Tag: irytacje (Page 1 of 5)

Rozmówki kuchenne (VII)

W ostatnim tygodniu moją uwagę przykuła premiera najnowszej odsłony FIFY. Nie dlatego, że jestem jakimś wyjątkowym fanem gier sportowych. Wprost przeciwnie! Jeśli chodzi o ten gatunek, to jestem wybitnym ignorantem. FIFA 2021 przyciągnęła moją uwagę głównie za sprawą procesu produkcyjnego. Innowacyjnego. Sprawiającego, że Electronic Arts jest w stanie utrzymać się na powierzchni gamedevu. Tak, śmieszkuję. Kolejne wersji serii cechuje to, że mają poprawioną fizykę piłki oraz nowy numerek w tytule.

Dyskutowaliśmy o tym w Firmie. W ramach chwilowych spotkań przy robieniu sobie kawy. Naśmiewanie się z procesu produkcyjnego FIFY dało nam dużo radości. Padały różne egzotyczne pomyły. Od klonowania repozytorium, dodawania nowej wersji, ogłaszania fajrantu i pory na CSa, po tunele aerodynamiczne, w których testowane są oficjalne piłki rekomendowane przez FIFĘ. Niestety, obawiam się, że prawda jest zdecydowanie bardziej brutalna. Za kolejnymi iteracjami FIFY nie stoi żadna teoria spiskowa. To tylko sposób na doroczne żyłowanie klienta, który za każdym razem będzie musiał zbierać nową kolekcję cyfrowych kart, aby brać udział w trybie FIFA Ultimate Teams. Od dawna przeczuwałem, że fani gier sportowych mogą czuć się jak dojne krowy. Co jest dość smutne.

Dlatego nie dziwi mnie reakcja dziennikarza z IGN Simona Cardy’ego. Najwyraźniej przypadło mu w udziale napisanie recenzji FIFA 2021 Legacy Edition (Switch). Podstąpił dokładnie tak samo, jak twórcy tej gry. Skopiował swoją zeszłoroczny tekst i zmienił tytuł. Fajrant, pora na CSa. Jesteście zdziwieni? Sądzicie, że nie wywiązał się ze swoich obowiązków? Ja tak nie uważam. Po co pisać recenzję, czegoś, co jest takie samo jak rok temu? Co mogło się zmienić? A, no tak! Fizyka piłki! W końcu kolejna spędziła ostatni rok w tunelu aerodynamicznym, a specjalnie powołany zespół pracował nad tym, aby przenieść jej zachowanie do wirtualnego świata. Za coś takiego faktycznie warto zapłacić. A potem zacząć kupować paczki cyfrowych kart, które w przyszłym roku będą już niepotrzebne. Obawiam się, że nie mają nawet wartości kolekcjonerskiej.

Jeśli pierwszy raz spotykacie się z praktykami Electornic Arts, to musicie wiedzieć, że jest to firma, którą stać na więcej. Zawsze wydaje mi się, że osiągnęli już szczyt chciwości, a potem pojawia się coś, co pokazuje, że koniecznie chcą wspiąć się na wyżyny korporacyjnego skurwysyństwa. Tym razem reklama waluty premium, która można wykorzystać do kupowania paczek (i tym samym drenowania portfela) trafiła do magazynu dla dzieci. Oczywiście Electronic Arts, po tym jak wybuchła afera, stwierdziło, że przyjrzy się temu, gdzie pojawiają się takie treści. W jakim kontekście. Przeprosili, więc nie ma sprawy, prawda? Nie. Nie wierzę, że to był przypadek. Electornic Arts to korporacja, która w ostatnich latach pokazała, że doskonale radzi sobie z jednym – z generowaniem zysków z mikrotransakcji. Najbardziej bolesne jest ignorowanie sukcesów takich produkcji jak Star Wars: Fallen Order oraz Star Wars: Squadrons. Gdyby, jako wydawca, skupili się tworzeniu takich tytułów, a nie na dorocznym drenowaniu fanów gier sportowych, to gracze mieliby zdecydowanie więcej ciekawych wirtualnych światów do zwiedzenia.

Spojrzenie z roweru

Właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że nie napisałem nawet jednego tekstu na temat moich rowerowych wojaży! Szok! Niedowierzanie! Cóż ze mnie za internetowy twórca?! Od pierwszego dnia, od pierwszych kilometrów powinien pisać o tym, że jeżdżę, że potykam się o ludzi, że drażnią mnie nastolaty wchodzące na ścieżki rowerowe. O nie! Teraz dotarło mnie, że zapomniałem jeszcze o innej sprawie! O tym, że co jakiś czas lubię sobie wypić craftowe piwo! Najlepiej z dziwną nalepką, kaplsem, no i mam takie, na którym widać gołębia. Efekt? Piję craftowe piwo z gołębi!

Dobra, pośmialiśmy się, wróćmy do przygód na rowerze. Tak się złożyło, że mój powrót przypadł na moment, w którym Polska uznała koronawirusa. To była ta chwila, gdy oficjalnie uznano, że nie na terenie naszego państwa odnotowano pierwszy przypadek zakażenia. Wcześniej nie było, Polska jako samotna wyspa opierała się covidowemu tsunami. Trudno mi ukryć, że niezmiernie mnie ubawiła ta cała sytuacja. Tak jakby choroba potrzebowała jakiegoś państwowego potwierdzenia, żeby atakować mieszkańców określonego terytorium. Bo wcześniej to nie, nie mogła, a od pierwszego potwierdzonego przypadku już może. Symboliczna chwila, która uruchomiła cały aparat urzędniczy i doprowadziła do lockdownu. Miałby być dwa tygodnie, leciutko, a jak wyszło, to wszyscy wiemy.

Wraz z epidemią pojawiły się obostrzenia. Na przykład takie ograniczenie wychodzenia z domu. Twitter pękał w szwach, szaleli ludzie od prawa do lewa, żeby siedzieć na przysłowiowej dupie i nie narażać, nie zarażać. A tu cichaczem, nieśmiało, odzywali się ludzie, którzy przed koronawirusem spędzali czas na dworze. Na przykład – biegając, jeżdżąc na rowerze, spacerując z psem. Pojawił się problem, z perspektywy czasu ciekawy. Bo żaden powiat ani nawet najmniejsza wieś nie zostały otoczone kordonem sanitarnym. Niby sytuacja nie była tak poważna jak w Lombardii, którą zamknięto na cztery spusty. Mieszkańcy wylądowali wręcz w aresztach domowych, aby cała społeczność mogła przetrwać zagrożenie. Dlatego, w tamtym momencie, nie dziwię się osobom, które wręcz atakowały wszystkich chcących wychodzić na dwór. Obrazki serwowane przez media, brak sensownej narracji ze strony polskiego rządu, ogólny – nie bójmy się tego słowa, bo dobrze opisuje ówczesną i aktualną sytuację – pierdolnik w niczym nie pomagały.

A dzisiaj, gdy już Polska odwołała koronawirusa, pomimo rosnącej liczby potwierdzonych przypadków, zastanawiam się, ilu z tych obrońców świeżego powietrza faktycznie wyszło z domu, gdy poluzowano obostrzenia. Media zaczęły wrzucać obrazki z zatłoczonych miejsc. Plaż, bulwarów. Chyba sam przez moment miałem tak ustawioną optykę, bo miałem wrażenie, że ludzi na mojej trasie jest jakby więcej. A teraz, z perspektywy czasu, myślę, że było ich dokładnie tyle samo, ile wcześniej. Nie czuję gwałtownego przyrostu rowerzystów lub biegaczy. W trakcie moich przejażdżek często mijam te same osoby. To gdzie są ci, którzy zostali zmuszeni do siedzenia w domu? Pewnie to te same głosy, które teraz w maseczce widzą kaganiec i są zmuszani, aby je nosić, bo w lutym WHO… (jak korzystacie z Twittera, to znacie tę narrację).

Pandemia jest dla mnie doskonałym przykładem tego, że społeczeństwo nie jest odpowiednio przygotowane do filtrowania informacji. Najwyraźniej nowoczesna edukacja, która przecież kładzie nacisk na czytanie ze zrozumieniem, gdzie się potknęła. A! Oczywiście! To jest czytanie ze zrozumieniem POD KLUCZ! A gdzie tej błogosławiony KLUCZ się znajduje, gdy człowiek sobie spokojnie konsumuje nagłówki?

Tak. Właśnie tam.

Problem wypowiedzi

Obserwując różnego rodzaju wypowiedzi w Internecie często łapię się za głowę. Zgodnie z polskim zwyczajem, w momentach kryzysu, wszyscy nagle stajemy się specjalistami. Tym razem zalała mnie fala prawników, seksuologów, badaczy kultury, a także Wujków Dobra Rada. Ci ostatni są szczególnie interesujący, ciekawie tę grupę przedstawił Ziemowit Szczerze w Siódemce. Dość o literaturze, bo pewnie niektórzy już tutaj odpadli. Popatrzy na to, czego ostatnio dokonał Krzysztof Gonciarz.

Nie wiecie kto? Google! Od razu! I nie myślcie, że piszę o jakimś niszowym youtuberze, którego oglądają tylko młodzi. Tak jakby ich kryzysy w społeczeństwie nie dotyczyły, jakby oni nie mieli prawa do posiadania własnych poglądów. To jest rzecz, która mnie zawsze wpieniała. Raz na zawsze skończmy, z tym że wiek w jakikolwiek sposób nobilituje. Dyskusje na temat Marszu Klimatycznego, które zaczynają się od słów “tym młodym, to się w dupach poprzewracało”, można od razu położyć na półkę z innymi pozycjami z cyklu “Pieprzenie Wujków Dobra Rada”. Krzysztof Gonciarz taki nie jest. Rozumie swoją publiczność, wiem, kto go słucha i bardzo dobrze, że zabrał głos w toczącej się dyskusji. Kilka lat temu napisałem tekst opisujący negatywne wzorce promowane w Internecie. Tym razem warto spojrzeć na zupełnie inne zachowanie.

Zaczęło się od powyższej wypowiedzi. Mocnej. Myślę, że dobrze opisującej sytuację. To nie byłby pierwszy raz, gdy jakaś mniejszość nie wytrzymała i po prostu się zbuntowała. Błagam, nie pouczajcie mnie na temat tego, co obywatelowi wolno lub nie. Jeśli kiedykolwiek czytaliście moje teksty lub słuchaliście podcastów z moim udziałem, to na pewno wiecie, że jestem anarchistą. Niezbyt skrajnym, ale rozumiejącym, że spokojna dyskusja na temat równości nieczęsto odnosiła skutek, a wkurzona grupa społeczna zwykła ścierać się z policją. Nie jest to ani eleganckie, ani wyniosłe, tak po prostu jest. Dlatego warto też pokazywać inne oblicza, w jakie ubiera się brak akceptacji dla aktualnego porządku. Na scenę ponownie wchodzi Krzysztof Gonciarz, a zaraz za nim wjeżdża ciężarówka. Z głośnikiem. Oklejona, z cudowną frazą, którą – mam nadzieję – aktywiści będą odmieniać przez różne przypadki.

Dla mnie jest to forma artystycznej wypowiedzi, która pojawiła się w przestrzeni miejskiej. W kontrze do narracji wyraźnie nawołującej do konfliktu i nienawiści. Korzystające z wolności wypowiedzi, ale nie z wolności od odpowiedzialności. Krzysztof Gonciarz, jako artysta, zrozumiał, w jakim kontekście się porusza, dlatego również postanowił wystosować apel do odbiorców. Poprosił o rozsądek, o przemyślenie tego, skąd człowiek bierze zasady, reguły oraz poglądy, które konstytuują jego świat. Inspiruje się tym, co mówi ciężarówka? A może billboard? Wiele razy na blogu wspominałem to, że współczesność zbudowała w nas złudne wrażenie, że nie potrzebujemy ekspertów. Wystarczy wyłączyć Wykop i włączyć myślenie. Nic bardziej mylnego.

W dalszym ciągu potrzebni są ludzie, którzy drążą takie tematy. Nie tylko artyści, ale także dziennikarze, felietoniści, publicyści z prawdziwego zdarzenia. Z przykrością stwierdzam, że jest ich niewielu, a na dodatek mówią głównie do przekonanych. Być może dlatego, że zawsze starają się pokazać, że rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana od hasła na ciężarówce?

Karawana bez głębi

Dobra. To drugi tekst dotyczący giereczek, w którym będę dawał upust swojej irytacji. Pierwszy pojawi się na DailyWeb i będzie dotyczył Pest Control Simulator 2020. Natomiast na blogu pozwolę sobie na trochę luźniejsze rozważania. Od jakiegoś czasu polowałem na grę Nowhere Prophet. Myślałem, żeby kupić ją na Pstryka i przetestować. Kupiła mnie reklama. Rougelike z budowaniem talii i walką na planszy. Na dodatek zarządzanie zasobami. Czego tutaj nie lubić? Wszystko wspaniałe! Nie kupiłem tej gry na Pstryka. Wcześniej trafiła od Xbox Game Pass for PC. I bardzo dobrze.

Dlaczego? Odbiłem się od Nowhere Prophet. Jak ping-pong od ściany przy chamskiej ścince. Rzadko mi się zdarza, żeby gra po prostu wkurzyła mnie w trakcie samouczka. A jestem weteranem! Pamiętam DOSową wersję Prince of Persia! Tę, w której skakanie wymagało nie tylko uwagi, ale także olbrzymich pokładów cierpliwości i szczęścia. A jednak Nowhere Prophet mnie pokonał. Nie będę się pastwił nad tą produkcją, zdaję sobie sprawę z tego, że na pewno znajdą się osoby, którym się spodoba. Raczej chciałem się skoncentrować na swoich odczuciach. Po prostu zacząłem się zastanawiać, co poszło nie tak. Dlaczego rougelike, gatunek, który uwielbiam, zbudowany na karciance mnie odrzucił?

Ponotowałem, popróbowałem i doszedłem do wniosku, że nie przekonało mnie specyficzne stackowanie mechanik. Nowhere Prophet ciągle coś dokłada. Zarządzanie karawaną i talią, zasobami, leczenie rannych popleczników, wyposażanie przedmiotów, handel… Pętla rozgrywki, z minuty na minutę, się wydłużała, aż w końcu nie miałem ochoty, aby dochodzić co jest czym. Podejrzewam, że dużym problemem jest tutaj prezentacja mechanik. Gdyby mnie wprowadzano krok po kroku, na jakiejś przykładowej małej przygodzie, a nie za pomocą popupów z tekstem, to inaczej odebrałbym Nowhere Prophet. Walka bardzo mi się spodobała, tak samo jak budowanie talii. Jednak, jeśli chodzi o zarządzanie zasobami i karawaną, to miałem w głowie jeden wielki chaos. Co cały czas negatywnie wpływało na moje odczucia z zabawy, ponieważ czułem, że przegrywam ze względu na bark dobrego wprowadzenia w mechaniki.

Dlatego tak kluczowe jest badania frustracji gracza. Zdenerwowany odbiorca odchodzi i nie chce wracać. Niesie ze sobą negatywny ładunek emocjonalny, który podaje dalej. Tak jak ja teraz. Dobre wprowadzenie do zabawy, wyjaśnienie najważniejszy mechanik, zawsze poprawia konwersję. To frazes, ale tak właśnie jest. Problem pojawia się, gdy wszystko jest ważne i trzeba koniecznie zasypać użytkownika setką komunikatów. Wtedy jest źle, pojawia się nieplanowana frustracja, którą, często bez badań focusowych, trudno uchwycić i wykluczyć. Dużym problemem jest to, że po wprowadzeniu zmian dobrze jest zmienić grupę testową. Samouczki zawsze najlepiej testuje się na ludziach, którzy mają niewiele wiedzy na temat danego feature’a lub produkcji.

Chcecie spróbować swoich sił w Nowhere Prophet? Śmiało! Może do Was trafi. Mnie odrzucił komunikacyjny chaos, a szkoda, bo liczyłem na kilkadziesiąt godzin dobrej zabawy.

Rozmówki kuchenne (VI)

Tak się złożyło, że dzisiaj wróciłem do biura. Podobnie jak moi współtowarzysze gamedevowych podróży. I o czym rozmawialiśmy w kuchni? Oczywiście, że o koronawirusie! O kwarantannie, o przeżyciach związanych z siedzeniem w domu i społeczną izolacją. Wrażenia były różne. Jedni znosili ten czas lepiej, a inni gorzej. Jak to ludzie. Natomiast coś nas wszystkich połączyło. Lekkie przerażenie tym, co dzieje się dookoła. Ja wiem, że Polska odwołała koronawirusa i nie ma się czego bać, ale odnoszę wrażenie, że oficjalne komunikaty zmierzają w inną stronę.

Śledząc internetowe dyskusje na ten temat, często spotykam się ze sceptykami. Zauważyłem, że ochoczo zadają jedno pytanie, które nie chce mi wyleźć z głowy. Niezależnie od tego, czego dotyczy artykuł lub dyskusja, zawsze znajdzie się ktoś, kto rzuci “Czy znasz / widziałeś chociaż jedną osobę chorą?”. Za każdym razem mnie to rozwala. Warto zacząć od tego, że 80% potwierdzonych przypadków z opisanej tutaj grupy badawczej przeszło chorobę w sposób łagodny. Przypominała przeziębienie lub grypę, co wcale nie oznacza, że można koronawirusa bagatelizować. Są też ludzie niemający żadnych symptomów. Tutaj zaczyna się robić ciekawie. Według szacunków CDC mogą one stanowić 40% osób zainfekowanych koronawirusem. Wbrew pozorom, to duża grupa, dlatego pytanie o to, czy znam lub widziałem kogoś zarażonego, zawsze sprawia, że łapię się za głowę. Najwyraźniej w sprawie COVID-19 co drugi internauta to niewierny Tomasz! Musi zobaczyć! Dotknąć! Szkoda, że taką rzetelnością nie wykazują się, gdy łykają kolejne zmanipulowane newsy produkowane przez różnego rodzaju portale.

Ta niewiara, a może nawet konieczność przeciwstawienia się zleceniom, już zbiera żniwo. Zachęcam do zapoznania się z materiałami opracowanymi przez Michała Rogalskiego. Szczególną uwagę zwrócicie na wykresy potwierdzonych przypadków w poszczególnych województwach. Jestem przekonany, że zauważycie wzrosty. Popatrzcie na te krzywe i zestawcie je z ostatnimi informacjami. O tym, że mogą się pojawić obostrzenia w powiatach. O nagłej konieczności kontroli sklepów oraz wesel. O oficjalnym komunikacie NBP na temat nadchodzącego kryzysu finansowego. Wszystko to dzieje się zaraz po wyborach. Przypadek? Zachęcam, aby każdy odpowiedział sobie na to pytanie w duchu, w ramach własnego serduszka. Przy czym zakładając maskę, myjąc ręce i utrzymując odstęp od innych osób, myślcie o swoich bliskich, bo może macie wśród nich osoby z grupy ryzyka.

Sytuacja z pandemią w naszym pięknych, acz nieszczęśliwym kraju, to cudowny przykład sterowania społeczeństwem za pomocą strachu. Zbliżamy się do trudnego okresu w naszej gospodarce, szczególnie warto zwrócić na informacje dotyczące energetyki opartej na węglu, i trudno mi uwierzyć w to, że ewentualne obostrzenia nie dotkną akurat tych przestrzeni, w których będzie wielu niezadowolonych. Oczywiście, mogę się mylić i oby tak było. Tylko że sytuacja wokół wyborów, ciągłe uspokajanie, że wirus jest w odwrocie, a teraz stopniowa zmiana narracji, sugeruje coś innego.

Page 1 of 5

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén