Tag: hobbit

Literat przegląda Internet #13

Dzisiaj, w ten piękny listopadowy dzień, prawie pocałowałem klamkę. Na szczęście los oszczędził mi tej wątpliwej przyjemności i mogę spokojnie pracować. Za to jutro spróbuję ponownie! Żałuję, że załatwianie jakiejkolwiek biurokracji na Uniwersytecie to hazard – może ktoś będzie, a może drzwi będą zamknięte? Nic to! Trzeba przeglądać Internet i szukać ciekawostek.

Stereotypy – znamy je wszyscy, czasem stosujemy je świadomie, innym razem po prostu nam się wymykają. Polecam Waszej uwadze ten film, którego autorzy eksperymentują z pewnymi uproszczeniami. Interesujące, szczególnie w dobie politycznej poprawności.

Nowy rząd upodobał sobie nocną zmianę. W mediach dyskutuje się o różnych decyzjach, ale jedną sprawą nikt nie się zajmuje – szkolnictwo wyższe to sierota, która absolutnie nikogo nie interesuje. Jak będzie wyglądała polska nauka? Warto przeczytać kilka wniosków wysnutych z expose pani Premier przez doktora Emanuela Kulczyckiego. Mogą stanowić dobry fundament do dyskusji.

Hobbit, to w zasadzie rozbudowany fan art, z którym wielu fanów Władcy Pierścieni ma problem. Okazuje się, że nie tylko oni czują, że coś nie pasuje. Podobnie myśli Peter Jackson. Najwyraźniej wiele rzeczy poszło w złym kierunku.

Zdjęcie z rekwizytem okazuje się trudnym tematem. Warto zobaczyć kilka fotek i zrozumieć, jakich problemów należy unikać.

Na koniec jeszcze o edukacji. Media znowu zajmują się problemem gimnazjów, ale nikt nie widzi, że to ledwo powierzchnia. Kogo my w zasadzie chcemy kształcić? Jakie kompetencje ma posiadać młody człowiek po maturze? Dalej nie wiadomo.

Mdły Hobbit

Ostatnia część Hobbita była dla mnie prawdziwym wstrząsem. Niby to dobrze, ponieważ sztuka powinna poruszać, ale tym razem wzruszenie nie dotknęło serca, tylko ramion. Widziałem wszystkie trzy części – raz było lepiej, potem gorzej i na koniec doszło do jakiejś dziwnej tragedii. Chyba wszyscy przeczuwali, że tym razem Peterowi Jacksonowi się nie uda. Szkoda, że należę do ludzi naiwnych i do pierwszych minut trzeciej części wierzyłem, że jednak coś z tego będzie.

Do tej filmowej tragedii trzeba podejść w sposób krytyczny, trzeba poszukać odpowiedzi na pytanie: dlaczego do niej doszło? Władca Pierścieni był genialny, poruszał, wywoływał ciarki i pozwalał na zanurzenie się w fantastycznym świecie Śródziemia. Niepotrzebnie użyłem czasu przeszłego – ta trylogia wciąż taka jest. I wielu z nas – fanów twórczości J. R. R. Tolkienia – ponownie chciało się tam wybrać. Peter Jackson zaprosił na przejażdżkę. Szkoda, że po drodze niemiłosiernie bujało i wielu zaczęło wymiotować, a rozpacz ogarnęła wszystkich.

Te dwie trylogie łączy jedna rzecz: odwołują się do mitu bohaterskiego. We Władcy Pierścieni i w Hobbicie jest jakiś bohater, heros, który wyrusza w podróż. Pojawia się obowiązkowa droga wiodąca do jakiegoś czynu, do wykonania zadania. W przypadku Władcy Pierścieni było to ocalenie Śródziemia, a w Hobbicie zabicie smoka. I tu i tam obserwujemy losy pewnej postaci, przeżywamy jej przemiany i zastanawiamy się, czy – lub jak – sprosta kolejnym próbom. Nie udało się przynajmniej kilka rzeczy, ale ja chciałbym skoncentrować się tylko na jednej, na tej, która nie denerwowała nikogo we Władcy Pierścieni, a w Hobbicie doprowadziła do spazmów nienawiści.

Desolation of Smaug /  Antho_ooony (CC BY-NC 2.0)

Desolation of Smaug / Antho_ooony (CC BY-NC 2.0)

Uderzmy w podniosły ton!

Dyskutowano na temat Legolasa przeskakującego po spadających schodach – to był najmniejszy problem Hobbita. Już samo pojawienie się tego elfa jest powoduje dekompozycje struktury świata przedstawionego. Jakoś we Władcy Pierścieni, gdy poznaje Gimliego niewiele mówi na temat spotkania z jego ojcem. Jeszcze ta miłość między elfem, a krasnoludem. Czyżby doradzili to marketingowi ninja? Wątek miłosny miałby przyczynić się do podniesienia sprzedaży? Powiedzmy sobie szczerze: na Hobbita poszły przede wszystkim osoby uwielbiające Władcę Pierścieni. Zresztą w ten sposób reklamowana była ta trylogia – jako kolejne dzieło twórcy filmowej opowieści o Śródziemiu, którą traktuje się jako kultową. A to nagle zakochany krasnolud, walka na lodzie i podskakiwanie na kamykach. I jeszcze jedna rzecz: żywa maszyna oblężnicza. Ostatnią część Hobbita warto zobaczyć właśnie dla tej sceny. Można powiedzieć, że Peter Jackson brawurowo dekonstruuje motyw Wilhelma Tella.

Wszystkie te elementy na pewno spowodowały rozdrażnienie, ale to patos sprawił, że ostatniej części nie da się oglądać. Dwie poprzednie były znośne, momentami rozciągnięte, ale dało się wysiedzieć do końca bez spoglądania na zegarek lub łapania się za głowę. W pierwszej, czyli w Niezwykłej podróży, najważniejsze było podjęcie tematu przyjaźni i lojalności. Tłem była przygoda, na którą wyruszał Bilbo, ale cały pierwszy plan zajmowały relacje pomiędzy krasnoludami. Ich pieśń była pełna tęsknoty za utraconym bogactwem. Z łatwością można było dostrzec, że Thorina otaczają wyłącznie sami lojalni przyjaciele. I gdy tak spojrzy się na pierwszą część trylogii, to staje się ona znośna. Druga część – Pustkowie Smauga – koncentrowała się na szeroko rozumianej akcji. Beczki, pościg Orków i konfrontacja ze smokiem – te elementy sprawiły, że była to najbardziej dynamiczna część. Wtedy patos był, ale majaczył, pojawiał się niektórych dialogach, np. w rozmowie Legolasa z Tauriel. To drażniło, jednak nie w takim stopniu jak w następnej części.

Przyszedł czas na rozwiązanie fabuły, nadszedł moment na zakończenie i tak rozciągniętej do granic możliwości intrygi. Słabością Bitwy Pięciu Armii był brak wyraźnego tematu. Była jak kłębek zbierający wszystkie nitki. Pustą przestrzeń wypełniał patos. Długie pożegnania, wewnętrzna walka Thorina, niespełniona miłość i zbędne dialogi Bardem, który – prawdopodbnie – miał zastąpić Aragorna. Był człowiekiem skrywającym pewną tajemnicę i został przywódcą małej społeczności. Kluczem do tej postaci była lokalność działań i próba stworzenia „mniejszego króla” spełzła na niczym. Bard idealnie oddawał inne postacie, ponieważ był zwykłą kukła wypchaną patosem. To samo dotknęło innych. Ginęli, walczyli, a wszystko to było do bólu kiczowate i nieznośne.

Dlatego nie zdziwiła mnie reakcja człowieka siedzącego obok mnie. Zaraz po skończeniu filmu zadzwonił do kogoś i stwierdził, że ostatni Hobbit to „pół godziny fabuły i dwie godziny patosu”. Tak właśnie była. Trzeba jednak pamiętać o tym, że we Władcy Pierścieni element ten również się pojawił. Dlaczego tam nie jest, aż tak drażniący?

Na ratunek światu

Władcę Pierścieni, przed patetycznym tsunami, uratowała skala działań. Tematem tej opowieści jest ocalenie całego Śródziemia i zmierzenie się ze Złem, które przybiera określoną postać. W takim układzie czyn bohaterski wymaga wręcz zdań podnoszących morale, trudnych prób, z którymi muszą zmierzyć się herosi i przywódców prowadzących swoich poddanych. Aragorn był tutaj autentyczny, nie wykraczał poza ramy świata przedstawionego, ale go uzupełniał. Podobnie jak Frodo, Sam lub zmartwychwstały Gandalf. Skala przedsięwzięcia oraz konstrukcja postaci sprawiła, że Władcę Pierścieni można uznać za archetypową realizację bohaterskiego fantasty. Natomiast filmowy Hobbit to świetny materiał, na którym można pokazać, gdzie rozpada się ten rodzaj fantasty. Poza tym jest to także bardzo nieudolna adaptacja książki. W przypadku Hobbita bezpieczniej mówić o luźnej inspiracji dziełem J. R. R. Tolkiena.

Szkoda, że otrzymaliśmy mdłe danie. Hobbit mógłby być dobrym, nawet bardzo dobrym, jednoczęściowym filmem. Ale jako trylogia zupełnie się nie sprawdził. Nie pomogły zabiegi marketingowe, fabularnej pustki nie są w stanie wypełnić efekty specjalne lub muzyki. Dla mnie jest to najgorszy film fantasy, bo nawet tragiczna ekranizacja Dungeons&Dragons miała swój klimat. A Hobbit? Nie ma w nim nic, co byłoby godne uwagi.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén