Tag: literatura polska (Page 2 of 9)

Efemeryczne doświadczenia

Po kryminałach stwierdziłem, że czas poczytać inna prozę. Coś mniej naładowanego detektywami, morderstwami i zbieraniem śladów. Mój wybór padł na Psy ras drobnych Olgi Hund. Niezwykle nietypowy opis pobytu w szpitalu psychiatrycznych na oddziale kobiecym. W tej powieści nie ma absolutnie nic z tego, co zostało w mi głowie po lekturze i obejrzeniu Lotu nad kukułczym gniazdem. Olga Hund zabiera czytelnika w podróż do zupełnie innego świata, do alternatywnej rzeczywistości.

Po lekturze Psów ras drobnych zostało ze mną wrażenie efemeryczności świata przedstawionego. Narracja skupiona jest wokół wrażenie, spostrzeżeń oraz przeżyć, których doświadcza autorka. Są to krótkie opisy, szybkie doświadczenia w społeczności kobiet. Innych, nietypowych, określanych jako niedostosowanych do życia w normalnej codzienności. Psy ras drobnych ukazują je w szpitalnej rutynie, w zamknięciu oraz izolacji. Powieść opisuje relacje pomiędzy nimi, ich problemy oraz to jak radzą sobie nie tyle z chorobą, co z własnym towarzystwem. Olga Hund zaprasza czytelników do świata, którego na co dzień nie oglądają. Zamkniętego za szpitalnymi murami, skrzętnie ukrytym przez wzrokiem przechodniów.

Nie szukajcie w tej powieści romantyzmu, uniesień nad chorobą, traktowaniem jej jako czegoś, co wyróżnia ludzi. Olga Hund woli podejście brutalne, wręcz naturalistyczne. Opisuje to, co dzieje z ciałem pod wpływem leków mających na celu ustabilizować zdrowie psychiczne. A później zderza czytelnika z codziennością na oddziale. Z kradzieżami mydła i gazet, z rozmowami pomiędzy pajetami, z ich zwierzeniami oraz wizytami bliskich. Wszystko to jest zapisywane w formie krótkiego wrażenia, przez co narracja zbudowana jest w oparciu o chwilowość, ulotność doświadczenia. Przeczytanie ostatniej krótkie historii pozostało mnie z wrażeniem efemeryczności codzienności w szpitalu psychiatryczny.

Myślę, że to także wynika z ciągłego zderzania wrażeń ze światem zewnętrznym. W końcu szpitale psychiatryczne stanowią odcięte od codziennej rzeczywistości instytucje. Działają według własnego porządku, posiadają jasno określone reguły, których muszą przestrzegać chorzy. Właśnie tej rutyny jest najwięcej w Psach ras drobnych. Co nie sprawia, że książka jest nudna! Wprost przeciwnie! Narracja pełna jest różnych emocji. Znajdzie się w niej miejsce na mroczne załamania, a także na wybuchy czystej i szczerej radości. Olga Hund zagwarantowała odbiorcy spektum wrażeń, które zamknęła w pigułkach. Łatwo je połknąć, ale warto obserwować ich wpływ na postrzeganie świata. Na widzenie codzienności, na rutynę, która tak przeraża współczesnych, a wcale nie musi być czymś złym.

Psy ras drobnych to piekielnie ciekawa powieść. Z porozrywaną narracją, z fabułą utkaną z emocji oraz osobistych doświadczeń. Olga Hund nie potrzebuje żadnych ozdobników, aby ukazać specyfikę szpitalnej codzienności. Woli skoncentrować się na wrażeniach, na ich ulotność. Co tylko podnosi wartość i znaczenie jej prozy.

Więzienie bezwładu

Szukacie snującej się narracji? Koniecznie sięgnijcie po Sonnenberg Krzysztofa Vargi. Książka ma głównego bohatera, wyrazistą fabułę, a także kilka ciekawych zwrotów akcji. Na dodatek w opowiadaniu jest coś onirycznego. Jakby rzeczywistość stawała się coraz bardziej rozmyta wraz z rozwojem wydarzeń. Atmosfera staje się duszna, a ostatnie zdania przynoszą długo wyczekiwaną ulgę. Zamknięcie Sonneberga jest moment uwolnienia nagromadzonego napięcia. Wyjaśnienia wszystkich naszkicowanych tajemnic. Krzysztof Varga stworzył przepiękną książkę.

Akcja rozgrywa się Budapeszcie. W tle znajdują się protesty, skomplikowana sytuacja polityczna oraz różnego rodzaju historyczne konfliktu. Krzysztof Varga wspaniale oprowadza czytelnika po stolicy Węgrzech, nawet zabiera w krótką podróż do mniejszej miejscowości. Wszystko po to, aby doskonale nakreślić miejsce wydarzeń. Miasto jest widziane oczyma głównego bohatera Andrása, badacza literatury austriackiej, niespełnionego pisarza. To indywidualne postrzegania nadaje wyrazu miejscom. Dla narracji kluczowe jest jednostkowe widzenie miejsc, kojarzenia ich z doświadczeniami. Tutaj rozpoczyna się powolne budowania dusznej atmosfery mieszkań, ulic oraz knajp. Wszystkie relacje pomiędzy postaciami naznaczone zostają specyficznym rozmyciem. Wynika to z pierwszoosobowej narracji, z niezdecydowania głównego bohatera, z jego nawyku do życia z rozpędu.

Sonneberg to także opowieść o więzieniu. O klatce zbudowanej z własnych zaniechać i ucieczek od wszelkiej odpowiedzialności. Główny bohater po prostu trwa, jego egzystencję trudno nazwać życiem, to wegetacja, unikanie konfrontacji za wszelką cenę. Budapeszt, w tym ujęciu, przestaje być bezpieczną przestrzenią. Jest celą, w której ściany wyłożono miękkim i przyjemnym materiałem. Stąd bierze się niechęć głównego bohatera do opuszczenia wyrobionej codzienności. Poczucie bezpieczeństwa jest dla niego najważniejsze, nawet jeżeli ceną jest całkowite unikanie wszelkich przejawów życia. Powieść, z każdym przeczytanym rozdziałem, staje się coraz bardziej wciągająca, ponieważ bohater zostaje zmuszony do opuszczenia swojej celi. W ostatnich zdaniach konfrontuje się z życiem, ze swoimi koszmarami i postanawia spełnić swoje największe pragnienie.

Krzysztof Varga mistrzowsko poprowadził narrację. Zbudował opowieść pełną drobnych, delikatnych wskazówek, co do natury głównego bohatera. Niczego nie podał wprost, przez co czytanie tej powieści wymaga sporo uwagi. Nagrodą jest dostrzeżenie wszelkich wahań oraz ucieczek głównego bohatera. Sonnenberg to oniryczna i duszna historia o konfrontacji z rzeczywistością, która przez cały czas domaga się uwagi. Zapewniam, że zamknięta w narracji melancholia udziela się czytelnikowi, zostaje na dłużej. Tak samo jak niektóre, piekielnie wyraziste, obrazy z powieści.

Warto sięgnąć po Sonnenberg Krzysztofa Vargi. To solidna porcja mistrzowsko napisanej literatury.

Zasłona dymna

Kilka dni temu skończyłem czytać Siwy Dym. Powieść Ziemowita Szczerka balansuje na granicy powieści historycznej i fantastyki. Porządek wydarzeń zostaje delikatnie zachwiany. Polska ponownie zostaje podzielona. Europa rezygnuje z pojęcia narodu, przez co różnice pomiędzy poszczególnymi nacjami, ulegają stopniowemu zatarciu. A po świecie krąży Siwy Dym. Gdy tylko gdzieś się zjawi, to rzeczywistość od razu ulega załamaniu. Zmienia się. Rozpada na małe kawałki. Pojawiają się potwory, a miejsca tracą swoją materialność.

Z przyjemnością czytałem tę powieść. Napisana jest świetnie. Autor łączy różne gatunki w sposób szczególnie ciekawy. W Siwym Dymie znajdują się fragmenty wyraźnie stylizowane na reportaż z miejsca wojennego konfliktu, jednak największą część stanowi historia opisana z perspektywy pierwszoosobowego narratora. Czytelnik poznaje świat oczami Marcina Szreniawy. Człowieka, który jest zamieszamy w międzynarodowy spisek, ale ponad wszystko pragnie zrozumieć niestabilny świat, w którym przyszło mu żyć.

Ten brak równowagi, pewność, przejawia się w języku, jakim posługują się postaci. Ziemowit Szczerek ma niesamowitą umiejętność do tworzenia nowych słów na podstawie zasłyszanych regionalizmów. Właśnie język najbardziej mnie urzekł. Uwielbiam autorów posługujących się słowem w sposób ciekawy, często balansujący na granicy awangardowego eksperymentu. Przyznaję, że zaciemnia to fabułę powieści, ale przegryzanie się przez kolejne warstwy językowych zawijańców, sprawiło mi mnóstwo przyjemności. Poszukiwałem wpływów, które posłużyły do stworzenia konkretnego słowa. Dzięki temu podejściu do języka powieść staje się ciekawa i zajmująca. Przynajmniej dla osoby koncentrującej się na tej warstwie. W przypadku samej narracji, snutej opowieści, bywa mniej zachwycająco.

Głównym tematem jest nacjonalizm w futurystycznym świecie. W porządku, który jest kompletnie odmienny od współczesnego, a jednak stanowi fundament dla Siwego dymu. Kluczowa jest Polska. Ze swoim poplątaniem, przenikaniem się różnych wpływów, z zaściankowością oraz brakiem zrozumienia momentów historycznych oraz własnej tożsamości. Te elementy wydają mi się odgrzane po genialnej Siódemce. W tamtej powieści Ziemowit Szczerek wykazał się niezwykła intuicją, umiejętnością opisywania podkręconej codzienności w Polsce. Siwy dym pozbawiony jest tej dynamiki. Odebrałem go jako statyczną opowieść z wyraźnie zaznaczoną tezą, z chęcią krytyki faszyzmu i nacjonalizmu. Trudno ukryć, że współcześnie istnieje konieczność dyskusji o tych sposobach postrzegania świata, jednak nie sądzę, aby Siwy dym mógł się jej przysłużyć.

Problem polega na tym, że zawarta w powieści historia bywa nudna, nieskładna, kiepsko połączona. Siwy dym ratuje tylko i wyłącznie język, który – jednocześnie – odciąga odbiorcę od głównego, precyzyjne zaznaczonego tematu. Dla mnie jest to ciekawa powieść. Miejscami przekombinowana i pozbawiona dobrej dynamiki, a jednak warta lektury.

Fragmenty

Jedynym z interesujących tematów podejmowanych przez twórców literatury, jest przemienianie. Istotna staje się wrażliwość na czas, umiejętność jego podziału na części, dokładność w opisywaniu poszczególnych wrażeń. Każdy robi to na swój własny sposób. Bywają książki, które chwytają temat w sposób sentymentalny. Są też tytuły zmuszające odbiorcę do konfrontacji z urywkami wspomnień. Napisanie dobrej książki składającej się wyłącznie z fragmentów czasu, to ciekawe, ale trudne, wyzwanie.

Weronika Gogola, w swojej debiutanckiej powieści Po trochu, postanowiła zmierzyć się z Czasem. Zdecydowała się na konstrukcję zbudowaną z fragmentów doświadczeń, ze wspomnień. Wszystko spięte główną bohaterką, połączone jednym człowiekiem, który dorastał. Nie szukajcie w Po trochu powieści o rozwoju młodej duszy. Rozczarujecie się. Ale! Ostrzegam! Nie szukajcie w Po trochu opowieści o utraconej młodości. Poczujecie zawód. Nie szukajcie w Po trochu skomplikowanej narracji i wielowymiarowych metafor. To nie ten adres. Weronika Gogola stawia prostotę, za pomocą której w piękny sposób opisuje jeden, znany tylko sobie, wycinek świata. Po trochu to książka magiczna, oplatająca odbiorcę wspomnieniami. Przemijanie zostaje ukazane jako nieodłączny element ludzkiego życia, a jednak Weronika Gogola uczyniła z tego aspektu coś wyjątkowego.

Przemijanie to trudny temat. Bywa, że autorzy walczą z czasem. Wpadają z trudny do zniesienia sentymentalizm. Zabierają czytelnika w podróż do świata swojego dzieciństwa i nie proponują nic więcej. Tak jakby czytanie o tym, jak Szanowny Autor ganiał się z kolegami po lesie, było samo w sobie nobilitujące. Weronika Gogola nie sięga po tak oklepany chwyt. W jej narracji jest coś wyjątkowego, lekkiego. Prezentuje swój świat, widoczny z perspektywy określonego czasu, konkretnego momentu w jej życiu. Ta lekkość jest tak cudownie wyzwalająca! W Po trochu na próżno doszukiwać się kronikarskiej precyzji, suchego podawania faktów. Lektura tej książki to podróż po doświadczeniach, wrażenia i obserwacjach. Zdarzają się momenty mocne, smutne lub przerażające. Weronika Gogola splata wszystkie aspekty życia w jeden, przepiękny, gobelin.

Po trochu to cudowna, wyjątkowa i bardzo dobra książka. Pozbawiona nieznośnego sentymentalizmu oraz męczącego patosu. Jest to porywający opis rzeczywistości widzianej oczami konkretnego człowieka w określonym momencie. Jednocześnie narracja opiera się na prostocie, na delikatnym zderzaniu poszczególnych doświadczeń. W przemijaniu uchwyconym w Po trochu jest coś hipnotyzującego, coś uspokajającego. Rytm życia, nieodłącznie związany ze śmiercią, jest fascynujący. Pojawia się w absolutnie każdym fragmencie powieści, doskonale splata się z narracją. W Po trochu nie ma nic sztucznego. Ludzki los zostaje pokazany jako zwyczajny, ale jednocześnie piękny i fascynujący.

Takie powieści nie trafiają się często. Dlatego Po trochu uważam za pozycję obowiązkową dla osób interesujących się polską literaturą.

Lekarstwo na świat

Zdarzają mi się książki, które mocno wbijają się w moją pamięć. Cieszę się, że tak jest. Nie stronię od literatury popularnej, napisanej z werwą i z pomysłem. Jednak wciąż szukam tekstów porywających, zmuszających mnie do zastanowienia się nad naturą świata. A często skonfrontowania swoich spostrzeżeń, z widokami na rzeczywistość danego autora. Pozwól rzecze płynąć Michała Cichego czytałem z przyjemnością i okazało się, że jest to książka, która pozostawia po sobie interesujące wrażenia.

Od razu zaznaczę, że to nie jest tytuł na zbliżającą się majówkę. Chyba że komuś zależy na wywowałniu u siebie długotrwałego stanu melancholii. Pozwól rzecze płynąć to książka nietypowa, całkowicie inna od tego, czym na co dzień karmi nas popkultura. Wyobraźcie sobie powolną narrację, oniryczny sposób prowadzenia opisu świata, który stoi w kontraście z doskonale realistycznym wypunktowaniem obserwowanej rzeczywistości. Tak w skrócie można opisać tekst Michała Cichego. Ze względu na zastosowane rozwiązania narracyjne, nie jest to tytuł dla wszyskich. Książka wyraźnie jest skierowana do osób lubiących niespieszną literaturę, zgoła odmienną od opowieści serwowanych w telewizji lub w Internecie.

Jednocześnie powieść Michała Cichego trudno uznać za trudną. Są książki, które wymagają wcześniejszego przygotowania, zrozumienia kontekstów społecznego, historycznego oraz kulturowego, w których powstają. Z Pozwól rzecze płynąć jest inaczej. Wystarczy niechęć do pędu, wrażliwość na świat, umiejętność dopuszczenia do siebie wizji rzeczywistości zapośredniczonej przez czułość innej osoby. Jest to trudne, przyznaję, ale w lektura powieści Michała Cichego pozwala się w tym sprawdzić. Konfrontacja z innym sposobem postrzegania życia, z innym wycinkiem rzeczywistości na pewno wzbogaca, ale wymaga także umiejętności zrozumienia oraz akceptacji drugiego człowieka. A to już nie jest takie proste, nie jest banalne. Siadając do lektury Pozwól rzece płynąć należy otworzyć się na inny wycinek rzeczywistości.

Miłośnicy pędu, codziennej gonitwy za kolejnym celem, poczują się tą książką znużeni. Niespieszny rytm narracji, rutyna kolejny dni, bogactwo codzienności, a także umiejętność pogodzenia się ze światem, wręcz wylewają się ze stron zapisanych wrażliwością Michała Cichego. Tutaj nie ma miejsca na kowali własnego losu, ich miejsce zajęli ludzie stanowiący o kolorycie danej dzielnicy. Pozwól rzecze płynąć doskonale opisuje ich skomplikowane losy, narracja wskazuje na to, że los rzuca ludźmi we wszystkich kierunkach. Czasem bywa także bezlitosny, niczym najgorszy sztorm, i topi, nie pozostawia możliwości powrotu na powierzchnię. Właśnie ze względu na tę brutalną prostotę w opisie ludzkiej egzystencji powieść Michała Cichego jest tak wspaniała. Polecam ją wszystkim osobom zmęczonym mędrkowaniem nad trudnością życia oraz tym, którzy czują się zirytowani powtarzanymi w popkulturze frazesami o sukcesie, który wystarczy sobie wyobrazić.

Pozwól rzecze płynąć to wspaniałe antidotum na świat skażony głupotą i brakiem zrozumienia.

Page 2 of 9

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén