Tag: irytacje (Page 3 of 5)

Opowieść o świętach na wsi

Święta Bożego Narodzenia. Opisywane jako moment wspólnej biesiady, rodzinnego pojednania, zadumy nad odchodzącym rokiem oraz momentem wyczekiwania na pierwszą gwiazdkę. Pewnie dla niektórych jest tak dalej, ale ja zawsze byłem dość cynicznym człowiekiem. Ze względu na swój twardy ateizm oraz podejście do rytuałów, ten okres w roku traktuję jako moment wytchnienia. Żadnej zadumy. Nie pochylam się nad Jezuskiem i Królami. Wyjeżdżam na wieś. Co roku. Żeby odpocząć, nic nie robić. Po prostu, złapać oddech, spędzić kilka dni na oglądaniu filmów, czytaniu książek i graniu w gry.

Jeżeli ktoś spędza czas z rodziną i to lubi, to nie widzę najmniejszego problemu. Mało tego! Uważam, że w drugą stronę powinno być podobnie! Jeżeli ktoś nie chce uczestniczyć w obchodach Bożego Narodzenia, to ma pełne prawo się z nich wypisać. Jak każdy dorosły, dojrzały i samostanowiący o sobie człowiek. Nie warto wpadać w pułapkę zastanawiania się na temat tego, co pomyślą inni, ani specjalnie przejmować się tym, że ignorowanie Świąt Bożego Narodzenia to atak na Tradycję. Nie dajcie się zwariować, szkoda zdrowia. Lepiej spędzić ten czas, tak jak się chcę, dla własnego spokoju. Zwykłem zastanawiać się nad tym, czy warto poświęcać swoją głowę, po to aby inni czuli się dobrze. Po wielu latach doszedłem do tego, że nie. Zawsze lubiłem być na przekór, wywracanie wszystkiego wokół mnie do góry nogami sprawia mi przyjemność, entropia jest dla mnie szansą, a nie zagrożeniem. Żyję zgodnie ze swoimi przekonaniami, a jeżeli komuś jest z tego powodu przykro, to trudno.

Mogę się nie zgadzać z różnymi poglądami na temat Świąt Bożego Narodzenia. Jednak najbardziej drażni mnie to, że pod płaszczykiem Tradycji, chrześcijańskiego przeżycia, sprzedaje się mnóstwo zwykłego badziewia. Warto spojrzeć na choinkę jak na symbol trudnej do opanowania konsumpcji. Szczególnie z prezentami, które koniecznie muszą się pod nią znaleźć. Z drzewkiem trzeba się pokazać na Instagramie! Koniecznie należy wtedy wspomnieć o nowych, wyjątkowych ozdobach, a także opowiedzieć wzruszającą historię. Nabieracie się jeszcze na to życie złożone z kolorowych obrazków? Media społecznościowe to wielki postnowoczesny tabloid, w którym obserwuje się celebrytów lub nawet pełni ich rolę. A potem, po Świętach, przychodzi czas śmietnika. Wywala się mnóstwo jedzenia, foli, plastiku, zauważyłem, że w koszach zaczęły lądować także ozdoby. Okres świąteczny to dziwny czas, szczególnie w 2019 roku, w chwili, w której coraz głośniej mówi się o tym, że do przetrwania naszego gatunku konieczne będzie ograniczenie konsumpcji.

Myślę, że ta konsumpcyjna, mrugająca choinka, powinna być dobrym momentem na zastanowienie się, co dalej będzie się działo z prezentami. Trafią na śmietnik? Do lasu? A może sprawią, że stare rzeczy będą miały drugie życie? Moje święta na wsi są pozbawione tego problemu, od lat praktykujemy z Żoną prostą zasadę – kupujemy sobie to, z czego będziemy korzystać. Minimalizm. Pragmatyzm. W zamian za suto zastawiony stół, cztery dni na resztkach i świecą lampki marnujące prąd.

Komuś zrobiło się przykro? Trudno.

Stadium

Podejrzewam, że przeczytaliście już wystarczająco dużo artykułów na temat tego, że Google Stadia jest niewypałem. Recenzenci zwracają uwagę na różne niedociągnięcia. Konieczność kupowania gier, które miały być w abonamencie. Zbyt duże lagi. Problemy z wyświetlaniem grafiki, a nawet przegrzewający się urządzenie. Jak zapewne się domyślacie, pojawiły się już informacje, że zbyt duża temperatura je wyłącza. Chciałbym teraz usiąść i powiedzieć: A NIE MÓWIŁEM? Ewentualna klapa Stadi i tak przysłuży się popularyzacji abonamentów na gry komputerowe.

Tak uważam. Google chciało zrewolucjonizować rynek, kompletnie ignorując przy tym prędkość połączenia internetowego na świecie. Od początku było wiadomo, że aby korzystać z ich nowej usługi potrzebny będzie stabilny i pozbawiony limitów transfer. W końcu to streaming! Na dodatek dotyczy medium korzystającego z grafiki i dźwięków wysokiej jakości, a także wymaga obsługi komunikacji pomiędzy graczem i światem gry. W trakcie pokazów wszystko pięknie działało, ale warto pamiętać o tym, że takie demonstracje są skrupulatnie przygotowywane. Właśnie po to, aby uniknąć blamażu. Google może sobie pozwolić na eksperymentowanie, na przecieranie szlaków. Jeżeli zamknę tę usługę, to będzie tylko jeden z wielu produktów, które uśmiercili.

Myślę, że ta sytuacja to woda na młyn Microsoftu. Już teraz mają w ofercie świetną usługę subskrypcją Xbox Game Pass. W ofercie znajdują się tytuły, w które można grać zarówno na komputerze, jak i na konsoli, jeżeli się ją posiada. Pragnę także przypomnieć, że Microsoft również pracuje na swoją własną usługą streamingową – xCloud. Baty, które zbiera Google, pięknie pokazały niebezpieczeństwa związane z takim przedsięwzięciem. Podejrzewam, że Microsoft chętnie skorzysta z tych doświadczeń i bacznie obserwuje to, jak rozwija się sytuacja. Stadia pokazała zarówno słabe, jak i mocne strony tego projektu. Uważam, że premiera xCloud może mieć mniej problematyczny przebieg, niż było to w przypadku usługi Google’a. Microsoft ma też doświadczenie w pracy z grami, coś, co, tak przynajmniej sądzę, dla monopolisty wyszukiwarek było nowością.

Warto także pamiętać o tym, że klienci ze sobą rozmawiają. Wymieniają się spostrzeżeniami. Sam byłem wiele razy pytany o różne usługi subskrypcyjne. Wielokrotnie podkreślałem, że ich podstawowym plusem jest to, że w dalszym ciągu wymagają pobrania gry na dysk. W trakcie zabawy mniejsze znaczenie ma jakość połączenia z Internetem. Wbrew pozorom, to dla wielu osób może być plus. Na chwilę obecną, w głowach odbiorców mogą tworzyć się ciekawe skojarzenia. Streaming może być traktowany jako coś złego, niekoniecznie działającego i wymagającego dodatkowego kupowania gier, które miały być w abonamencie. Subskrypcja od wydawcy? Taki Origin Access lub Uplay+? Działa, można się bawić, co prawda tylko na komputerze, ale przynajmniej nie ma większych problemów z korzystania z oferty.

Czy Google Stadia upadanie? Być może, ale na trupie tej usługi pojawią się inne, a abonamenty tylko umocnią swoją pozycję.

Skończone polowania

Czarny Piątek. Święto zakupów, chwila, w której właściciele sklepów gotowi są dopłacić, aby klienci wzięli ich produkty. W naszym pięknym, lecz nieszczęśliwym kraju, Czarny Piątek, rzadko oznacza duże przeceny. Tym promocjom powinien przyświecać pewien cel – chęć wejścia w interakcję z klientem. Przekonanie, że skoro raz sklep nie rozczarował, nie zawiódł oczekiwań, to następnym razem również tak będzie. Cóż, nie wszyscy wychodzą z tego założenia i wolą podnieść ceny przed ich obniżeniem.

Dlatego swoje zakupy ograniczyłem do minimum. Miałem kilka produktów na liście, coś udało się upolować, ale nie jest to nic, czym można pochwalić się na Instagramie. Nie będzie otwierania materaca do łóżka na stories, wybaczcie. Jest to mało fascynujący temat. Podobnie jak stream ze stania w korku, a podejrzewam, że dzisiaj, w pobliżu centrów handlowych, było gęsto. Dosłownie. Nic dziwnego, konsumenci są od tego, aby konsumować, aby otaczać się nowościami. Dla wielu zakupy, polowanie na promocje, to forma niebezpiecznego uzależnienia. Pewnie Czarny Piątek tylko potęguje objawy, a nawet zaraża innych. A potem pojawiają się korki, kolejki, tratowanie się przed witrynami sklepów. Wszystko w imię przeceny! Chęci dokonania zakupy! Wydania pieniędzy, na rzeczy, która nagle wydaje się niezbędna do życia.

Nadszedł weekend zakupowych zombie przyklejonych do telefonów. W poszukiwaniu ofert jak w poszukiwaniu sensu istnienia. Nieumarli akolici influencerów gotowi na szybkie wklepanie kodu rabatowego. Postnowoczesne polowanie na grubego zwierza, który uosabia nowy laptop, telefon lub bezprzewodowy głośnik. A to dopiero wierzchołek góry lodowej! Dzisiaj kupić można wiele, co prawda nie wszystko, ale Internet i popkultura sprytnie podsuwają różne tropy. Zawsze fascynowało mnie to, że w czasach, w których nomadzi mediów społecznościowych tak chętnie odżegnują się od autorytetów, bez mrugnięcia okiem przyjmują sposób życia widziany na zdjęciach lub krótkich filmikach. W dyskusjach o globalnym ociepleniu często widuję wypowiedzi „krytyczne”, ale świat z Instagrama i TikToka jakoś wielu użytkownikom wydaje się niepokojąco realny.

Czarny Piątek zapowiada czas wzmożonej konsumpcji. Po nim następuje Cyber Monday, a potem przychodzi czas na Święta i kupowanie prezentów. Świat, przyjemniej na cztery tygodnie, zostanie solidnie przeceniony. Do pierwszej inwentaryzacji, sprawdzenia stanów magazynowych. Później można zacząć wszystko od nowa, aby ludzie dalej czuli się dobrze w trakcie zakupów. Najwyraźniej kolorowe metki, wszechobecne banery i spam na poczcie elektronicznej w dalszym ciągu działa. A zawsze wydawało mi się, że reklamy powoli stają się boleśnie przeźroczyste.

Co będzie następne? Czarny Piątek na podstawie big data? To już jest. Tylko po prostu jeszcze tego nie zauważyliśmy. Po następnych niemniej intensywnych przecenowych polowaniach zachęcam do zwrócenia uwagi na reklamy, a także proponowane produkty.

Głód narracji

W tym tygodniu dopadł mnie głód narracji. Czasem tak mam, że budzie się we mnie trudna do zaspokojenia potrzeba solidnej opowieści. Zaczynam nerwowo szukać, przeglądać moje analogowe i cyfrowe zbiory. Czasem udaje mi się coś znaleźć i nie mam potrzeby szperania po promocjach na ebooki. A zdarzało się, że nerwowo przeglądałem listę przecen, aby znaleźć jaką interesującą opowieść. Tym razem byłem przygotowany. Lista książek na Kindle’u jest długa, na dodatek miałem jeszcze jedną na półce. Na brak cyfrowej rozrywki również nie mogłem narzekać. Moja lista na Netfliksie jest tak samo obszerna, jak ta na Kindle’u.

Zacząłem analogowo. Od Instytutu Stephena Kinga. Zostaw na bok dyskusje na temat tego, czy korzysta z pomocy ghost writerów. W momencie, gdy jestem na głodzie opowieść, jest to dla mnie całkowicie nieistotne. A więc wpadłem w tę narrację. Pochłonąłem ją. W dwa dni. Zacząłem w niedzielę. W poniedziałek, zaraz po powrocie z pracy, postanowiłem czytać dalej. Skończyłem. Nie żałuję ani minuty, ale dalej szukałem, czegoś do przegryzienia. Złapałem za Kindle’a. Tam czekała na mnie Ludzkość poprawiona Grzegorza Lindenberga oraz Narratologia Pawła Tkaczyka. W środę już było po wszystkim. Obie przeczytane. Pierwsza bardzo wartościowa, ciekawa, pełna godnych uwagi źródeł. Druga była dla mnie zebraniem wszystkiego, czego nauczyłem się na pierwszy roku studiów na wstępie do literaturoznawstwa i wstępie do kulturoznawstwa. Nic nowego.

Nienasycenie pozostało. Mniej drażniące, mniej dekoncentrujące, ale jednak było. Netfliks? Serial? Film? Raczej serial, bo więcej odcinków, ale też jest ryzyko. Historia może być miałka, rozwleczona na kilka wątków, z czego kilka będzie denerwujących. Wybrałem 13 przykazań. Kryminał, z wątkami społecznymi. Jeszcze nie skończyłem, ponieważ niektórych wątków nie mogę przeboleć. Dyskusja na temat kondycji społeństwa i relacji międzyludzkich jest ciekawa wtedy, gdy prowadzi do głębi problemu. Jazda po lodowatej powierzchni to za mało. Może jeszcze będzie lepiej. Film też padł. Game changers. W Internecie trafiłem na fragment Twitterowej dyskusji na temat tego obrazu. Wymiana zdań była pełna nienawiści, a sam film warto obejrzeć. Skonfrontować się, zastanowić, bo jest w tym dokumencie kilka ciekawych spostrzeżeń. Głównie dotyczących maszyn rozpędzonych maszyn marketingowych i tego, jak kontrolują nasz świat.

Przyszedł piątek. Z rozpędu przesłuchałem polski podcast reporterski Śledztwo Pisma. Porządna rzecz, warto posłuchać. Za tydzień będzie ostatni odcinek, więc jest co nadrabiać. Zacząłem też wirtualną przygodę w The Outer Worlds. Powoli pojawia się we mnie poczucie nasycenia. Już przestają pochłaniać opowieści, budzi się we mnie krytyczne spojrzenie na poruszane w nich wątki. Dochodzi do głosu powoli i za chwilę znowu stanę się wybredny. Do następnego uderzenia głodu, do kolejnego nerwowego poszukiwania narracji do pożarcia.

Błoga nieświadomość

Kto robi gry komputerowe? Ludzie. Studia nie są gwiezdnymi bytami złożonymi z kosmicznego pyłu. Za biurkami, w salach konferencyjnych, przy klawiaturach i przed monitorami siedzą istotny z krwi i kości. Z emocjami, potrzebami, z rodzinami, z planami. Wielu twórców gier komputerowych traktuje konstruowanie wirtualnych światów jak pasję. Dlatego bywają skłonni do poświęceń. Chociaż ostatnie 12 miesięcy pokazało, że coraz rzadziej gotowi są zostawać po godzinach lub spać w biurze. Chcą żyć. Tak samo jak pracownicy innych sektorów gospodarki. Dlatego zaczynają walczyć o swoje prawa. A co na to odbiorcy?

Klienci zdają się żyć w innej rzeczywistości. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy. W przypadku gier komputerowych działają dokładnie te same prawa, co w przypadku pozostałych części naszego życia. Na wiele rzeczy zamykamy oczy. Czy kupując awokado, zastanawiamy się, jak uprawy wpływają na środowisko i lokalną ludność? Jedni to robią, a inni nie. Innym, bliższym przykładem, może być elektronika. Dużo się pisze o sieci 5G. Dziennikarze głównie koncentrują się na jej zaleta oraz kontrowersjach politycznych. Jednak wielu pomija takie tematy jak konieczność utylizacji starych urządzeń lub kwestie społeczne i ekonomiczne związane z wydobyciem kobaltu. Warto pamiętać o tym, że nasze decyzje konsumenckie mają przełożenie na to, co dzieje się na świecie.

Podobne reguły działają w przypadku gier komputerowych.Wśród odbiorców pokutuje myślenie, że tworzenie wirtualnych przygód to tylko i wyłącznie pasja, której należy wszystko poświęcić. Celem jest zbudowanie wysokiej jakości produktu. Dla dobra odbiorców, którzy chcą dostawać wyłącznie cudownie napisane historie i ciekawe mechaniki. Dlatego trzeba spać w biurze, spędzać w pracy 20 godzin! To wszystko usprawiedliwia cudowna gra, w której czuć przelaną krew i pot. Nie od dziś wiadomo, że kiepskie produkcje powstają, ponieważ komuś nie chciało się pracować. Bo wolał, na przykład, spędzić weekend z rodziną, zamiast pisać kod, tworzyć poziomy lub pracować nad strategią marketingową. Takie myślenie jest szkodliwe! Nigdy nie ukrywałem tego, że swoim portfelem wolałem wspierać produkty, które zbytnio nie obciążają mojego sumienia. Z produktów Acitivision-Blizzard zrezygnowałem, ponieważ nie godzę się na to, w jaki sposób traktują ludzi.

Komentarz pod moim tekstem na DailyWeb

Wiem, że my, konsumenci, niespecjalnie lubimy, gdy przypomina nam się o odpowiedzialności za świat, w którym żyjemy. Drażni nas świadomość tego, że produkty, z których korzystamy, mogły zostać stworzone bez szacunku dla ludzkiego życia. To bardzo niewygodna prawda. Lepiej zamknąć oczy i nie zwracać na to uwagi. Bawić się. Mam wrażenie, że ten ostatni aspekt najmocniej działa w przypadku gier komputerowych. To forma rozrywki i ma odrywać od świata, a przypominanie o jej politycznym, ekonomicznym i społecznym wymiarze budzi niepotrzebne wątpliwości. Mimo to uważam, że trzeba to robić. W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi i nikt nie chce być wyzyskiwany. Chciałbym, żebyśmy z większą świadomości pochodzili do naszej codziennej konsumpcji. Nie tylko tej przy kasie, ale także tej dotyczącej cyfrowej rozrywki.

Page 3 of 5

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén