Tag: literatura polska (Page 1 of 9)

Precyzja opowieści

Ostatnio narzekałem na literaturę, a konkretnie na rozmemłanie niektórych tekstów. To dzisiaj będzie tekst pochwalny! Bo nie wszystkie ostatnio przeczytane książki były rozczarowaniem. Na szczęście, szczególnie w tych trudnych do zniesienia czasach. O twórczości Artura Urbanowicza już raz pisałem, ostatni tekst dotyczył Inkuba. To był kawał porządnej powieści i warto podkreślić, że najnowszy tytuł tego autora w niczym jej nie ustępuje. Paradoks oczarowuje solidnie napisaną narracją, a także porządnie utkaną fabułą. Sądzę, że jedyną kwestią sporną może być zakończenie.

Rozumiem, czym było to podyktowanie. Uważam, że jest świetnie związane z linią narracyjną poprowadzoną w powieści. Nie będę nic zdradzał, spokojnie, swoją uwagę skoncentruję na innych elementach. Przede wszystkim interesuję mnie sposób tworzenia świata przedstawionego oraz interesujące podejście autora do rozbudowywania doświadczeń postaci. Ta dwa aspekty są ze sobą silnie związane, z tego, co pamiętam. to w Inkubie również były kluczowe. Paradoks mocniej koncentruje się na postaci głównego bohatera. Matematyka opętanego nie tylko przez perfekcjonizm, ale także przez poczucie winy. Na dodatek jest prześladowany przez swojego sobowtóra! Gdy dotarłem do momentu prezentacji podstawowych elementów powieści, to nastawiałem się na popkulturowe opowiadanie o Doppelgängerze.

Nie miałem nic przeciwko wykorzystaniu tego motywu, ponieważ w tym roku się już z nim zderzyłem. W serialu Curon. Przyznaję, że Artur Urbanowicz bardzo mnie zaskoczył.

Głównie za sprawą konstrukcji świata przedstawionego. Autor sprytnie rozrzuca różne wskazówki, doskonale operuje uwagą odbiorcy. Zostawia drobiazgi, które pozornie są nieistotne, a wraz z rozwojem fabuły zaczynają stawać się coraz ważniejsze. Rewelacyjne jest to, że narracja w Pradoksie nie jest ani przypadkowa, ani marnie napisania, ani przesadnie rozwodniona. Zawsze, gdy trzymam w rękach tom mający więcej, niż 200 stron, to obawiam się, że twórca będzie próbował mnie zaczarować przydługimi opisany przyrody. Artur Urbanowicz stawia na konkret. Na solidne prowadzenia narracji. Dba o związki przyczynowo-sktutkowe i starannie unika korzystania z rozwiązania znanego jako Deus ex machina.

W Paradoksie na próżno szukać gwałtownych zwrotów akcji spowodowanych nadprzyrodzonymi siłami. To jest cudownie precyzyjna powieść, od pierwszego do ostatniego słowa oparta na pozbawionej niestarannych przypadków narracji.

Może się wydawać, że w takiej strukturze nie ma miejsca na porządne, wielowymiarowe postacie. Błąd. Artur Urbanowicz w Paradoksie wprowadza interesujące charaktery. Z odrębnymi motywacjami, często pochodzące z różnych warstw społecznych. Odważnie gra stereotypami, prezentując zarówno studentów matematyki jak i medycyny. Autor świetnie rozumie, jak powstają takie uproszczenia, po co istnieją i jak można je ładnie zdemontować. Co przekłada się zmiany w postrzeganiu wielu postaci.

Jako odbiorca zaczynałem od zaprezentowanego uproszczenia, skrzętnie opakowanego stereotypu, a potem, wraz z rozwojem fabuły, ta forma zaczynała się zmieniać. Postać stopniowo nabierała głębi.

Gorąco polecam. Nie tylko miłośnikom powieści grozy.

Marne wykończenia

W literaturze drażni mnie rozbełtanie. Często objawiające się przez próby opowiedzenia wielowątkowej i wieloaspektowej historii. Oczywiście, że ten rodzaj narracji ma swoich fanów. Takie kluczenie, pozorne balansowanie fabuły bywa określane jako efemeryczne. Wtedy wskazuje się na wyjątkowy artyzm, interesujące zestawienia sensów oraz rozbudowane metafory dające wielość odczytań. Rozumiem, że można tak patrzeć na literaturę, że można dostrzegać plusy takiego sposobu opowiadania. Akceptuję to, ale nie godzę się na nazywanie takich realizacji wyjątkowymi.

Metafory wcale nie służą temu, żeby rozbełtywać opowiadanie. Efemeryczność narracji wcale nie musi wiązać się z całkowitym rozmemłaniem świata przedstawionego. Serio, weźcie do ręki Pozwól rzece płynąć Michała Cichego. Specyficzny rytm narracji po prostu wciąga, na dodatek sama historia nie jest przesycony różnymi, często zbędnymi, artystycznymi wtrętami. W przypadku tego tytułu forma jest idealnie dopasowania do zawartości lub zawartość do formy. Niezależnie od perspektywy warto wskazać na cudowne rozumienie rytmu opowieści oraz wyjątkową umiejętność splatania sensów.

Pozwól rzecze płynąć to dowód na to, że efemeryczność narracji, wcale nie oznacza całkowitego rozmycia fabuły. Da się opowiedzieć coś ciekawego, korzystając ze specyficznej, dusznej atmosfery literatury nasyconej znaczeniami.

Czemu się tak czepiam? Co to w ogóle za wycieczka w przeszłość i odkopywanie starych lektur? Niedawno skończyłem Imperium chmur Jacka Dukaja i już dawno nie widziałem tak doskonałego przykładu rozbełtanej, mdłej i nużącej zawartości opakowanej w szykowną, artystyczną formę. Ileż tam wątków! Inspiracji! Odniesień do Lalki, wyjątkowego dzieła, którego nigdy nie mogłem ścierpieć, ale ceniłem za ciekawe diagnozy społeczne. I niech sobie będzie ta intertekstualność, niech mocno siedzi w strukturze Imperium chmur inspiracja Bolesławem Prusem. Tylko dlaczego treść musi być tak rozbełtana? Przeskakiwanie pomiędzy wątkami, porozwalane nici narracji, brak stabilnej osi fabularnej. Pewnie zaraz znajdzie się ktoś, kto mi powie, że chuja się tam znam, w życiu książki na oczy nie widziałem, a o literaturze piszę.

Nie do mnie tak, nie do mnie! Pierwszy będę stał za metodą opowiadania, jaką zaprezentował Brunon Schulz w genialnych Sklepach cynamonowych. Tylko że tam, pomimo wszechobecnego oniryzmu, istniały pewne dominanty scalające opowieść. Bo to była przemyślana twórczość, od pierwszej do ostatniej litery.

Nikt mnie nie przekona do tego, że Imperium chmur miało być właśnie takie porozwalane, bo jednym z tematów powieści jest nieumiejętność znalezienia odpowiedniego kontekstu. Podobnie jak w Między słowami, tylko gorzej zrealizowane. Ale wróćmy do literatury. Jeśli zachwyca Was najnowsza powieść Jacka Dukaja, widzicie w niej same plusy, to weźcie Baskijskiego diabła Zygmunta Haupta.

Przeczytajcie, zobaczcie, jak należy pleść narracyjne gobeliny, a potem wróćcie do Imperium chmur. Ja, patrząc z tej perspektywy, widzę jedynie nieudolnie poskładaną, na dodatek mierną narrację. Mało sztuki, dużo marnej wykończeniówki próbującej przykryć niedociągnięcia.

Strzał w pysk

Och, ten nieznośny Szczerek! Zamiast posypać głowę popiołem, przestać konstruować alternatywne wizje Polski i tym samym kalać to co najważniejsze, czyli Polskość przez największe PE, on znowu to robi. Ponownie! Bezczelnie! Jego ostatnia książka, Cham z kulą w głowie, jest niczym innym jak bolesnym uderzeniem w fantazmaty, które z taką pieczołowitością kładzie nam do głów edukacja. Ziemowit Szczerek, ten prozatorski walec, w swojej wizji zadaje pytanie o granice ludzkiego skurwysyństwa. A później bierze się za demontaż mechanizmów politycznej propagandy.

Na dodatek czyni to wszystko pod – nomen omen – płaszczem powieści kryminalnej! Niby w Chamie z kulą w głowie najważniejsze jest śledztwo, to ono stanowi motor fabuły. Prowadzi czytelnika przez meandry alternatywnej wizji Polski, ale to tylko zasłona dymna. Miły skrót, piękne udowodnienie, że Ziemowitowi Szczerkowi, jako pisarzowi, nieobce są formy literatury popularnej. Wielokrotnie, w narracyjnych momentach, wręcz nawiązuje do reguł powieści kryminalnej, tylko po to, aby potem je kompletnie rozwalić. Pokazać, że każdy gatunek ma swoje granice, łatwe do rozsadzenia, ale dużą sztuką jest takie użycie popularnej formy, aby opowiadała o mało popularnych rzeczach.

Skoro nie o śledztwie, to o czym jest Cham z kulą w głowie? Jest o pragnieniu władzy, tak obezwładniającym, że aż trudnym do zniesienia. Pokazuje świat ukuty z politycznej propagandy, w którym nierówności smutno piszczą na dolne drabiny społeczeństwa. Najczęściej są to ludzie uciskani ze wszystkich stron, złapani w pułapkę nienaruszalnego porządku klasowego, co tak naprawdę jest przebraną pałą aparatu ucisku, który chętnie pokazuje ludziom, gdzie jest ich miejsce. Ziemowit Szczerze, w swojej powieści, zachęca do częstszego spoglądania w kierunku ludzi wymierzających kolejne ciosy, do wsłuchiwania się w ich słowa i ich dekonstruowania. Świat w Chamie z kulą w głowie jest oparty na ciągle modyfikowanych kłamstwach, obtaczanych w propagandzie i dystrybuowanych za pomocą różnego rodzaju mediów. Prawdą jest to, co pojawi się we wspieranej przez aparat opresji gazecie. Pozostali kłamią, a jeśli jeszcze nie przeprosili, to wkrótce im się te usta zamknie.

Cham z kulą w głowie idealnie trafia na specyficzny okres w Polskiej historii współczesnej. Już nie tej alternatywnej, tylko tej, w której wszyscy uczestniczymy. Ziemowit Szczerek precyzyjnie punktuje niebezpieczeństwa świata opartego na agresywnym i ciągłym poszukiwaniu wroga. Prezentuje przerażającą prostotę mechanizmu wskazywania tego gorszego, nie stroni przy tym od opisania konsekwencji takich podziału. W efekcie Cham z kulą w głowie nie jest radosną książką. To gorzka historia o świecie, w którym totalitaryzm dalej ma się dobrze, tylko wcześniej przebrał się w ciuszki uśmiechniętego i ratującego Naród polityka. Warto sięgnąć po ten tytuł, ale trzeba przy tym pamiętać, że autor brutalnie wali po ryju i zmusza do myślenia poprzedzonego obserwacjami!

Charakterna narracja

Polska literatura grozy ma to siebie, że nie zawsze jest w stanie oczarować czytelnika. Warto także pamiętać o tym, że odbiorcy tego gatunku często zaczytują się w powieściach Stephena Kinga. To właśnie na postawie powieści tego autora odbiorcy budują system oczekiwań wobec popliterackich horrorów oraz thrillerów. Mogliby poczytać Stefana Grabińskiego i zobaczyć, że można sięgać w kierunku metafizyki w mniej bezpośredni sposób. Ale czasy są, jakie są, literatura Stephena Kinga jest rozpoznawalna i kształtuje gusta. Ani to dobrze, ani źle, tak po prostu jest.

Co nie oznacza, że nasi pisarze nie próbują wykorzystać rozpoznawalnego przez czytelników schematu. Od razu zaznaczę, że proza Łukasza Orbitowskiego jest tutaj kiepskim przykładem. Autor cudownego Kultu oraz wciągającego Exodusu w swojej wcześniejszej twórczości wyraźnie nawiązuje do konstrukcji świata podobnej do tej z powieści Stefana Grabińskiego. Po schemat Stephena Kinga chętniej sięga Artur Urbanowicz w powieści Inkub. Akcja rozgrywa się na Suwalszczyźnie, w niewielkiej miejscowości Jodoziory. Nie oczekujcie przaśnej wsi i chłopomanii rodem z Młodej Polski. Artur Urbanowicz wykorzystuje przestrzeń pozamiejską do straszenia. Na jej przykładzie pokazuje, że peryferia mają swoje mroczne tajemnice i niewiele osób przejmuje się ludźmi, którzy tam mieszkają.

Inkub jest powieścią napisaną w porządnym, wciągającym rytmie. Jest książką, z którą trzeba uważać! Gdy już narracja wessie czytelnika, to trudno się od niej oderwać. Konstrukcja fabuły przypomniała mi układy wątków, które znam z powieści Stephena Kinga. Szczególnie z tych ostatnich, czyli z Outsidera lub Instytutu. Pojawia się tajemnicza postać, a wokół niej zaczynają się dziać niepokojące rzeczy. Jej wpływ działa wręcz destrukcyjnie na okolicznych mieszkańców. Chorują, wariują, zaczynają się nawzajem mordować. Oczywiście ludzie próbują racjonalizować te wydarzenia, doszukują się przyziemnych wytłumaczeń. Co prowadzi do ich zguby, sprawia, że nie dostrzegają zbliżającego się niebezpieczeństwa. Aż pojawia się ktoś, kto zaczyna drążyć i dostrzega misterną intrygę. Tej strukturze najbliżej do Outsidera Stephena Kinga. Tam również pojawia się tajemnicza postać powodująca brzemienne w skutkach zamieszanie.

Mocną stroną powieści Artura Urbanowicza są charaktery. Silne, wyraziste, mające własne motywacje, a także indywidualne języki. Często związane z wykonywaną profesją lub wcześniejszymi doświadczeniami. Co sprawia, że fabuła staje się nasycona różnymi głosami. A w przypadku powieści grozy szczególnie ważne jest to, aby częściej do czytelnika zwracały się postacie. Narrator, jeśli nie bierze bezpośredniego udziału w akcji, powinien pozostać na trzecim planie i służyć jedynie pomocą w zorientowaniu się w przestrzeni i wydarzeniach. Przyznaję, że to doskonale widać w Inkubie, gdzie narracja spleciona została z wielu różnych nitek nawiązujących do odmiennych wątków.

Inkub to porządna literatura. Ciekawa i warta lektury. Książka zdecydowanie nie zawiedzie miłośników popkulturowej grozy. Pozostali na pewno zostaną do ostatniego zdania, ponieważ będą chcieli poznać zakończenie. Artur Urbanowicz się nie spieszy, powoli prowadzi odbiorcę po meandrach ciekawej narracji.

Kryminalny brak zaskoczenia

Wróciłem na stare śmieci! Już dawno nie czytałem kryminału i muszę przyznać, że powrót do tej dobrze mi znajomej formy literatury, był nad wyraz przyjemny. Wystarczyło mi kilka wieczorów, abym dotarł do końca. Było w tej powieści wszystko to, do czego przyzwyczaiły mnie opowieści o detektywach, dlatego nie mogę napisać, że się rozczarowałem. Tekst, który wpadł mi w ręce trudno mi określić jako wyjątkowo wybitny. Po prostu został napisany zgodnie z aktualnymi wytycznymi formy, jaką jest powieść kryminalna. O jakiej książce piszę?

Te wszystkie zdania idealnie opisują Grób, którego autorem jest Max Czornyj. Nie czytałem poprzedniej książki tego pisarza, był to mój pierwszy kontakt z jego prozą. Udany. Od pierwszego zdania nie oczekiwałem żadnych zaskoczeń. Chciałem przeczytać kryminał zrealizowany według zasad gatunki i to otrzymałem. Warto zaznaczyć, że Grób nie jest klasyczną powieścią detektywistyczną z wariacją Sherlocka Holmesa, ale postnowoczesną pogonią za mordercą. Obowiązkowo z dwójką bohaterów, z mocną postacią kobiecą i brutalnymi scenami tortur. Myślę, że Grób stanowi połączenie wątków, z którymi zetknąłem się w Millenium oraz w tetralogii Katarzyny Bondy. Wtórność? Nie, w żadnym wypadku.

Raczej jest to doskonałe zrozumienie, w jakim momencie historycznym znajduje się obecnie powieść kryminalna. Gatunek znany i lubiany, mający swoich autorów nadających ton formie oraz takich, którzy dobrze poruszają się wewnątrz nowy reguł. Max Czornyj należy do tej drugiej grupy. W Grobie nie ma absolutnie żadnej gry z formą lub narracja. Jest za to solidna, porządnie napisana proza, która chwilami odrobinę się rozpada. Słabością tej powieści są fragmenty wyraźnie zmierzające w kierunku romansu. Relacja dwójki bohaterów jest zbyt wyreżyserowana, często miałem wrażenie, że jest wciskania na siłę do fabuły, tylko po to, aby stworzyć nową warstwę interpretacji dla charakterów. Tak samo jak rozbudowane opisy jedzenia lub stroju, oczywiście w dużej mierze dotyczą pary napędzającej historię. Z mojej perspektywy było to zbędne, kompletnie nic nie wnosiło do samej historii.

Tej zbędności w Grobie jest niewiele. Na szczęście. Pozostałe akapity mają dobry rytm, prowadzą od tropu do tropu, a samo zakończenie ma niezły zwrot akcji. Max Czornyj radzi sobie z powieścią kryminalną dobrze, ale jeszcze lepiej wyczuwa potrzeby odbiorców, szczególnie miłośników tego gatunku. Takie osoby zabiera w podróż przez znajome krajobrazy, nie stara się odkryć nowej ścieżki, tylko realizuje to, co już się sprawdziło i złapało uwagę czytelników. Czy to źle? Nie sądzę. Literatura popularna to w dużej mierze ciągłe odlewanie treści w dobrze ukształtowanych formach. Trzeba mieć dryg do tego, aby zaprezentować nowe możliwości gatunku i nie każdy, powinien to robić.

Dlatego uważam, że podstawowym plusem Grobu jest awersja do formalnych eksperymentów. To jest powieść gwarantująca zabawę, a czasem dreszczyk przerażenia. Nic więcej. Na pewno ten tekst przykuwa uwagę, ale nie sądzę, abym do niego wracał przy jakichkolwiek rozważaniach o literaturze popularnej.

Page 1 of 9

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén