Tag: literatura polska (Page 1 of 9)

Strzał w pysk

Och, ten nieznośny Szczerek! Zamiast posypać głowę popiołem, przestać konstruować alternatywne wizje Polski i tym samym kalać to co najważniejsze, czyli Polskość przez największe PE, on znowu to robi. Ponownie! Bezczelnie! Jego ostatnia książka, Cham z kulą w głowie, jest niczym innym jak bolesnym uderzeniem w fantazmaty, które z taką pieczołowitością kładzie nam do głów edukacja. Ziemowit Szczerek, ten prozatorski walec, w swojej wizji zadaje pytanie o granice ludzkiego skurwysyństwa. A później bierze się za demontaż mechanizmów politycznej propagandy.

Na dodatek czyni to wszystko pod – nomen omen – płaszczem powieści kryminalnej! Niby w Chamie z kulą w głowie najważniejsze jest śledztwo, to ono stanowi motor fabuły. Prowadzi czytelnika przez meandry alternatywnej wizji Polski, ale to tylko zasłona dymna. Miły skrót, piękne udowodnienie, że Ziemowitowi Szczerkowi, jako pisarzowi, nieobce są formy literatury popularnej. Wielokrotnie, w narracyjnych momentach, wręcz nawiązuje do reguł powieści kryminalnej, tylko po to, aby potem je kompletnie rozwalić. Pokazać, że każdy gatunek ma swoje granice, łatwe do rozsadzenia, ale dużą sztuką jest takie użycie popularnej formy, aby opowiadała o mało popularnych rzeczach.

Skoro nie o śledztwie, to o czym jest Cham z kulą w głowie? Jest o pragnieniu władzy, tak obezwładniającym, że aż trudnym do zniesienia. Pokazuje świat ukuty z politycznej propagandy, w którym nierówności smutno piszczą na dolne drabiny społeczeństwa. Najczęściej są to ludzie uciskani ze wszystkich stron, złapani w pułapkę nienaruszalnego porządku klasowego, co tak naprawdę jest przebraną pałą aparatu ucisku, który chętnie pokazuje ludziom, gdzie jest ich miejsce. Ziemowit Szczerze, w swojej powieści, zachęca do częstszego spoglądania w kierunku ludzi wymierzających kolejne ciosy, do wsłuchiwania się w ich słowa i ich dekonstruowania. Świat w Chamie z kulą w głowie jest oparty na ciągle modyfikowanych kłamstwach, obtaczanych w propagandzie i dystrybuowanych za pomocą różnego rodzaju mediów. Prawdą jest to, co pojawi się we wspieranej przez aparat opresji gazecie. Pozostali kłamią, a jeśli jeszcze nie przeprosili, to wkrótce im się te usta zamknie.

Cham z kulą w głowie idealnie trafia na specyficzny okres w Polskiej historii współczesnej. Już nie tej alternatywnej, tylko tej, w której wszyscy uczestniczymy. Ziemowit Szczerek precyzyjnie punktuje niebezpieczeństwa świata opartego na agresywnym i ciągłym poszukiwaniu wroga. Prezentuje przerażającą prostotę mechanizmu wskazywania tego gorszego, nie stroni przy tym od opisania konsekwencji takich podziału. W efekcie Cham z kulą w głowie nie jest radosną książką. To gorzka historia o świecie, w którym totalitaryzm dalej ma się dobrze, tylko wcześniej przebrał się w ciuszki uśmiechniętego i ratującego Naród polityka. Warto sięgnąć po ten tytuł, ale trzeba przy tym pamiętać, że autor brutalnie wali po ryju i zmusza do myślenia poprzedzonego obserwacjami!

Charakterna narracja

Polska literatura grozy ma to siebie, że nie zawsze jest w stanie oczarować czytelnika. Warto także pamiętać o tym, że odbiorcy tego gatunku często zaczytują się w powieściach Stephena Kinga. To właśnie na postawie powieści tego autora odbiorcy budują system oczekiwań wobec popliterackich horrorów oraz thrillerów. Mogliby poczytać Stefana Grabińskiego i zobaczyć, że można sięgać w kierunku metafizyki w mniej bezpośredni sposób. Ale czasy są, jakie są, literatura Stephena Kinga jest rozpoznawalna i kształtuje gusta. Ani to dobrze, ani źle, tak po prostu jest.

Co nie oznacza, że nasi pisarze nie próbują wykorzystać rozpoznawalnego przez czytelników schematu. Od razu zaznaczę, że proza Łukasza Orbitowskiego jest tutaj kiepskim przykładem. Autor cudownego Kultu oraz wciągającego Exodusu w swojej wcześniejszej twórczości wyraźnie nawiązuje do konstrukcji świata podobnej do tej z powieści Stefana Grabińskiego. Po schemat Stephena Kinga chętniej sięga Artur Urbanowicz w powieści Inkub. Akcja rozgrywa się na Suwalszczyźnie, w niewielkiej miejscowości Jodoziory. Nie oczekujcie przaśnej wsi i chłopomanii rodem z Młodej Polski. Artur Urbanowicz wykorzystuje przestrzeń pozamiejską do straszenia. Na jej przykładzie pokazuje, że peryferia mają swoje mroczne tajemnice i niewiele osób przejmuje się ludźmi, którzy tam mieszkają.

Inkub jest powieścią napisaną w porządnym, wciągającym rytmie. Jest książką, z którą trzeba uważać! Gdy już narracja wessie czytelnika, to trudno się od niej oderwać. Konstrukcja fabuły przypomniała mi układy wątków, które znam z powieści Stephena Kinga. Szczególnie z tych ostatnich, czyli z Outsidera lub Instytutu. Pojawia się tajemnicza postać, a wokół niej zaczynają się dziać niepokojące rzeczy. Jej wpływ działa wręcz destrukcyjnie na okolicznych mieszkańców. Chorują, wariują, zaczynają się nawzajem mordować. Oczywiście ludzie próbują racjonalizować te wydarzenia, doszukują się przyziemnych wytłumaczeń. Co prowadzi do ich zguby, sprawia, że nie dostrzegają zbliżającego się niebezpieczeństwa. Aż pojawia się ktoś, kto zaczyna drążyć i dostrzega misterną intrygę. Tej strukturze najbliżej do Outsidera Stephena Kinga. Tam również pojawia się tajemnicza postać powodująca brzemienne w skutkach zamieszanie.

Mocną stroną powieści Artura Urbanowicza są charaktery. Silne, wyraziste, mające własne motywacje, a także indywidualne języki. Często związane z wykonywaną profesją lub wcześniejszymi doświadczeniami. Co sprawia, że fabuła staje się nasycona różnymi głosami. A w przypadku powieści grozy szczególnie ważne jest to, aby częściej do czytelnika zwracały się postacie. Narrator, jeśli nie bierze bezpośredniego udziału w akcji, powinien pozostać na trzecim planie i służyć jedynie pomocą w zorientowaniu się w przestrzeni i wydarzeniach. Przyznaję, że to doskonale widać w Inkubie, gdzie narracja spleciona została z wielu różnych nitek nawiązujących do odmiennych wątków.

Inkub to porządna literatura. Ciekawa i warta lektury. Książka zdecydowanie nie zawiedzie miłośników popkulturowej grozy. Pozostali na pewno zostaną do ostatniego zdania, ponieważ będą chcieli poznać zakończenie. Artur Urbanowicz się nie spieszy, powoli prowadzi odbiorcę po meandrach ciekawej narracji.

Kryminalny brak zaskoczenia

Wróciłem na stare śmieci! Już dawno nie czytałem kryminału i muszę przyznać, że powrót do tej dobrze mi znajomej formy literatury, był nad wyraz przyjemny. Wystarczyło mi kilka wieczorów, abym dotarł do końca. Było w tej powieści wszystko to, do czego przyzwyczaiły mnie opowieści o detektywach, dlatego nie mogę napisać, że się rozczarowałem. Tekst, który wpadł mi w ręce trudno mi określić jako wyjątkowo wybitny. Po prostu został napisany zgodnie z aktualnymi wytycznymi formy, jaką jest powieść kryminalna. O jakiej książce piszę?

Te wszystkie zdania idealnie opisują Grób, którego autorem jest Max Czornyj. Nie czytałem poprzedniej książki tego pisarza, był to mój pierwszy kontakt z jego prozą. Udany. Od pierwszego zdania nie oczekiwałem żadnych zaskoczeń. Chciałem przeczytać kryminał zrealizowany według zasad gatunki i to otrzymałem. Warto zaznaczyć, że Grób nie jest klasyczną powieścią detektywistyczną z wariacją Sherlocka Holmesa, ale postnowoczesną pogonią za mordercą. Obowiązkowo z dwójką bohaterów, z mocną postacią kobiecą i brutalnymi scenami tortur. Myślę, że Grób stanowi połączenie wątków, z którymi zetknąłem się w Millenium oraz w tetralogii Katarzyny Bondy. Wtórność? Nie, w żadnym wypadku.

Raczej jest to doskonałe zrozumienie, w jakim momencie historycznym znajduje się obecnie powieść kryminalna. Gatunek znany i lubiany, mający swoich autorów nadających ton formie oraz takich, którzy dobrze poruszają się wewnątrz nowy reguł. Max Czornyj należy do tej drugiej grupy. W Grobie nie ma absolutnie żadnej gry z formą lub narracja. Jest za to solidna, porządnie napisana proza, która chwilami odrobinę się rozpada. Słabością tej powieści są fragmenty wyraźnie zmierzające w kierunku romansu. Relacja dwójki bohaterów jest zbyt wyreżyserowana, często miałem wrażenie, że jest wciskania na siłę do fabuły, tylko po to, aby stworzyć nową warstwę interpretacji dla charakterów. Tak samo jak rozbudowane opisy jedzenia lub stroju, oczywiście w dużej mierze dotyczą pary napędzającej historię. Z mojej perspektywy było to zbędne, kompletnie nic nie wnosiło do samej historii.

Tej zbędności w Grobie jest niewiele. Na szczęście. Pozostałe akapity mają dobry rytm, prowadzą od tropu do tropu, a samo zakończenie ma niezły zwrot akcji. Max Czornyj radzi sobie z powieścią kryminalną dobrze, ale jeszcze lepiej wyczuwa potrzeby odbiorców, szczególnie miłośników tego gatunku. Takie osoby zabiera w podróż przez znajome krajobrazy, nie stara się odkryć nowej ścieżki, tylko realizuje to, co już się sprawdziło i złapało uwagę czytelników. Czy to źle? Nie sądzę. Literatura popularna to w dużej mierze ciągłe odlewanie treści w dobrze ukształtowanych formach. Trzeba mieć dryg do tego, aby zaprezentować nowe możliwości gatunku i nie każdy, powinien to robić.

Dlatego uważam, że podstawowym plusem Grobu jest awersja do formalnych eksperymentów. To jest powieść gwarantująca zabawę, a czasem dreszczyk przerażenia. Nic więcej. Na pewno ten tekst przykuwa uwagę, ale nie sądzę, abym do niego wracał przy jakichkolwiek rozważaniach o literaturze popularnej.

Efemeryczne doświadczenia

Po kryminałach stwierdziłem, że czas poczytać inna prozę. Coś mniej naładowanego detektywami, morderstwami i zbieraniem śladów. Mój wybór padł na Psy ras drobnych Olgi Hund. Niezwykle nietypowy opis pobytu w szpitalu psychiatrycznych na oddziale kobiecym. W tej powieści nie ma absolutnie nic z tego, co zostało w mi głowie po lekturze i obejrzeniu Lotu nad kukułczym gniazdem. Olga Hund zabiera czytelnika w podróż do zupełnie innego świata, do alternatywnej rzeczywistości.

Po lekturze Psów ras drobnych zostało ze mną wrażenie efemeryczności świata przedstawionego. Narracja skupiona jest wokół wrażenie, spostrzeżeń oraz przeżyć, których doświadcza autorka. Są to krótkie opisy, szybkie doświadczenia w społeczności kobiet. Innych, nietypowych, określanych jako niedostosowanych do życia w normalnej codzienności. Psy ras drobnych ukazują je w szpitalnej rutynie, w zamknięciu oraz izolacji. Powieść opisuje relacje pomiędzy nimi, ich problemy oraz to jak radzą sobie nie tyle z chorobą, co z własnym towarzystwem. Olga Hund zaprasza czytelników do świata, którego na co dzień nie oglądają. Zamkniętego za szpitalnymi murami, skrzętnie ukrytym przez wzrokiem przechodniów.

Nie szukajcie w tej powieści romantyzmu, uniesień nad chorobą, traktowaniem jej jako czegoś, co wyróżnia ludzi. Olga Hund woli podejście brutalne, wręcz naturalistyczne. Opisuje to, co dzieje z ciałem pod wpływem leków mających na celu ustabilizować zdrowie psychiczne. A później zderza czytelnika z codziennością na oddziale. Z kradzieżami mydła i gazet, z rozmowami pomiędzy pajetami, z ich zwierzeniami oraz wizytami bliskich. Wszystko to jest zapisywane w formie krótkiego wrażenia, przez co narracja zbudowana jest w oparciu o chwilowość, ulotność doświadczenia. Przeczytanie ostatniej krótkie historii pozostało mnie z wrażeniem efemeryczności codzienności w szpitalu psychiatryczny.

Myślę, że to także wynika z ciągłego zderzania wrażeń ze światem zewnętrznym. W końcu szpitale psychiatryczne stanowią odcięte od codziennej rzeczywistości instytucje. Działają według własnego porządku, posiadają jasno określone reguły, których muszą przestrzegać chorzy. Właśnie tej rutyny jest najwięcej w Psach ras drobnych. Co nie sprawia, że książka jest nudna! Wprost przeciwnie! Narracja pełna jest różnych emocji. Znajdzie się w niej miejsce na mroczne załamania, a także na wybuchy czystej i szczerej radości. Olga Hund zagwarantowała odbiorcy spektum wrażeń, które zamknęła w pigułkach. Łatwo je połknąć, ale warto obserwować ich wpływ na postrzeganie świata. Na widzenie codzienności, na rutynę, która tak przeraża współczesnych, a wcale nie musi być czymś złym.

Psy ras drobnych to piekielnie ciekawa powieść. Z porozrywaną narracją, z fabułą utkaną z emocji oraz osobistych doświadczeń. Olga Hund nie potrzebuje żadnych ozdobników, aby ukazać specyfikę szpitalnej codzienności. Woli skoncentrować się na wrażeniach, na ich ulotność. Co tylko podnosi wartość i znaczenie jej prozy.

Więzienie bezwładu

Szukacie snującej się narracji? Koniecznie sięgnijcie po Sonnenberg Krzysztofa Vargi. Książka ma głównego bohatera, wyrazistą fabułę, a także kilka ciekawych zwrotów akcji. Na dodatek w opowiadaniu jest coś onirycznego. Jakby rzeczywistość stawała się coraz bardziej rozmyta wraz z rozwojem wydarzeń. Atmosfera staje się duszna, a ostatnie zdania przynoszą długo wyczekiwaną ulgę. Zamknięcie Sonneberga jest moment uwolnienia nagromadzonego napięcia. Wyjaśnienia wszystkich naszkicowanych tajemnic. Krzysztof Varga stworzył przepiękną książkę.

Akcja rozgrywa się Budapeszcie. W tle znajdują się protesty, skomplikowana sytuacja polityczna oraz różnego rodzaju historyczne konfliktu. Krzysztof Varga wspaniale oprowadza czytelnika po stolicy Węgrzech, nawet zabiera w krótką podróż do mniejszej miejscowości. Wszystko po to, aby doskonale nakreślić miejsce wydarzeń. Miasto jest widziane oczyma głównego bohatera Andrása, badacza literatury austriackiej, niespełnionego pisarza. To indywidualne postrzegania nadaje wyrazu miejscom. Dla narracji kluczowe jest jednostkowe widzenie miejsc, kojarzenia ich z doświadczeniami. Tutaj rozpoczyna się powolne budowania dusznej atmosfery mieszkań, ulic oraz knajp. Wszystkie relacje pomiędzy postaciami naznaczone zostają specyficznym rozmyciem. Wynika to z pierwszoosobowej narracji, z niezdecydowania głównego bohatera, z jego nawyku do życia z rozpędu.

Sonneberg to także opowieść o więzieniu. O klatce zbudowanej z własnych zaniechać i ucieczek od wszelkiej odpowiedzialności. Główny bohater po prostu trwa, jego egzystencję trudno nazwać życiem, to wegetacja, unikanie konfrontacji za wszelką cenę. Budapeszt, w tym ujęciu, przestaje być bezpieczną przestrzenią. Jest celą, w której ściany wyłożono miękkim i przyjemnym materiałem. Stąd bierze się niechęć głównego bohatera do opuszczenia wyrobionej codzienności. Poczucie bezpieczeństwa jest dla niego najważniejsze, nawet jeżeli ceną jest całkowite unikanie wszelkich przejawów życia. Powieść, z każdym przeczytanym rozdziałem, staje się coraz bardziej wciągająca, ponieważ bohater zostaje zmuszony do opuszczenia swojej celi. W ostatnich zdaniach konfrontuje się z życiem, ze swoimi koszmarami i postanawia spełnić swoje największe pragnienie.

Krzysztof Varga mistrzowsko poprowadził narrację. Zbudował opowieść pełną drobnych, delikatnych wskazówek, co do natury głównego bohatera. Niczego nie podał wprost, przez co czytanie tej powieści wymaga sporo uwagi. Nagrodą jest dostrzeżenie wszelkich wahań oraz ucieczek głównego bohatera. Sonnenberg to oniryczna i duszna historia o konfrontacji z rzeczywistością, która przez cały czas domaga się uwagi. Zapewniam, że zamknięta w narracji melancholia udziela się czytelnikowi, zostaje na dłużej. Tak samo jak niektóre, piekielnie wyraziste, obrazy z powieści.

Warto sięgnąć po Sonnenberg Krzysztofa Vargi. To solidna porcja mistrzowsko napisanej literatury.

Page 1 of 9

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén