam nadzieję, że już tacy się znaleźli.

Tim Green / What else could you be? (CC BY 2.0)

Bycie cieciem

Uśmierciliśmy autora, zabiliśmy podmiot i na koniec dokonaliśmy precyzyjnej autopsji formy. Ileż radości mieliśmy z tego mordowania! Jak cieszyliśmy się, gdy odrywaliśmy kolejne fragmenty struktury. Najbardziej radował nas płacz wszelkiej maści redaktorów, tych złych cieci, którzy pilnowali dostępu od najciekawszych treści. Blokowali dostęp do właściwego sensu, a nawet – o zgrozo! – cenzurowali go! Mówili nam, zwykłym odbiorcom, co mamy myśleć! Kształtowali nasz gust! A teraz ich nie ma. Co za ulga…

Czy aby na pewno jest się z czego cieszyć? Redaktor, naczelny lub prowadzący, to faktycznie taki cieć, który pilnuje, żeby pismaki się po podwórku sensu za bardzo nie rozłaziły. Po angielsku, osoby zajmujące się kontrolą jakości treści oraz ich selekcją, nazywa się gatekeeperami – stróżami bram, ale ten polski cieć podoba mi się znacznie bardziej. Oddaje nieprzyjemność tej funkcji oraz to, że te osoby są notorycznie niedoceniane. Gdyby nie ciecie pilnujący porządku na podwórkach, jeżeli wykonują swoje obowiązki sumiennie, to utonęlibyśmy w śmieciach, w brudzie, a zimą zadusilibyśmy się w naniesionym błocie. Z redaktorami jest podobnie. Ten prowadzący bez przerwy dopytuje się kiedy będzie tekst, naczelny wiecznie coś mówi o linii programowej pisma, którą trzeba trzymać. A jeden i drugi ciągle narzekają, że treści dostarczane są po umówionych deadline’ach i mogłby być lepsze, gdyby nie to, że zostały napisane na kolanie. Nie dziwię, że blogerzy odetchnęli z ulgą, gdy wyzwolili się z redaktorskich objęć.

Problem polega na tym, że takie osoby w dalszym ciągu są potrzebne. Mnie lepiej współpracuje się z redakcją, która ma wyraźnie podzielone obowiązki i jest w niej ten nieszczęsny prowadzący i ten znienawidzony naczelny, zwany pogardliwie rednaczem. Pilnują, kontrolują i dbają o jakość. Jeżeli tylko są sumienni i dowalają każdemu po równo, to ich działania przynoszą korzyść. Sprawiają, że teksty zamieszczone na stronie internetowej opowiadają o czymś ciekawym, mają treść, z którą warto się zapoznać. Co najważniejsze dbają także o to, aby felieton był felietonem, a artykuł artykułem – po prostu trzymają pieczę nad formą. Myślę, że niechęć do wszystkich gatekeeperów wynika z niedbałości o strukturę. Przestaliśmy interesować się całością, znacznie bardziej pociągają nas fragmenty, często całkowicie wyrwane z kontekstu, bo przecież do niczego go nie potrzebujemy. Zadaniem redaktorów czuwających nad pracą redakcji jest dbanie o ciągłość, nie tyle jednomyślność, co o stabilność sensów zawartych w treściach.

Petras Gagilas / backyard (CC BY-SA 2.0)

Petras Gagilas / backyard (CC BY-SA 2.0)

Gdy ich nie ma, zaczyna się nieprzyjemny chaos. Obserwuję to w tekstach, która zostały opublikowane w ramach selfpublishingu. To nie jest tak, że jestem wrogiem tej formy wydawania swoich prac, po prostu ma co do niej bardzo dużo wątpliwości. Z doświadczenia wiem jak ważne jest spojrzenie z zewnątrz, często krytyczne rozjechanie tekstu. Uwagi tego typu są szczególnie cenne w przypadku twórczości artystycznej, ponieważ pozwalają autorowi ćwiczyć (czasem nawet odnaleźć) własny styl. Ktoś wydaje tomik poetycki albo książkę, trafia ona do recenzji i człowiek nie wie, co z nią zrobić. Serce chciałoby się ulitować, ale, niczym głaz narzutowy, na plecach siedzi poczucie odpowiedzialności wobec czytelników. Wtedy zaczyna się pisać negatywną recenzję i ma się nadzieję, że ten człowiek zrozumie zawarte w niej uwagi, że nie poczuje się urażony, ale potraktuje wypowiedź krytyczną jako kolejny etap swojej artystycznej wędrówki. Z doświadczenia wiem, że bywa bardzo różnie. Szczególnie w przypadku młodych twórców. Oni są największym problemem. Nigdy nie mieli okazji poczuć redaktorskiego bata, nie trafiło ich ostrze krytyki – wszyscy się nad nimi rozpływali, zapewne w dobrej wierze, aby nie zniechęcać do artystycznej aktywności. Problem polega na tym, że jest w nią wpisana porażka, bo kryzys sprawia, że zaczynamy się zastanawiać nad sposobem tworzenia. Bardzo często polega to na wyhodowaniu w sobie redaktora.

Zadanie to jest trudne. Mnie pomagała w tym moja Promotor, która ciągle obijała (zresztą robi to dalej) głowę różnymi uwagami. Najczęściej nie potrafiłem spojrzeć na swój tekst z zewnątrz, pracuję nad tym cały czas, ale zauważyłem, że taka umiejętność pomaga mi rozwijać swój warsztat. Każda osoba, która siada do blogowania powinna sama dla siebie być redaktorem, być cieciem, który pilnuje własnego tekstowego podwórka. Tylko w ten sposób można zagwarantować sobie wysoką jakość tekstów oraz pewną ciągłość w zawartych w nich sensach. W przeciwnym razie zaczyna się miotania – tematu w temat, z jednego zdania w drugie. Bycie opiniotwórczym nie polega na ciągłych zmiana opinii, tylko na sukcesywnym budowania własnego sposobu postrzegania świata.

Na swoim blogu, sam dla siebie, jestem cieciem. Dbam o porządek. Pracuję nad wyglądem mojego podwórka sensów. Myślę o całości. Mam dość tego paskudnego rozparcelowania na mniejsze części. Pragnę formy i nad jej rozumieniem cały czas pracuję.

//Obrazek wyróżniający: Tim Green / What else could you be? (CC BY 2.0)

Przeklęte “nie wiem”

Problemów związanych z byciem doktorantem jest wiele, ale najgorszym z nich jest ciągłe zadawanie pytań. Objawia się to tym, że czasem pragnę się czegoś dowiedzieć od drugiego człowieka, a zapytywany milczy. Patrz i milczy – rzecz niebywała. Co dzieje się w głowie mojego towarzysza? Rodzą się jakieś myśli? To dlaczego się nie werbalizują? Umierają, zanikają, wytracają impet?

Zauważyłem, że w ludziach ginie potrzeba samowiadomości. Zastępują ją różni kołcze, którzy są samoświadomi za nas. Próbują być tymi mistycznymi mistrzami, prowadzą swoich uczniów przez kręte ścieżki poznania własnej osoby. A tak w zasadzie to karmią swoich klientów rzeczami tak oczywistymi, że słuchanie o nich boli. Najgorsze jest to, że ludzie ci okazjonalnie pojawiają się w telewizji śniadaniowej. Niby nie powinienem się śmiać, nabijać, bo przecież niektórym takie sesje pomogły. Rozumiem to, że kołcz może być tańszy od psychiatry i mniej wymagający, ale – na litość! – nie róbmy z nich współczesnych filozofów! Lepiej poczytać jakąś książkę, na przykład Bycie i czas Heideggera i tam poszukać sensu.

W zasadzie droga do samoświadomości zaczyna się od nie wiem. To jest odpowiedź, którą czasem chciałbym usłyszeć od drugiego człowieka. Milczenie nie pomaga, nie załatwia niczego, a bywa, że przypomina ignorowanie pytającego. A takie silne i solidne nie wiem, jest  niczym wejście na pierwszy stopień poznania siebie. To już jest coś! Jakiś początek ludzkiej podróży, a nie przelanie opłaty i pójście na kurs autoprezentacji i odkrycie własnej osobowości. Wystarczy się zastanowić, przefiltrować marketingowy język i wyrzucić to co jest wyłącznie sprzedażową papką. Wtedy może okazać się, że ćwiczenie samoświadomości jest trudniejsze od tekstu zaprezentowanego na ulotce.

Całe to moje wyśmiewanie się z kołczów jest związane ze strachem. Tak, boję się, bo oni na każde pytanie mają jakąś odpowiedź, a ja tak często grzęzną w tym okropnym nie wiem. Czuję się jakbym szybko wbiegał po schodach, potem z nich spadał i znowu stawał na pierwszym stopniu.

Problem walki

Karl Ove Knausgard Moja walkaIstotnym literackim wydarzeniem ostatnich miesięcy była publikacja polskiego przekładu Mojej walki. Wszystkie portale prześcigały się w recenzjach, chwaląc styl autora (co jest bardzo ciekawe, ponieważ odbiorca ma do czynienia z tłumaczeniem), stawiając tę książkę obok dzieł Prousta i Joyce’a oraz stwierdzając, że jest to pozycja nudna, zabijająca czytelnika mało wartką akcją i zbyt długimi akapitami. Tak samo jak ten wstęp.

Dziękuję wszystkim, którzy przez niego przebrnęli. Teraz pozwolę sobie przejść do recenzji pierwszego tomu Mojej walki autorska Karla Ove Knausgårda. Ustalmy rzecz najistotniejszą: jest to książka na miarę Prousta i Joyce’a. Ale nie mam na myśli genialności autora – bo to kwestia dyskusyjna i sam mam co do tego wątpliwości – tylko tematykę samego tekstu. Proust mierzy się z metaforą, pokazuje w jaki sposób można ją konstruować i wykorzystywać w prozie. Joyce to atak na samą formę powieści, eksperyment formalny, którego celem jest wydobycie przeźroczystości tekstu i pokazanie go czytelnikowi. A Knausgård próbuje opisać sposób, w jaki życie staje się literaturą, a to znaczy, że również mierzy się z zagadaniem formy, ale robi to inaczej, niż wymienieni wcześniej autorzy.

Z życiem, panowie pisarze, z życiem

Knausgård mierzy się z Życiem. Próbuje pokazać, gdzie i w jaki sposób staje się ono literaturą, jakich zabiegów wymagają wydarzenia, aby stać się atrakcyjne dla czytelnika. Istotne jest tutaj to, że książka ta – podobnie jak i Joyce oraz Proust – nie ma zachwycać fabułą, ale rozwiązaniami formalnymi. Jednocześnie Mojej walce daleko do literatury dla “specjalistów”. Wymaga ona znacznego obycia w kulturze literackiej, ale nie tej skandynawskiej, tylko zapoznania się z tekstami dotyczącymi pewnych ogólnych zasad i założeń istniejących w każdej jej lokalnej formie. Potrzebna jest tutaj umiejętność czytania wyrobiona w trakcie lektury tekstów metaliterackich.

Dopiero wtedy książka Knausgårda zaczyna nabierać kolorów. Czytelnik obserwuje w jaki sposób autor zmaga się z życiem, ale nie na płaszczyźnie autobiograficznej, tylko literackiej. Wyzwaniem jest umiejętne opisanie własnych losów, bez utracenia połączeń, dokonanie wyboru i nazwanie momentów przełomowych. Dopiero wtedy literatura zaczyna mówić o Życiu, ale czy o tym prawdziwym, czy podlegającym zabiegom estetyzacji? Knausgård daje jednoznaczną odpowiedź: Moja walka to nie tylko autobiografia mająca wymiar terapeutyczny, ale także wyraźne “upiększenie” własnej egzystencji. Przelanie życia na papier pozwala wymaga dystansu do własnego losu i umiejętności selekcji. Bez tych dwóch elementów, taka opowieść, staje się nieznośnie nudna. A tak nie jest w przypadku Mojej walki.

Oczywiście osoby, które poszukują fabuły pełnej zwrotów akcji – zawiodą się. W książce ważniejsze są różnego rodzaju formy stosowane przez autora. Inaczej podchodzi on do miłości, a inaczej do smutku. Twórca doskonale rozumie, że konkretne uczucia należy opisać w odpowiedni dla nich sposób. Zmienia rytm narracji i – co najważniejsze! – potrafi postawić się w roli odbiorcy. W końcu wszyscy pisarze zaczynają od czytania literatury, a dopiero później ją tworzą. U Knausgårda bardzo ważny jest proces oddzielania Ja Autobiograficznego od Ja Tworzącego Powieść. Na tej płaszczyźnie pojawiają się różnego napięcia, skrupulatnie opisywane przez autora. Moja walka polega na przelewaniu Życia w literaturę. Właśnie dlatego w treści pojawia się wiele komentarzy odautorskich. Książka jest wręcz na nich zbudowana, dopiero obok są wydarzenia.

Inna równowaga

Osobom, które nie są gotowe na zachwianie struktury narracyjnej i położenie większego nacisku na wypowiedzi autora – nie polecam Mojej walki. Natomiast czytelnicy poszukujący literackich wyzwań powinni koniecznie sięgnąć po tę książkę. Może się nie spodobać, ale hermeneutyczna zasada mówi, że teksty, które nas odrzucają mogą nas najwięcej nauczyć. Oczywiście o sobie.

Dla mnie Moja walka jest pozycja wyjątkową, najlepszą książką jaką przeczytałem przez ostatnie pół roku. Pozycja obowiązkowa dla tych, którzy uwielbiają literackie eksperymenty formalne.

Karl Ove Knausgård, Moja walka, tom 1

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014

okładka twarda, 520 stron

Opowiadać jak Billy Crystal

W jaki sposób ludzie radzą sobie z życiem – i wpisanym w nie – umieraniem? Na ten temat powstało już sporo książek historycznym oraz mnóstwo antropologicznych tomiszczy, które są nieprzyzwoicie grube. Ale zawsze ciekawe będzie to, w jaki sposób konfrontują się z tym artyści różnych sztuk. Dzisiaj swój wzrok zwróciłem w kierunku Billy’ego Crystala, za sprawą jego monodramu 700 niedziel.

Gdzie ten człowiek występował, kim w zasadzie jest? Widzieliśmy go w komedii Depresja gangstera (a potem w jej nawrocie), a także z westernów Sułtani westernu oraz Złoto dla naiwnych: z powrotem w siodle. To tylko niewielka część produkcji, gdzie na liście płac pojawia się Billy Crystal. Pozwala ona jednak zauważyć pewną dominantę w twórczości tego aktora i scenarzysty – komediowość. Bo Billy Crystal to także, a kto wie czy nie przede wszystkim, komik.

700 niedziel to monodram, a nie stand up i będę tego uparcie bronił. Daleki jestem od ujmowania godności jakimkolwiek standuperom. ale dzieła Billy’ego Crystala w żaden sposób nie można postawić obok kościotrupa życzącego wszystkim śmierci oraz zwariowanej Mariolki. 700 niedziel to teatralna autobiografia, wielowarstwowy spektakl i – co najważniejsze! – narracja silnie naładowana różnymi emocjami. Zrealizowany zostaje truizm mówiący o tym, że życie składa się zarówno z chwil radosnych, jak i smutnych, że  doświadcza się zarówno odrzucania. jak i miłości.

Billy’emu Crystalowi udało się uniknąć kiczowatości. 700 niedziel można zaklasyfikować jako tragikomedię, bo widz śmieje się równie często jak wzrusza. I na tym chciałbym skończyć recenzję tego spektaklu. Bo w 700 niedzielach zainteresował mnie sposób w jaki prezentuje swoje życie Billy Crystal.

Spajanie

W literaturze wysokiej dominuje negatywne obrazowanie ludzkiego losu. Bohaterowie muszą nieustannie zmagać się z naciskającach na nich rzeczywistością. Najważniejsza jest miałkość egzystencji, jej ściśnięcie przez współczesność, brak tożsamości i korzeni oraz wszechobecny nomadyzm (albo voyeryzm, albo jedno i drugie; zależy kto i o czym pisze). Przyznam, że takie miażdzące książki bardzo lubię czytać, ale człowiek nie zawsze ma ochotę na spacer po egzystencjalnych ruchomych piaskach. Wtedy warto poszukać czegoś innego i właśnie tym czymś może być monodram 700 niedziel.

W tej autobiograficznej narracji dominuje lekkość. Opis rodziny, jej przeszłości, charakterystyki poszczególnych osób oraz konfrontacje z życiem. Wszystko to, Billy Crystal, robi z wdziękiem i dowcipem. Zaprasza odbiorców do swojego domu, a potem zabiera ich na szaloną autobiograficzną wycieczkę. W niesamowity sposób buduje on napięcie. Obok komicznych komentarzy pojawiają się opisy zmagań z trudnymi przeżyciami. Istotnym momentem jest tutaj śmierć ojca. Konfrontacje z ostatecznością, z końcem ludzkiego życia, są bardzo wzruszające. Mam wrażenie, że Billy Crystal konstruując tę historię, nie tyle opowiada ją dla widzów, co dla siebie. 700 niedziel, dla samego autora, ma wymiar terapeutyczny. Taka narracja, poza budowaniem i odtwarzaniem tożsamości, pozwala zrozumieć swoje miejsce, dotrzeć do korzeni i pogodzić się z własnym losem. Ze smutkiem stwierdzam, że są to rzeczy niemodne w postmodernizmie.

700 niedziel należy do ginącego gatunku sztuki, który nie dekonstruuje, ale spaja. Wszystkie słowa, która padają na scenie, wszystkie efekty wizualne i dźwiękowe oraz wszystkie przeżycia – mają swoje miejsce, są po „coś”. Forma bardzo szybko staje się przeźroczysta i człowiek ma wrażenie, że tej narracji wysłuchuje siedząc na rodzinnym zjeździe albo w trakcie spaceru ze znajomym. Ta historia po prostu wciąga, chociaż wiele osób mogłoby powiedzieć, że nie ma w niej nic ciekawego. Ot, człowiek opowiada swoje życie, odkrywa przed innymi swoją tożsamość, przecież to już było. Jeszcze bardziej zawzięci krytycy zakrzykną: Brak eksperymetnów formalanych klasyfikuje tę sztukę jako popularny wytwór dla mas i nie może być rozpatrywana w kategoriach dzieła istotnego dla współczesnego rozwoju myśli i kutury. Mniej więcej tak właśnie krzyczyą krytycy, ślepo zakochani, w postmodernizmie. Problem polega na tym, że 700 niedziel nie ma być żadnym eksperymentem, ma być – tylko i aż – opowieścią.

Sinusioda

Pierwszym elementem charakteryzującym tę narrację o życiu jest dystans. Do siebie, do świata i do stereoptypów. Najśmieszniej jest, gdy Billy Crystal podejmuje grę z różnymi utrwalonymi w społeczeństwie – oraz w nim – poglądami. Trzeba przyznać, że właśnie wtedy przerysowuje konkretne charakterystyki. Ale to bawi, a potem człowiek może zastanowić się nad tym, jak często ona postrzega świat w takim uproszczony sposób. Pewnych stereotypizacji nie widzimy, dopóki nie zostaną nam one zaprezentowane. Billy Crystal zaprasza do takiej konfronatacji, do poszukania w swoim życiu uproszczeń, przerysowania ich i – ewentualnie – wyśmiania.

Drugim, równie ważnym, wątkiem jest zmienność losu. Jak to mawiał mój kolega ze studiów: jak jest dobrze, to jest dobrze. A jak jest źle, to jest źle. W tej prostej maksymie zawiera się fundament narracji Billy’ego Crystala. Jednak on dodaje do tego wszystkiego jeszcze nadzieję, że coś się zmieni. 700 niedziel to opowieść, nie tyle o walce, co o niepoddawaniu się i poszukiwaniu. Billy Crystal, na swoim własnym przykładzie, pokazuje, że trzeba ciągle próbować i pod żadnym pozorem nie składać broni. Odtrącenie i porażka to elementy ludzkiego życia i nie da się ich pominąć. To trzeba przeżyć, tego trzeba doświadczyć, a potem należy znaleźć właściwy dystanst do własnych przeżyć.

Co to znaczy być człowiekiem? Myślę, że w 700 niedzielach możemy znaleźć następującą odpowiedź:

Być człowiekiem to opowiadać i przeżywać.

Po prostu.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén