Dręczy mnie ta sprawa. Od kilku miesięcy, a konkretnie od maja. Właśnie na Sosnowieckich Dniach literatury usłyszałem, że poezja jest niepotrzebna. Nie była to oficjalna wypowiedź, raczej coś co wypłynęło w trakcie luźnej rozmowy. Ale jednak mnie męczy, zastanawiam się nad tym, przerabiam i rozpisuję notatkach. Wszystko zaczęło się od jednego zdania.

Usłyszałem rzecz następującą:

Poezja jest nam niepotrzebna, w zupełności zastąpił ją hip hop.

Nie oburzyłem się. Jestem kulturoznawcą, odmienność poglądów i zasada jest dla mnie stanem naturalnym. Raczej zacząłem zastanawiać się nad problemem. Zdarzyło mi się prowadzić zajęcia ze wstępu do literaturoznawstwa, ale nie zdążyłem przeprowadzić pewnego eksperymentu. Chciałem im rozdać wydrukowane teksty utworów hiphopowych, bez podpisu wskazującego na autorstwo i gatunek, i sprawdzić, co w nich widzą. Trochę trąci to Fishem, ale zabawa byłaby przednia. Przynajmniej tak sądzę. Niestety nie starczyło mi czasu. Program dość napięty, dużo trzeba wytłumaczyć, a ma się do dyspozycji tylko godzinę i trzydzieści minut. Raz w tygodniu.

Na pewno wiem, że mnie poezja jest potrzeba. Mimo, że jestem jest okazjonalnym odbiorcą. Zdarza się, że sięgam po Czerwone i czarne, spędzam nieliczne chwile nad Herbertem i obowiązkowo wracam do Leśmiana. Tyle z moich poetyckich doświadczeń. Więcej nie potrzebuję, wystarcza mi Lechoń, Herbert i Leśmian. A jeżeli chodzi o hip hop… Cóż, nastoletnie lata spędziłem grając death metal, więc niekoniecznie dobrze radzę sobie z poprawnym rozpoznaniem gatunków opartych na melorecytacji. Mam na ten temat stereotypowy pogląd, więc mnie hip hop poezji nie zastąpi.

Być może mojemu rozmówcy chodziło o liryczność?

Ale to nie jest cecha poezji. Raczej człowieka, dopiero potem tekstów, a na końcu rzeczywistości. Świat upoetyzowany jest ciekawszy, o wiele więcej w nim barw. A to dla mnie jest najważniejsze. Dlatego sam sobie odpowiadam: tak, ja potrzebuję poezji.

Reszta świata niech zrobi to we własnych pokojach.